Subskrybuj
Postać Jezusa w serialu The Chosen fot. Angel Studios
Pracuje od 2018 r. w stowarzyszeniu Arka we Francji. Przez kilkanaście lat dziennikarz, korespondent PAP w Paryżu (2007–2012), stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”

Jezus powraca do synagogi

Jezus nie zrewolucjonizował religii żydowskiej. W jego nauczaniu nie ma nic absolutnie nowego. Czerpał z tradycji, którą dobrze znał. Dziś lepiej czułby się w synagodze niż w kościele.

Kim jest Jezus dla Pana, religijnego i uczonego Żyda? Prorokiem, duchowym przewodnikiem, uzdrowicielem czy jeszcze kimś innym?

Jezus był prorokiem odnawiającym tradycje judaizmu. Aby to dostrzec, nie trzeba zawiłych interpretacji, wystarczy tylko uważnie czytać teksty ewangelijne. Historia Jezusa jest historią całkowicie żydowską. Nigdy nie głosił on swoich nauk poza ziemią Izraela, był obrzezany, przeszedł bar micwę, modlił się w synagodze.

Samo słowo „chrześcijanin” nie narodziło się w ziemi Izraela, tylko w Azji Mniejszej.

Historię Jezusa interpretowali po swojemu ewangeliści, a potem kościelni teolodzy, aby położyć fundamenty pod nową religię. Podkreślam, że nie podważa to wcale wagi chrześcijaństwa, ale ustawia na nowo relacje między nim a judaizmem w historycznej perspektywie.

To nie Jezus dzieli Żydów i chrześcijan, lecz schrystianizowana opowieść o nim, którą sporządzono długo po jego śmierci. Dlatego swoją ostatnią książkę zatytułowałem Jésus avant le Christ (Jezus przed Chrystusem). Musimy to pojąć, żeby doszło do prawdziwego dialogu chrześcijańsko-żydowskiego. W przeszłości prześladowania Żydów, ich przymusowe konwersje na chrześcijaństwo lub wypędzanie wynikały właśnie z tego, że chrześcijanie nie rozumieli podstaw judaizmu.

Twierdzi Pan w swojej książce, że „Jezus był reformatorem judaizmu, ale nie chciał tworzyć nowej religii” i że gdyby powrócił na nowo dzisiaj, to lepiej czułby się w synagodze niż w kościele. Wobec tego można spytać: skoro chciał reformy judaizmu, a nie zerwania z nim, to dlaczego jego nauczanie sprowadziło na niego nienawiść części współwyznawców, a ostatecznie – śmierć na krzyżu?

Jak prorocy żydowscy z Biblii hebrajskiej Jezus krytykował swoją wspólnotę, a szczególnie politykę władz, uczonych w Piśmie i kapłanów. Nie szczędził też ostrych słów ludowi, zarzucając mu, że nie chce nic zrobić, by zmienić sytuację. W wielu punktach Jezus miał rację, podobnie jak rabini, których zbliżone myśli znajdujemy na kartach Talmudu. Wielokrotnie czerpie on z mądrości wcześniejszych proroków, aby legitymizować swoje nauczanie i koncepcje, skierowane przede wszystkim do własnej społeczności.

Jak dobrze wiemy, nikt nie jest prorokiem we własnym kraju; Jezus, tak jak jego poprzednicy, spotkał się ze sprzeciwem wśród części Żydów. Jerozolimscy kapłani zdali sobie sprawę z ryzyka, jakie wynikało z próby reform, nawet jeśli mogli je uznać za konieczne. W I poł. I w. n.e. świat żydowski był rozdarty między różne kierunki religijne: saduceuszy, faryzeuszy, esseńczyków, zwolenników Jana Chrzciciela i Jezusa.

Trzeba pamiętać także o tym, że uczniowie Jana Chrzciciela i Jezusa nie żyli ze sobą w zgodzie. Z punktu widzenia Świątyni Jerozolimskiej te wewnętrzne podziały były niebezpieczne.

Inną rzeczą, której nie mogli przyjąć strażnicy żydowskiej tradycji w tamtym czasie, była idea jedynego i ostatecznego Mesjasza, Boga Wcielonego. Chociaż w ewangeliach Jezus nie mówi o sobie publicznie jako o Mesjaszu, to przecież tak widzieli go jego uczniowie. A według tradycji żydowskiej z czasów proroków w każdym pokoleniu pojawia się mesjasz, czyli mówi się tam o wielu mesjaszach, a nie o jednym – i jedynym – Mesjaszu.

Sprecyzujmy zatem, jak rozumie to pojęcie tradycja żydowska sprzed zburzenia świątyni w Jerozolimie w 70 r. n.e. Czy oczekiwany mesjasz był kimś w rodzaju nadczłowieka, politycznego lidera Izraela czy raczej zbawcy całego świata?

W języku hebrajskim mesjasz oznaczał dosłownie osobę namaszczoną oliwą, pomazańca – mógł być nim król, kapłan lub prorok. Według Biblii hebrajskiej mesjaszami byli np. patriarcha Józef, Mojżesz, król Dawid, niektórzy prorocy, jak Izajasz – a zatem wszyscy ci, którzy próbowali ratować tradycję żydowską i napominali rodaków, aby nie odchodzili od fundamentów wiary.

Żydzi w kolejnych okresach kryzysów wypatrywali zbawcy, mesjasza – tak jak i my dzisiaj, w czasach ogromnego kryzysu cywilizacji zachodniej, potrzebujemy kogoś, kto potrafi nas wyprowadzić z zapaści.

Nie istniał dla nich jeden zbawca całej ludzkości – czyli Mesjasz pisany wielką literą (po grecku, czyli w języku ewangelii, tłumaczony jako Chréstos – Chrystus).

W ewangeliach sam Nazarejczyk – jak podaje np. niedawno wydany przez francuską szkołę biblistów z Jerozolimy leksykon wiedzy o Jezusie (Dictionnaire Jesus) – nigdy nie ogłasza się bezpośrednio Mesjaszem, strofuje nawet apostołów, gdy nazywają go w ten sposób. Przedstawia się najczęściej jako „syn Człowieczy” bądź „syn Boży”, jest też nazywany przez tłumy „synem Dawida”. Terminy te odnajdujemy w Biblii hebrajskiej. Tu znów pytanie: czy „syn Boży” ma wskazywać na boskość Jezusa, czy tak rozumieli je Żydzi w tamtej epoce?

Pojęcie „syn Boży” występuje już w Torze – w Księdze Wyjścia – gdzie oznacza lud Izraela. Kiedy Bóg wysłał Mojżesza, aby wyzwolić Izraelitów z niewoli egipskiej, rzekł: „Synem moim pierworodnym jest Izrael” (4, 21). Tak więc nie mamy tu wątpliwości, że określenie dotyczy narodu wybranego, bo mówi to sam Bóg.

Jezus używa tego biblijnego słowa, bo przecież sam był Żydem przestrzegającym tradycji – nie tylko czytał Pięcioksiąg i pisma proroków. Nie zapominajmy, że nie był chrześcijaninem i nie mógł czytać ewangelii, które powstały wiele dziesiątek lat po jego śmierci!

Termin „syn Boży” ma tutaj sens symboliczny. Aby to zrozumieć, należy zacząć od ogólnego pytania: czym jest bycie synem i ojcostwo? Uznaję daną osobę za mojego ojca nie tylko dlatego, że przyczynił się do mojego przyjścia na świat, ale też dlatego, że pełni on funkcję rodzicielską wykraczającą poza biologię. Ojciec przekazuje synowi wartości i tradycje, które jego potomek powinien uzupełniać i twórczo rozwijać. Takie właśnie zadanie nałożył Bóg na Izrael jako swojego symbolicznego syna. Powiedział mu: „Powierzam ci misję, nieś ją, aby mogła zatriumfować w dziejach ludzkości”.

Tak więc w tradycji żydowskiej „syn Boży” – czy to jako naród, czy jako człowiek – rozumiany jest symbolicznie, nie jako istota boska. Tym właśnie różni się od późniejszych interpretacji chrześcijańskich.

Odnosząc się do nauczania Chrystusa z Kazania na Górze, nie waha się Pan twierdzić – to cytat z książki Jésus avant le Christ: „Jezus nie wniósł nic nowego do tradycji żydowskiej ani pod względem treści, ani formy”. Ta teza może, przypuszczam, oburzyć niektórych chrześcijan…

Być może, moim celem jednak nie jest podważanie filarów chrześcijaństwa, lecz uporządkowanie pewnych kwestii. Po prostu zwracam uwagę, że duchowość chrześcijańska kształtowała się nie tylko na podstawie nauk Jezusa, ale i później dodanych przez teologów zasad, które nie mogły wyjść z ust samego Nazarejczyka.
Wiemy dziś dobrze, że same ewangelie powstawały kilkadziesiąt lat po śmierci Jezusa – ich autorzy rozwinęli jego nauczanie, spisując je w sobie właściwy sposób, co otworzyło później drogę do interpretacji teologom chrześcijańskim.

Wracając do Kazania na Górze: czy wzywanie do kochania nieprzyjaciół lub nadstawiania drugiego policzka naszym agresorom nie było moralnym novum w środowisku żydowskim I w.?

Nie, to nie była nowość.

Zatrzymajmy się więc może na chwilę, żeby to dobrze zrozumieć. Jedno z najczęściej cytowanych zdań Jezusa z Kazania na Góry brzmi: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują” (Mt, 5, 44). Twierdzi Pan, że podobne przykazania możemy znaleźć w Torze lub Talmudzie?

Tak, podobny przekaz znajdziemy w Biblii hebrajskiej, choć wydaje się to sprzeczne z obiegowymi wyobrażeniami o tamtej epoce. Ale powinniśmy najpierw wyjaśnić, jak rozumiemy użyty w cytowanym zdaniu termin „nieprzyjaciel”.

Moim zdaniem – piszę o tym szerzej w książce – nieprzyjaciel nie oznacza tutaj kogoś, kto walczy z nami z bronią w ręku, tylko osobę lub naród o innej kulturze, religii czy poglądach, po prostu: cudzoziemców. Tak można interpretować słowa Jezusa: dlatego uważam, że on nie wzywa nas do miłowania napastników czy najeźdźców atakujących nasz kraj, lecz tych wszystkich, którzy się od nas bardzo różnią. W tym znaczeniu nie jest to czymś nowym, bo w Pięcioksięgu Mojżeszowym znajdziemy podobne przykazania.

Bóg mówi do Izraelitów, aby przyjmowali u siebie cudzoziemców: „Przybysza, który się osiedlił wśród was, będziecie uważać za obywatela. Będziesz go miłował jak siebie samego, bo i wy byliście przybyszami w ziemi egipskiej” (Kpł 19, 33–34). W innym miejscu czytamy: „Wy także miłujcie cudzoziemca, boście sami byli cudzoziemcami w ziemi egipskiej” (Pwt 10, 19). Nieco dalej, w tej samej księdze, Bóg wzywa Izraelitów, by uważali „Edomitów” [czyli Idumejczyków, mieszkańców Idumei, leżącej na południe od Judei – przyp. red.], którzy byli wówczas w złych relacjach z Żydami, za swoich „braci” (Pwt 23, 8).

Moglibyśmy się spodziewać w tej sytuacji wezwania do zemsty – a tu mamy przykazanie miłowania tych „innych”. Jak napisałem w mojej książce: „Podstawowe przykazanie Tory »Kochaj bliźniego swego jak siebie samego« (Kpł 19, 18) pozostaje do dzisiaj wzorem wszystkich praw i zachowań”.

Niektórzy badacze ewangelii, jak zauważył m.in. biblista David Banon, nazywają Nowy Testament „chrześcijańskim midraszem Biblii hebrajskiej”. Idzie Pan tym tropem, zwracając uwagę, że autorzy ewangelii inspirowali się w wielkim stopniu typową dla judaizmu metodą komentowania pism świętych. Czym właściwie jest midrasz w tradycji hebrajskiej i dlaczego jest tak ważny?

Midrasz to rodzaj interpretacji ksiąg świętych charakterystyczny dla rabinów. Obejmuje takie środki jak alegoria i przypowieść, chętnie używane przez Jezusa w ewangeliach, przy czym zakres tego pojęcia jest dużo szerszy. Zacznijmy od tego, że każda lektura Biblii hebrajskiej jest interpretacją – bo dzisiejszy czytelnik nie jest Żydem żyjącym w czasach patriarchów czy proroków. Bóg nie przemawia do kogoś czytającego bezpośrednio jak do Mojżesza na górze Synaj. Mogę naprawdę zrozumieć dany tekst tylko wtedy, gdy biorę za punkt wyjścia swoją sytuację i próbuję na mój własny sposób wyrazić jego ponadczasowe przesłanie. To pierwszy filar midraszu.

Drugą zasadą jest to, że interpretacja tekstu zmienia się zależnie od epoki, w której żyjemy.

Stąd pytanie: czy kiedykolwiek pojmiemy znaczenie, jakie Bóg nadał słowom Biblii? Niektórzy teolodzy chrześcijańscy mówią: „Oto sens tego, co powiedział Jezus”, „Oto znaczenie słów Bożych”. Rabini odpowiadają: to absolutnie niemożliwe! Odczytywane przeze mnie znaczenie tekstu jest tylko jednym ze znaczeń, ale nigdy – ostatecznym sensem! W przeciwnym razie musielibyśmy przyjąć, że obcuję z duchem Bożym, co jest sprzeczne z zasadą stworzenia.

W dniu, w którym ktoś powie: uchwyciłem ostateczny sens, będzie…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Odczarowanie Jezusa