Subskrybuj
Jedna z czołowych ukraińskich pisarek, autorka ponad 20 książek (poezja, proza, eseistyka, filozofia), laureatka wielu nagród krajowych i zagranicznych. W Polsce ukazały się powieści Badania terenowe nad ukraińskim seksem (2003) i Muzeum porzuconych sekretów (2012),...

Polskie marzenie, polskie rozczarowanie

Można zdiagnozować kurczenie się terytorium wolności na podstawie kurczenia się „terytorium książki”. Tam gdzie literatura jest marginalizowana, biblioteki zamykane, programy przestawiane na „nieprzeciążanie” dzieci nadmiarem lektur – tam mój wewnętrzny czujnik zaczyna piszczeć jak dozymetr w strefie czarnobylskiej: ostrożnie, ludzie, tu się szykuje jakaś pułapka.

15 maja 2014 r. szłam przez warszawską starówkę i drżałam jak od chłodu. Było piękne słoneczne popołudnie, koło katedry św. Jana uliczni muzykanci grali jakąś przyjemną melodię, wokół śmiali się zakochani, nawoływali turyści, przemykały na rolkach nastolatki z lodami – a ja patrzyłam na ten miły, przytulny, nieskończenie domowy świat stołecznego śródmieścia jak przez ścianę łez: na Donbasie rosyjscy najemnicy już wyłapywali ludzi na ulicach i rozcinali im brzuchy za ukraińską flagę, pierwsi przedstawiciele europejskiej prawicy, którzy poparli rosyjską aneksję Krymu, lada chwilę mieli wygrać wybory do Parlamentu Europejskiego, ja sama przyjechałam do Warszawy (w tamtych tygodniach jeździłam wołać w głos ze wszelkich międzynarodowych trybun!) na sympozjum poświęcone 25-leciu Solidarności i rano, wysłuchawszy dobrodusznego wystąpienia prezydenta Komorowskiego o tym, jakie sukcesy przyniosła Polsce droga demokracji „i jaka szkoda, że Ukraina wybrała inną drogę” (verbatim), o mało nie popłakałam się nad tą dziecięco niewzruszoną wiarą polskich elit, że potwór nie wylezie spod łóżka, jeśli się dostatecznie mocno zamknie oczy – a na pobliskim skwerku, na który wyszłam, by rozchodzić ucisk własnych myśli, pokazywano na wielkich tablicach fotografie van de Polla z Warszawy 1934 r., na których tak samo, tylko 80 lat wcześniej, śmiali się zakochani, nawoływali turyści, biegały dzieciaki – czy to jak cienie, czy to jak czarno-białe obrazy rentgenowskie dzisiejszych żywych – i znienacka ogłuszyła mnie, niczym bokserski hak w szczękę, fraza z adnotacji na pierwszej w szeregu tablicy: „To był ostatni taki rok”.

Inaczej mówiąc, jakoś nagle, jasno i nieodwołalnie zrozumiałam, że to nie jest o „wtedy”, tylko o „teraz” – nie o 1934, tylko o 2014 r. Że świat się zmienia, przekraczając jakąś fatalną granicę, właśnie tutaj, teraz, natychmiast. I przeszedł mnie dreszcz. I szłam Nowym Światem, i drżałam od tego odkrycia: od tego, że wszyscy ci ludzie wokół mnie jeszcze nic nie wiedzą.

Ta różnica między mną a nimi zdawała się dotykalna, namacalna, fizyczna, jak między lekkimi elektronami a ciężkim, nabrzmiałym neutrinem: we mnie żyła już, niczym wszczepiona w krew infekcja, nowa wojna światowa – a w nich nie, i nawet prezydent ich kraju jej nie dostrzegał. Pod którymś sklepem porządnie ubrana, zupełnie nieprzypominająca żebraczki babuleńka nieoczekiwanie poprosiła mnie o „parę groszy”, pokręciłam głową, przypominając sobie, że nie mam polskich pieniędzy – i moja niezdolność do zareagowania nawet na tę jedną prośbę warszawskiej ulicy, jedyny znak, że mnie tu „widzą”, ostatecznie mnie przygnębiła – jakby na wieki przypieczętowała moją od tej ulicy odrębność, oddzielenie murem wiedzy, której nie da się przekazać: w żadnym wystąpieniu na żadnym, choćby najważniejszym szczycie, w żadnym wywiadzie dla wszystko jedno jak popularnego tygodnika… (…)

Prawdziwe życie

Tu konieczna będzie odrobina historii prywatnej, bo bez niej trudno zrozumieć moją potrzebę znalezienia polskiego rozmówcy. W sierpniu 1980 r. nasza rodzina po raz ostatni dostała pocztą swoją polską prenumeratę – kolejny numer miesięcznika „Twórczość”. W tamtym okresie obywatele ZSRR mogli prenumerować zagraniczne czasopisma tylko z tzw. krajów obozu socjalistycznego (rzecz jasna, tych, które od dawna nie sprawiały problemów i którymi rządziły przyjazne wobec Kremla ekipy) – i moi rodzice aktywnie korzystali z tej możliwości, by choć odrobinę uchylić „okno na Europę”, wówczas już dla Ukraińców zabite na głucho. W PRL-u cenzura pozwalała elitom kulturalnym na nieporównanie więcej niż w Rosji (o Ukrainie po represjach lat 1972–1973 nie ma nawet co mówić!), więc właśnie po polsku, jako nastolatka, po raz pierwszy przeczytałam na łamach „Twórczości” i „Literatury na Świecie” Becketta i Singera, Simone Weil i Nabokova, nie wspominając już o Miłoszu, Herbercie, Mrożku, Szymborskiej – wszystkich, o których w ZSRR należało milczeć. Ze zdrowym młodzieńczym apetytem pochłaniałam felietony i kroniki, pełne obcych nazwisk i aluzji (do dziś pamiętam pseudonim autora – Dedal!): zza tego wszystkiego, jak zza rozświetlonych okien pośród głuchej nocy, lśniło, niepokoiło, wabiło, mieniło się, niedostępne w śmiertelnie sparaliżowanym pod rządami pierwszego sekretarza Szczerbyckiego Kijowie, prawdziwe życie – swobodne kawiarniane dyskusje, wolność żartu i duch wspólnoty, wystawy obrazów pod gołym niebem, koncerty rockowe bez zezwolenia komitetu okręgowego Komsomołu, 60 teatrów w samej tylko Warszawie (w dwumilionowym Kijowie było ich wtedy raptem, strach wspomnieć, sześć!) – wszystko to, z czego moją młodość okradziono do cna i czego, jak nieodmiennie czułam, musiałam się uczyć, żeby kiedyś „u siebie też takie mieć” (i nie jest to zdrada pamięci, która podsuwa nam nasze dzisiejsze myśli na miejsce dawniejszych – nie, ja naprawdę byłam stuprocentowo przekonana, że kiedyś i w moim Kijowie będzie prawdziwe życie i że trzeba się do niego przygotować: tak mnie wychowywano). Uczyłam się więc, odkrywając dla siebie kulturę Polski, a przez nią, jak w amfiladzie, odleglejszy, niedostępny świat Zachodu – jak sierotka z wiktoriańskich powieści, która przez okno podgląda kinderbal u bogaczy, zapamiętując stroje i maniery.

Tak było, powtórzę, do sierpnia 1980 r. W sierpniu wszyscy już, od „wrogiej propagandy” do babinek na podwórkowej ławeczce, mówili tylko o strajku polskich stoczniowców. Tato cieszył się jak dziecko i powtarzał, że zawsze wierzył w ruch robotniczy (kilka lat później, po przeczytaniu Orwella, rozpoznam źródła tej wiary, ostatniej wiary powojennych chłopców ze wschodu Europy w brytyjski socjalizm i przemówienie Churchilla w Fulton równocześnie: to było coś, co jeszcze łączyło zachodnioukraińskich chłopców – ale tylko zachodnio-, na Ukrainę mamy, która zaznała Wielkiego Głodu, ten światopogląd już się nie rozciągał! – z ich polskimi rówieśnikami, założycielami Solidarności: oni wszyscy jeszcze czytali te same książki…). Później o polskich wydarzeniach przemówiła, groźnym głosem konwojenta, gazeta „Prawda”; potem „usunęli Gierka” i któryś z polskich studentów z naszego roku zrezygnował i pojechał do domu: polskość stawała się niebezpieczna, w powietrzu, i bez tego zatrutym przez Afganistan (o którym też nie można było mówić na głos!), zawisło mdlące przeczucie kolejnych czołgów – „na Warszawę” – i któregoś dnia samo przez się stało się jasne, że ten ostatni, przybyły już z kilkumiesięcznym poślizgiem ze zbuntowanej Polski numer „Twórczości” (okładka w kolorze świeżo zaparzonej herbaty, nie po radziecku elegancki krój czcionki i kolumna z nagłówkami…), ostatnim już pozostanie: po cichu, bez słowa wyjaśnienia (i rzecz jasna, bez jakiejkolwiek rekompensaty: totalitarne państwo nigdy nie jest nikomu nic winne!) ten kanał informacyjny zostaje zamknięty i „polskiej prenumeraty” już nie dostaniemy – koniec balu. I tak się właśnie stało.

(…) Od tamtej pory pamiętałam, jak to jest: oto na twoich oczach „zamykają” cały kraj. Jak aresztanta, który znika w Gułagu, albo tonącą łódź podwodną – uszczelnione luki, zamknięte zawory, odcięta łączność, i o tym, co się tam w środku dzieje, można się będzie dowiedzieć dopiero po wielu, wielu dniach (miesiącach? latach?), kiedy (jeśli?) pogrążone pod wodą terytorium znów ujrzy światło dzienne.

Ja, Ukrainka, też dorastałam na takim terytorium – nieistniejącym w oczach reszty świata jako odrębna całość, z całymi zamkniętymi miastami, jak Dniepropietrowsk, do którego cudzoziemcy mieli zakaz wjazdu aż do końca ZSRR – i mając lat 20, znałam już cenę takiego życia. Może dlatego właśnie nigdy później nie kochałam Polski tak jak w tamtym roku poprzedzającym wprowadzenie stanu wojennego: zwierzęco, z bolesną tkliwością wobec wszystkiego, co polskie. Nawet wobec marszów legionowych, którymi w latach 30. musztrowano w szkole powszechnej II Rzeczypospolitej mojego tatę (do dziś mam łzy w oczach, kiedy je słyszę!); nawet do Warszawianki po rosyjsku, którą w radzieckiej szkole mnie musztrowano (to piękna pieśń, swoją drogą!)… Od deski do deski przeczytałam wtedy wszystkie pożółkłe tomy Sienkiewicza i Prusa, które stały w domu, i przy różnych okazjach uczyłam znajomych śpiewać Agnieszkę Osiecką, upajając się cierpkim, szczawiowym brzmieniem nagromadzenia „sz” i „cz”: moja polszczyzna (którą przedtem przez 20 lat bez szczególnych sukcesów wbijano mi do głowy w domu) tak naprawdę wyrasta stąd właśnie, z tej miłości – z solidarności z gwałconym narodem.

W 2014 r. doświadczaliśmy podobnych uczuć wobec zajętego przez Rosjan Krymu – przypływ tak samo trudnej do wytrzymania (dotknij tylko, a popłyną łzy!) miłości do krainy, która tonie na oczach całego świata, a ty nic nie możesz zrobić, tylko stać na brzegu razem ze wszystkimi i patrzeć, jak tonie, tylko kochać ją ze wszystkich sił, kiedy już jej nie ma – choć nie, tam jeszcze coś widać… – (a potem będą już tylko reportaże organizacji zajmujących się prawami człowieka, jak bąbelki powietrza na wodzie…) – tak jakby twoja miłość mogła jej w czymś pomóc. Ale ten pierwszy raz, pierwsze takie uczucie – pierwszy raz był właśnie z Polską: na odległość, przez granicę, co w niczym nie odbierało temu uczuciu siły.

Polska się zamyka

I oto od 2015 r. raz po raz łapię się na wznowie tego uczucia. Ten sam, bezbłędnie rozpoznawalny, lepki ciężar żalu i bezradności (bo znów nic nie mogę!) daje mi, nieważne, że w zupełnie innych dekoracjach historycznych, ten sam sygnał: Polska się zamyka. Gazety i czasopisma nie przestają przychodzić, ale niczego już człowiekowi „z ulicy” nie wyjaśniają – raczej przeciwnie, mącą i plączą, mnożąc pytania bez odpowiedzi. Wszyscy moi polscy przyjaciele bezładnie wymachują rękami nad wodą, a niektórzy już nawet planują emigrację. Stoję na brzegu i z mojego gardła – jak w wierszu Wasyla Stusa – tryska miłość.

###banner###

Nie miałam pojęcia, że jest jej we mnie aż tyle. Że Polska wrosła we mnie tak głęboko jak nieuświadomiona, sięgająca sześciu wieków nasza zbiorowa wspólna pamięć. Jak krew niosąca w splecionych w jedno żyłach sny i baśnie stamtąd, gdzie trzej bracia, Lech, Czech i Rus, rozchodzą się, jeden do Krakowa, drugi do Pragi, trzeci do Kijowa, gdzie tym samym blaskiem płoną freski lubelskiej kaplicy Świętej Trójcy i wołyńskie ikony z muzeum w Łucku, a słynne jarmarki berdyczowskie – trzystuletnia rozrywka moich przodków po kądzieli – rozbrzmiewają różnojęzycznym gwarem i pachną jak w Księgach Jakubowych Olgi Tokarczuk… My wszyscy, potomkowie plemion jagiełłowej korony, od Bałtyku po Morze Czarne niesiemy w sobie echo tego świata, w którym przez wieki bił, wyczuwalny jak przez ciemiączko niemowlęcia, puls europejskiej historii – jeden z do dziś niezagasłych. A z „papieżem” polskiego ukrainożerstwa Romanem Dmowskim łączą mnie nawet, o ironio, przodkowie tego samego herbu.

I oto okazuje się, że wciąż jeszcze boli, gdy patrzę, jak tę bliską mi Polskę, którą zwykłam nazywać cioteczną siostrą, niemiłą i komunistom, i endekom, zwalczaną jeszcze przez Dmowskiego (nie przypadkiem jego pracę Niemcy, Rosja i kwestia polska niedawno, po stu latach, po raz pierwszy przetłumaczono w Rosji, a samego „Romana Walentynowicza” jakże obiecująco zaliczono do grona „wybitnych rosyjskich polityków” – sic!), konsekwentnie, krok po kroku, „wymazuje się”, pozbawia głosu. Wpycha w „sferę niewidzialności”, wyrzuca z programów nauczania. Przemienia w orwellowsko „nieistniejącą”.

Ukraina stała się przedmiotem podobnego eksperymentu w zakresie podmiany tożsamości już wcześniej, więc dobrze pamiętamy, jak to się robi – metodą „na gotowanie żaby” (jeśli wodę podgrzewa się powoli, wrzucona do niej żaba nie zauważy, że słabnie, aż wreszcie się ugotuje). Zmiany systemowe wprowadzane w kraju od środka, regularnie, w małych dawkach, nie wydają się alarmujące, społeczeństwo zdąża do nich przywyknąć. Dopiero długofalowe skutki są wstrząsające: niedawno, podczas sprzątania zakamarków mojego archiwum, natknęłam się na zapomniany rulon polskich gazet sprzed dziesięciu lat, zabrany niegdyś z samolotu „na później” – i prawie się popłakałam: Boże wielki, gdzie, gdzie jest teraz tamta Polska, w której można było w sobotę czytać w jednej gazecie esej Kołakowskiego, w drugiej wspomnienia o Giedroyciu, a w trzeciej dyskusję o narracjach w pamięci narodowej (o tym, czy Katyń ma szansę stać się mitem „ogólnonarodowym”, czy jest skazany na pozostanie mitem „pańskim”, dla „chłopskich dzieci”, stanowiących przecież większość, jednak nie do końca „swoim”). Jak, chciałoby się spytać, w tak dobrze sobie radzącym, kulturalnym kraju mogła w ciągu dziesięciu zaledwie lat nastąpić tak…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Osiem lekcji na numer 800.