Subskrybuj
Pisarz, krytyk literacki, eseista, historyk literatury oraz grafik. Pracownik naukowy Uniwersytetu Gdańskiego. Laureat nagrody Fundacji im. Kościelskich, Paszportu „Polityki”, Nagrody im. Ericha Brosta, Nagrody im. Andreasa Gryphiusa, Nagrody Fundacji Kultury, Nagrody Literackiej Gdynia, i innych....

Samobójstwo i polska „dziwaczność”

Polska perwersyjna „skłonność do samozniszczenia”, o której czasem się mówi i pisze, znajdowała głównie wyraz w aktach polskiej wyobraźni, spragnionej, jak każda wyobraźnia, mocnych efektów, a nie w rzeczywistych aktach samobójstw altruistycznych.

Co jakiś czas w polskich debatach powraca teza o „dziwaczności” polskiej kultury, której dowodem ma być – jak to bywa określane – „perwersyjna forma polskiego patriotyzmu, jego podążanie ku śmierci, samozniszczeniu”, szczególnie widoczna w biorącym się jeszcze z romantyzmu kulcie postaw straceńczych. Teza ta powróciła w dyskusjach nad moją najnowszą książką Oddać życie za Polskę. Samobójstwo altruistyczne w kulturze polskiej XIX wieku, tymczasem wbrew narzucającym się pozorom trzeba powiedzieć wyraźnie: w kulturze polskiej nie dominuje żadna mitologia ani praktyka samobójstwa altruistycznego, nigdy też taka mitologia ani praktyka nie była żadną, wybitnie tylko polską specjalnością, która wyróżniałaby nas spośród narodów świata.

Polskie samospalenia

Przeciwnie: mamy w tym zakresie raczej dokonania skromne, np. w porównaniu z kulturą Japonii czy – szerzej – kulturą wschodniej Azji. Słowo „kamikaze” nie jest, niestety, polskiego pochodzenia. Podobnie jak nie byli Polakami mnisi buddyjscy, którzy w latach 60. XX w. za przykładem Thich Quang Duca setkami popełniali samobójstwa altruistyczne, na ulicach miast Wietnamu Południowego, płonąc żywcem w proteście przeciwko prześladowaniu buddyzmu przez katolicki reżim Ngo Dinh Diema. Polakami nie byli także „dziwaczni” czescy chłopcy – Jan Palach, Josef Hlavatý, Evžen Plocek czy Jan Zajíc – którzy w 1969 r. na czeskich placach i ulicach dokonywali publicznych samospaleń przeciwko okupacji Czechosłowacji przez wojska Układu Warszawskiego.

Jeśli chodzi o nasze „osiągnięcia” w tym zakresie, to możemy się poszczycić co najwyżej trzema samobójcami, którzy się podpalili w politycznym proteście – pierwszy to Ryszard Siwiec, protestujący na Stadionie Dziesięciolecia przeciwko udziałowi polskiego wojska w tłumieniu Praskiej Wiosny, drugi to Piotr Szczęsny, który podpalił się przed Pałacem Kultury, protestując przeciwko rządom PiS-u. O trzecim – Walentym Badylaku – który w 1980 r. podpalił się na krakowskim Rynku w proteście przeciwko katyńskiemu kłamstwu komunistów, chyba nie pamięta dzisiaj prawie nikt poza garstką historyków. Żadna z tych osób nie stała się też w Polsce postacią kultową, którą Polacy chcieliby czcić masowo, gdy tymczasem mnichów buddyjskich – także mniszek – płonących na wietnamskich ulicach było ponad sto i otaczano ich kultem, który utrzymuje się do dzisiaj.

Polakami nie byli, niestety, także ani biblijny król Saul, który – jak mówi Biblia – przebił się mieczem po przegranej bitwie pod Gilboa, by nie dopuścić do profanacji królewskiego majestatu Izraela przez zwycięskich Filistynów, ani sławny Samson, który dokonał samobójczego ataku na Filistynów zgromadzonych w świątyni Dagona, zabijając ich parę tysięcy i ginąc przy tym jak nasz Ordon, wysadzający się w powietrze razem ze słynną redutą 54 na warszawskiej Woli.

Nie słyszałem też, by Polakiem był Leonidas, który samobójczo wystawił się na pewną śmierć w wąwozie Termopile, gdzie dopadły go watahy Kserksesa, likwidując jego samego i jego dzielnych towarzyszy.

Leonidasem, którego kult stał się ważnym elementem cywilizacji greckiej, zachwycił się Słowacki i nawet wspomniał o nim w sławnym wierszu, niemniej ów sławny bohater był królem Sparty, nie Mazowsza. Polacy zaś, jeśli o nim słyszeli, zachwycali się nim raczej od czasu do czasu. Polakiem nie był też sławny rycerz Roland, który wolał, by honorowo unicestwili go Saraceni, mimo że trąbieniem w róg mógł wezwać na pomoc przebywające w pobliżu wąwozu Roncevaux wojska Karola Wielkiego, które bez specjalnego trudu uratowałyby go z kłopotów.

Ordon, Rejtan, Wołodyjowski

Liczba samobójców altruistycznych w Polsce jest zawstydzająco skromna, jeśli chodzi o postacie, które przeszły do narodowej legendy i złocą się w panteonie polskiej kultury. Główny zresztą samobójca altruistyczny romantyzmu polskiego – por. Julian Konstanty Ordon – niestety, w rzeczywistości żadnego samobójstwa altruistycznego nie popełnił, tylko zastrzelił się we Florencji jako schorowany, głuchy starzec, bardzo zresztą krytyczny wobec samobójczych zrywów w rodzaju powstania styczniowego. Reytan popełnił samobójstwo w swoim majątku w Hruszówce, gdy przez okno zobaczył żołnierzy rosyjskich zajeżdżających przed jego dwór, ale po pierwsze do dzisiaj mało kto o tym wie, po drugie – prawdopodobnie zabił się w przypływie choroby psychicznej, więc trudno go pomiędzy polskich samobójców altruistycznych policzyć. Jerzy Zawieyski, który bardzo się przejął historią Reytana, niestety, popełnił samobójstwo niepewne, bo część historyków uważa, że mógł zostać w odwecie za swoje marcowe wystąpienie w  Sejmie wyrzucony z balkonu kliniki rządowej przez funkcjonariuszy tajnej policji politycznej, a część skłonna jest uważać, że wypadł z balkonu, bo był w fatalnym stanie po wylewie krwi do mózgu. Reytan jest postacią kultową w Polsce nie dlatego, że perwersyjnie „podążał ku śmierci, samozniszczeniu”, tylko dlatego, że w akcie straceńczej odwagi rzucił się pod nogi targowiczanom, rozdzierając sobie koszulę na piersiach, co sugestywnie przedstawił Jan Matejko na sławnym obrazie.

O  Rajnoldzie Suchodolskim, który podobno rozdarł bandaże na swoich ranach, konając z upływu krwi, gdy 8 września 1831 r. usłyszał, że Warszawa została zdobyta przez Rosjan, dziś prawie się nie słyszy. O  49 oficerach armii Królestwa Kongresowego, którzy odebrali sobie życie w proteście przeciwko publicznemu znieważaniu godności polskiego żołnierza na pl. Saskim w Warszawie przez potwora, wielkiego księcia Konstantego, prawie nikt nie pamięta. O Karolu Levittoux, który się podpalił w  warszawskiej Cytadeli, by nie wydać na torturach swoich towarzyszy, słyszy się może trochę więcej, ale też nie za dużo. Na jego tablicy pamiątkowej nawet nie umieszczono wzmianki, że był samobójcą. Żadnego kultu tych postaci w polskiej kulturze nie ma. Przez parę chwil po jego strasznej śmierci napisano kilka wierszy o Levittoux, i to wszystko. Trochę o nim śpiewał bard Solidarności Przemysław Gintrowski, a potem cisza jak makiem zasiał. Legenda o królowej Wandzie, która zabiła się, by patriotycznie zapobiec niemieckiej inwazji, jest raczej przedmiotem dobrodusznych żartów niż nabożnego podziwu, jak to bywało w wieku XIX.

Zaszczepić kult samobójstwa altruistycznego w polskiej świadomości starali się natomiast bardzo polscy pisarze i artyści, a za nimi polska szkoła, ale  – niestety  – z miernym skutkiem. Jeden Sienkiewicz z panem Wołodyjowskim wiosny nie czyni.

Zresztą większość Polaków nie uważa Wołodyjowskiego za żadnego samobójcę. Pan Michał – jak mówią – nie popełnił, broń Boże, jakiegoś samobójstwa, tylko wysadził się w  powietrze razem z  twierdzą w  Kamieńcu, a to coś zupełnie innego.

Samobójców altruistycznych chciał zrobić z obrońców Westerplatte Gałczyński, zapewniając, że prosto do nieba czwórkami szli, ale jemu także nie wyszło. Major Sucharski na szczęście przypominał Leonidasa i „Hektora kamienieckiego” tylko trochę, bo po siedmiu dniach dzielnej walki rozumnie poddał się Niemcom, za co oni pozwolili mu pójść honorowo do niewoli z  własną szablą oficerską. Nie mamy zatem w naszej narodowej historii XIX i XX w. żadnych prawdziwych Termopil, może z wyjątkiem Wizny, gdzie we wrześniu 1939 r. wysadził się w oblężonym przez Niemców bunkrze kpt. Władysław Raginis.

Trzy tysiące samobójstw

Bolesne statystyki mówią, że w II poł. XX w. na całym świecie dokonano około 3 tys. publicznych samobójstw altruistycznych. Liczba trzech samobójstw polskich – Siwca, Badylaka i Szczęsnego – nie przedstawia się na tym tle imponująco. Podpalali się publicznie nawet Amerykanie, naród protestancko­ -pragmatyczny, raczej daleki od „dziwacznego” żaru Polaków-zapaleńców. Norman Morrison zrobił to w 1965 r. w proteście przeciwko wojnie w Wietnamie przed samym Pentagonem, za co komunistyczny północny Wietnam uczcił go wydaniem specjalnego znaczka pocztowego, a nawet nazwał jego imieniem ulicę w Hanoi. Tydzień po jego śmierci z tego samego powodu podpalił się Roger Allen LaPorte. Wcześniej w Detroit spłonęła pacyfistka Alice Herz.

Także w Rosji sowieckiej kult samobójstwa altruistycznego był dużo silniejszy niż u  nas, więc nie jest wcale jakąś  – jak to się czasem mówi – „dziwaczną” specjalnością narodów słabych, które po bolesnych klęskach szukają urojonej mocy w  fantazmatach bohaterskiego samozniszczenia. Samobójców altruistycznych chcą mieć także potężne imperia, i to nawet bardzo. Sam pamiętam z dzieciństwa opowieści nauczycieli o czynach żołnierza sowieckiego, który  – niczym rosyjski Winkelried  – w  dniach wielkiej wojny ojczyźnianej własną piersią zasłonił niemieckie gniazdo karabinu maszynowego, żeby jego towarzysze walki mogli skutecznie atakować wroga, co na upartego można by uznać za „perwersyjną formę patriotyzmu, podążania ku śmierci, samozniszczenia”, ale chyba tylko na upartego. Nawet sama Wisława Szymborska na podstawie materiałów propagandowych o  obronie Stalingradu w  1952  r. napisała wiersz o  żołnierzu sowieckim, który  – choć w  rękach wybuchła mu butelka z benzyną – płonąc żywcem, rzucił się na czołg niemiecki i wysadził go w powietrze, z czego – jeśli się zdarzyło naprawdę – trudno zresztą żartować. Ileż to ja się naczytałem o  lotnikach wielu narodowości, którzy w  przypadku trafienia, płonącym samolotem uderzali w obiekty wroga, zamiast wyskoczyć na spadochronie (o  takim sowieckim kamikaze Szymborska napisała wiersz Lotnik myśliwiec – Rogalski z tomu Dlatego żyjemy).

###banner###

W  polskiej szkole socjalistycznej byliśmy co jakiś czas raczeni podobnymi opowieściami obok opowieści o dzielnym Ordonie i Emilii Plater. Wypada więc powiedzieć wyraźnie, że samobójca altruistyczny to jest smakowity kąsek nie tylko dla „dziwacznych” Polaków, mających rzekomo straceńcze skłonności, lecz dla wszystkich państw i narodów świata, które – co zrozumiałe – nie chcą być pod tym względem gorsze od innych. O, mieć w katalogu swoich bohaterów samobójcę altruistycznego, to dla wszystkich ludów Ziemi prawdziwa przyjemność.

Każda kultura narodowa lubi mieć takich samobójców – najlepiej bohaterskich kamikaze – nie tylko polska. Trudno wskazać choćby jedno państwo na świecie stanowczo potępiające żołnierza, który podczas wojny nakrywa swoim ciałem eksplodujący granat, by ocalić życie towarzyszy walki. Nawet Kościół nie potępia jednoznacznie takich czynów, sprytnie zastępując w tym przypadku niewygodne określenie „samobójstwo altruistyczne” dużo bardziej wygodnym określeniem „szlachetna samoofiara”.

Kiedy w Polsce przed rokiem 1939 przeprowadzono wielką akcję werbunku do oddziałów „żywych torped”, zgłosiło się około 5 tys. ochotników, gotowych zginąć w samobójczym ataku na niemieckie pancerniki, ale z całej sprawy wyszły nici, bo Polacy nie potrafili sami wyprodukować nawet jednej torpedy, która by się nadawała do takich akcji. Tymczasem we Włoszech, Japonii i Niemczech takie „dziwaczne” oddziały powstały i działały najzupełniej realnie z dużą skutecznością. Polska perwersyjna „skłonność do samozniszczenia”, o której czasem się mówi i pisze, znajdowała głównie wyraz w aktach polskiej wyobraźni, spragnionej, jak każda wyobraźnia, mocnych efektów, a także w wyczynach polskich pedagogów, chętnie przedstawiających polskim dzieciom samobójców altruistycznych jako szczytowy wzór patriotyzmu.

Bardzo na tym skorzystał finansowo Sienkiewicz, dając Polakom w swojej powieści o Wołodyjowskim dokładnie to, czego chcieli, to znaczy urojone alibi, że są zdolni do czynów ekstremalnych, w co bardzo chcą wierzyć wszystkie narody, które chętnie podziwiają swoich patriotycznych straceńców, same rozumnie wystrzegając się wszelkich akcji ryzykownych, związanych z utratą świętego daru życia.

Oczywiście szczególnie państwo narodowe – zarówno polskie, jak i niepolskie – chętnie stara się zaszczepić kult samobójców altruistycznych w sercach dzieci oraz ludzi dorosłych. W Polsce służy do tego głównie Reduta Ordona. Wysiłki te jednak spływają po polskich duszach zwykle jak woda po gęsi, nie zostawiając trwalszego śladu, i to nie tylko w przypadku Polaków pochodzenia folwarczno-wiejskiego, którzy stanowią u nas narodową większość, ale też w przypadku inteligentów pochodzenia szlacheckiego, zważywszy choćby, z jaką lubością w czasach PRL-u chodzili oni do teatru na Śmierć porucznika Mrożka, choć inni – ci spod znaku ministra Moczara – mocno Mrożka za jego antysamobójcze żarty kąsali. Ernest Bryll ze swoim antysamobójczym sceptycyzmem obsługiwał głównie duchowe potrzeby inteligencji pochodzenia chłoporobotniczego, która wolała robić Solidarność, niż iść na czołgi Jaruzelskiego z butelkami benzyny, co by przyniosło wiadomy skutek.

Niezłomnych samobójców altruistycznych mieliśmy w Polsce, co kot napłakał. Oczywiście sporo ich było w więzieniach gestapo i NKWD, gdzie ostateczne nieszczęścia popychały ludzi do czynów skrajnych. Ale tego rodzaju samobójstwa więzienne zdarzały się i zdarzają na całym świecie. Polska nie należy do krajów specjalnie się wyróżniających w tej…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Oswajanie samotności