Moja znajoma z Kijowa L., dała się namówić na porzucenie swojego mieszkania na Padole i wyjazd z nastoletnim synem do Warszawy dopiero po dwóch tygodniach od wybuchu wojny. Długo nie rozumiałam, dlaczego nie chciała mnie słuchać i nie uciekła od razu. Wyjaśnienie zagadki przyszło, gdy Ukraińcy odbili Borodziankę, a w niej zaczęli wykopywać spod gruzowisk ciała kilkudziesięciu ukraińskich cywilów. W jednej z piwnic leżał przyjaciel L., która do ostatniego momentu przed wyjazdem miała nadzieję, że uda jej się zorganizować jakąś pomoc dla uwięzionego w zawalisku mężczyzny.
Nie udało się. M. długo i powoli umierał w podkijowskiej piwnicy. Gdy w końcu rozmawiam z L. w Warszawie, mówi przez zaciśnięte zęby: „Oni są jak naziści, gorsi niż naziści. Babcia mi opowiadała, co Niemcy robili na wsi w czasie wojny, ale ci są gorsi od nich”.
Akcja denazyfikacja
To, co mówi mi L., jest dobrym punktem wyjścia do zastanowienia się nad znaczeniem, jakie dla wydarzeń na Ukrainie mają treści historyczne. Bo choć Rosja toczy tę wojnę nie wprost o interpretację historii, tylko ze względu na dążenie do ustanowienia nowego porządku międzynarodowego w Europie, pośrednio jest to również walka o legitymizację rosyjskiej wizji przeszłości. Posługiwanie się przez Putina koncepcją wojny zaczepno-obronnej, której cel stanowi „denazyfikacja” Ukrainy, jest przecież możliwe właśnie dlatego, że prezydentowi Rosji udało się przekonać większość swojego narodu o rosyjskim monopolu na prawdę historyczną.
Putinowska retoryka „denazyfikacyjna” była już analizowana wzdłuż i wszerz, tu więc tylko dla porządku przypomnijmy w skrócie: zgodnie z nią Rosja zaatakowała Ukrainę, by obalić „nazistowski” rząd w Kijowie, uwolnić zwykłych Ukraińców spod jarzma „faszystowskich elit” i zapobiec rozlaniu się „brunatnej zarazy” dalej. Innymi słowy, oficjalna wersja wydarzeń serwowana przez rosyjską propagandę sprowadza agresję na niezależne państwo ukraińskie do w prostej linii kontynuacji sowieckiej walki z nazistowskimi Niemcami i wyzwolenia od faszyzmu, przyniesionego Europie na czerwonoarmiejskich bagnetach.
Wydaje się, że Rosji nie przeszkadza fakt, że nikt w tę retorykę w Europie nie wierzy, bo nie na to była obliczona. Oficjalne reakcje władz poszczególnych europejskich krajów na Putinowską narrację historyczną są bardzo powściągliwe, co chyba najlepiej obrazowało poziom absurdu samej koncepcji „akcji denazyfikacyjnej”. Moim ulubionym przykładem tego, w jaki sposób zareagował aktor potencjalnie najbardziej poza Ukrainą – przynajmniej w wymiarze symbolicznym – nią zainteresowany, czyli Niemcy, jest wymiana tweetów między ambasadą Rosji w RPA a tamtejszą ambasadą Niemiec. 5 marca rosyjscy dyplomaci podziękowali na swoim Twitterze wszystkim mieszkańcom RPA, którzy przesłali im wyrazy solidarności i poparcia: „Jesteśmy szczęśliwi, że zdecydowaliście się być z nami dziś, gdy Rosja, jak 80 lat temu, walczy na Ukrainie z nazizmem”. Niemcy odpowiedzieli błyskawicznie: „Proszę nam wybaczyć, ale nie możemy milczeć w tej sprawie, to zbyt cyniczne. To, co robi dziś Rosja na Ukrainie, to rzeź niewinnych dzieci, kobiet i mężczyzn dla własnych celów. Zdecydowanie nie jest to »walka z nazizmem«. Każdy, kto się na to nabiera, powinien się wstydzić. (Tak się niestety składa, że jesteśmy w pewnym sensie ekspertami od nazizmu)”. Na tym konwersacja się skończyła.
Nie wchodząc w żaden sposób w logikę udowadniania, dlaczego Ukraina nie jest krajem nazistowskim, warto wspomnieć, na czym Rosja swoje argumenty buduje. Świetnie robią to w swoim artykule pt. Putin’s Abuse of History: Ukrainian ‘Nazis’, ‘Genocide’ and a Fake Threat Scenario (Putinowskie nadużycia historyczne. Ukraińscy „naziści”, „ludobójstwo” i scenariusz wymyślonej groźby) dwaj historycy zajmujący się dziejami Ukrainy w XX w. i historią totalitaryzmów, Grzegorz Rossoliński-Liebe i Bastiaan Willems. Pokazują oni, że rzeczywiście Ukraina ma w swojej historii zarówno kartę faszyzującego ruchu narodowego, jakim była Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, instytucjonalną kolaborację z nazistowskimi Niemcami (m.in. Dywizja SS „Hałyczyna”), jak i współudział w ludobójstwie – tak w przypadku zagłady Żydów, jak i etnicznej czystki Polaków. Te „ciemne karty historii” nie doczekały się wciąż w większości na Ukrainie krytycznego spojrzenia ani ze strony historyków, ani szeroko rozumianego społeczeństwa obywatelskiego, co więcej, w przestrzeni publicznej obecne są ruchy neofaszystowskie i nacjonalistyczne (na temat wykorzystywania treści neonazistowskich przez słynny batalion Azow pisał m.in. Konstanty Gebert). Choć to wszystko nie sprawia w żaden sposób, że nazistowska jest Ukraina jako taka, jej elity czy rząd, to właśnie owa (nierozliczona) trudna przeszłość dała Rosji pretekst do przygotowania oszczerczych zarzutów.
###banner###
Rosyjski komunikat skierowany do Zachodu nie stara się ani o spójność (pamiętajmy, że Zełenski, charyzmatyczny prezydent „nazistowskiego” ukraińskiego państwa, jest pochodzenia żydowskiego, a część członków jego rodziny zginęła w Zagładzie), ani o bardziej misterną argumentację, bo koncepcja „akcji denazyfikacyjnej” wyprodukowana została na rynek wewnętrzny. To mieszkańcy Rosji mają zostać przekonani, że ich ojczyzna prowadzi wojnę sprawiedliwą, w swojej istocie obronną, i że od wyniku tego konfliktu zależy to, czy Rosja przetrwa jako kraj, państwo i cywilizacja. (A jeśli nie przetrwa, to może też sczeznąć cała reszta, trawestując słowa Putina). Rosyjskie władze od lat przygotowywały ku temu grunt, zwierając ideologiczne szeregi, pozbywając się politycznych przeciwników, przede wszystkim jednak budując rosyjską tożsamość neoimperialną na micie zwycięskiej wielkiej wojny ojczyźnianej, którą Rosjanie wygrali kosztem gigantycznych ofiar, okazując ogromne bohaterstwo i nigdy nie zyskując za to wszystko na Zachodzie wdzięczności. Teraz do tego mitu sięga się, by wzmocnić przekonanie o słuszności „specjalnej operacji wojskowej”. Siergiej Lebiediew nazwał to odwołanie się przez Kreml do retoryki z okresu wielkiej wojny ojczyźnianej „historyczną bronią atomową”. Putinizm oferuje obywatelom Federacji Rosyjskiej powstanie z kolan w sensie i symbolicznym, i geopolitycznym: Rosja ma być znów wielka, to jej wizja historii ma być na wierzchu, i jeśli komuś się to nie podoba, pokaże mu się dobitnie, na czym wstawanie z kolan polega w wydaniu rosyjskim.
Ruski mir jako nowa ideologia
Elementem wstawania z kolan jest odbudowa imperium, a Ukraina miała odegrać w tym procesie istotną rolę, wracając na łono wspólnoty bratnich narodów słowiańskich kształtowanej pod dyktando Rosji. Sęk w tym, że nie zechciała – ani na płaszczyźnie politycznej, ani symbolicznej. Dywagowanie nad tym, czy w jakimś układzie międzynarodowym Rosja mogłaby pozwolić Ukrainie na prawdziwe usamodzielnienie się, pozostawię ekspertom. Oczywiste jest jednak, że bez kontroli nad Ukrainą Rosja nie istnieje jako imperium w wymiarze symbolicznym; Białoruś jest tu jedynie dodatkiem. Bez Ukrainy z Kijowem, „matką miast ruskich” i kolebką wschodniego chrześcijaństwa oraz państwowości, Rosja spada na pozycję większego, ale w istocie młodszego brata z barbarzyńskiej północy (ukraińskie memy pokazujące, jak wyglądało miejsce, gdzie za kilkaset lat powstanie Moskwa, w momencie gdy w Kijowie wybudowano Ławrę Peczerska czy sobór Sofijski, są tego dobitnym dowodem). Podczas gdy absurdalna idea „denazyfikacji” Ukrainy wyprodukowana została na rynek wewnętrzny, na eksport na Ukrainę (oraz do innych dawniej „bratnich państw”) przygotowano coś innego: koncepcję ruskiego miru, czyli jednolitej przestrzeni kulturowej i światopoglądowej, wynikającej ze wspólnoty, religii, języka (rosyjskiego, oczywiście) i doświadczenia historycznego. Naturalność i dostępność tej przestrzeni miała stanowić, zwłaszcza na wschodzie Ukrainy, przeciwwagę dla bardziej odległych i abstrakcyjnych zachodnich i europejskich wartości.
Z tej przestrzeni, będącej w istocie inną, lepiej nazwaną wersją sowieckości, Ukraina zachodnia wyłamała się już dawno: przede wszystkim dlatego, że jej doświadczenie historyczne było zasadniczo inne niż doświadczenie tej części państwa ukraińskiego, które wchodziło w skład Związku Radzieckiego już przed 1939 r. Podczas gdy ukraiński wschód (upraszczając) pogrążył się po 1991 r. w nostalgii za Sojuzem, Galicja z Wołyniem ruszyły upamiętniać ofiary sowieckiego terroru, budować pomniki partyzantom UPA i przepisywać sowiecką historię. Dopóki działania te miały status regionalnej aberracji, traktowane były przez Rosję z pobłażliwością. Gdy jednak zachodnioukraińska antysowiecka i zorientowana na gloryfikację walki narodowowyzwoleńczej wersja historii zaczęła zyskiwać status oficjalnej, wchodzić do podręczników i dominować w przestrzeni publicznej, Rosja poczuła się zdradzona i zagrożona na swoich pozycjach. Bo nawet jeśli wciąż niewielu mieszkańców Ukrainy poza Galicją uważało Stepana Banderę za bohatera, to już mówienie o sowieckich deportacjach setek tysięcy zachodnich Ukraińców w głąb ZSRR na zachodzie i zamorzeniu głodem milionów Ukraińców w środkowej i wschodniej części kraju stało się powszechne. W tej interpretacji historii Związek Sowiecki stawał się agresorem i zbrodniczym państwem okupacyjnym, zaś współczesna Rosja, zwłaszcza po aneksji Krymu i rozpoczęciu wojny w Donbasie w 2014 r., jego bezpośrednią sukcesorką.
Ta interpretacja była dla perspektyw ruskiego miru zupełnie destrukcyjna. Ukraina, poprzez swoje prozachodnie aspiracje, odrzucała wspólną z Rosją przyszłość, zaś przez tworzenie własnej narodowej historiografii kwestionowała dziedzictwo wspólnej przeszłości. Gdyby chcieć ująć obecną rosyjską agresję na Ukrainę w ramy historiozoficznego porządku, byłaby ona ofertą ostatniej szansy na to, by do tej wspólnoty powrócić.
Tego miasta nie da się okupować
Jeśli Putin liczył na szybkie zwycięstwo i „bramy triumfalne” w przygranicznych ukraińskich miejscowościach (a przynajmniej na to pierwsze liczył z całą pewnością), srodze się zawiódł. Soft power ruskiego miru nie przekonała nawet mieszkańców Mariupola, do niedawna najbardziej prorosyjskiego z dużych miast Ukrainy, nie mówiąc o charkowianach, kijowianach czy Ukraińcach z Galicji. Zwłaszcza na początku inwazji w ukraińskich mediach społecznościowych brylowały filmiki pokazujące rosyjskie czołgi obrzucane przez mieszkańców ukraińskich wsi kapustą czy ziemniakami oraz ukraińskie (rosyjskojęzyczne) staruszki wygrażające im zza płotów. Furorę zrobił też mem pokazujący kijowską staruszkę strącającą rosyjskiego drona za pomocą słoika kiszonych ogórków. Mem okazał się ukraińskim fake newsem ku pokrzepieniu serc, ale dobitnie pokazywał nastrój mieszkańców miasta, bo podpis pod obrazkiem brzmiał: „Tego miasta nie da się okupować”. Przekaz za nim idący był zaś jasny: ta kobieta przeżyła okupację niemiecką, przeżyje i rosyjską. Niemcom się nie udało na długo w Kijowie zostać, wy nawet tu na dobre nie wejdziecie.
Historyczne skojarzenia wykorzystuje bowiem nie tylko Putin, i nie tylko on prowadzi grę propagandową. Od samego początku również Ukraińcy bardzo aktywnie odwołują się do treści historycznych, na wielu poziomach. Robi to w swoich niestrudzonych wystąpieniach prezydent Zełenski, który konsekwentnie mówi o „ukraińskiej wojnie ojczyźnianej”. Zabieg ten jest bardzo przewrotny, ponieważ z jednej strony wykorzystuje on ukraińskie poczucie wspólnoty, braterstwa i dumy – mimo wszystko o wiele więcej Ukraińców służyło i zginęło w Armii Czerwonej niż w UPA – z drugiej zaś przepisuje na nowo koncept, który narzucić chciał Ukraińcom Putin. Albowiem jednym…