Zimą 1417 r. włoski humanista Poggio Bracciolini przemierzał południowe Niemcy. Celem jego podróży były stare opactwa, a zwłaszcza ich pokaźne biblioteki. Poggio był bowiem „łowcą ksiąg” – przeszukiwał zbiory, szukając wśród nich kopii nieznanych tekstów starożytnych, ułomków pozostałych po podziwianej przez niego cywilizacji klasycznej. Wiele z tych skarbów, łacińskich ksiąg, choć skrzętnie przepisywanych przez klasztornych skrybów, nie budziło przez wieki większego zainteresowania. W niemieckim opactwie Poggio ze wzruszeniem znalazł kilka nieznanych mu dzieł – najsłynniejszym z nich okazać się miał poemat De rerum natura (O rzeczywistości) rzymskiego poety i epikurejczyka Lukrecjusza. Tekst, który przemówi po ponad tysiącu lat zapomnienia, zrewolucjonizuje sposób myślenia Europejczyków. Poggio jednak nie mógł zdawać sobie z tego sprawy – jedyne, co zrobił, to poprosił o przygotowanie kopii. To wystarczyło, aby uruchomić lawinę zdarzeń.
Tak mniej więcej rozpoczyna swoją wciągającą opowieść amerykański badacz Stephen Greenblatt w książce Zwrot. Jak zaczął się renesans. Twierdzi on, że odkryty przez Poggia poemat niósł z sobą szereg idei, budzących niepokój, ale i rosnącą fascynację u jego chrześcijańskich czytelników. Oto – głosi Lukrecjusz – wszystko składa się z niewidzialnych cząstek (atomów), które są wieczne i poruszają się w nieskończonej próżni, wszechświat nie ma twórcy ani autora, nie został stworzony ze względu na ludzi ani dla nich, człowiek nie jest istotą wyjątkową, dusza umiera, nie ma życia po śmierci, nie istnieją anioły, demony ani zjawy, a najwyższym celem życia jest zwiększanie przyjemności i zmniejszanie cierpienia.
Choć sam Poggio nie wydobywa rewolucyjnego charakteru tych nauk, robią to inni. Lukrecjusza czytają Machiavelli i More, Montaigne i Bruno, Diderot i Wolter. Amerykański prezydent Thomas Jefferson miał w swoich zbiorach co najmniej pięć łacińskich wydań Lukrecjusza i kilka przekładów, a pytany o swój światopogląd, mówił: „Jestem epikurejczykiem”. To Jefferson miał nadać jednemu z najważniejszych dokumentów politycznych nowożytności, Deklaracji Niepodległości USA epikurejski rys – wprowadził do niej słynny zapis o tym, iż rząd będzie wspierać obywateli w ich „dążeniu do szczęścia” (pursuit of happiness). Greenblatt przekonuje, że Lukrecjusz, a wraz z nim epikureizm, stoi u podstaw najważniejszych znamion nowożytnego świata: jego naukowych koncepcji, przekonań etycznych i politycznych oraz dystansu wobec religii.
Jak nie zaczął się renesans
Autor Zwrotu (wykładowca Harvardu, znany badacz Szekspira) to niewątpliwie fantastyczny popularyzator i pisarz. Jego pracę czyta się jak kryminał, a to, że w roli głównej występuje skromny humanista, dodaje jej tylko powabu. Słusznie zresztą Greenblatt zauważa, że wielkie dziejowe zmiany nie dokonują się wyłącznie przez wojenne podboje, polityczne rozstrzygnięcia czy odkrycia podróżników. Część z nich zaczyna się właśnie w bibliotece – tak jak w owym 1417 r., gdy w cichej klasztornej sali pewien 40-letni mężczyzna sięgnął po stary rękopis znajdujący się na półce.
Mimo że Greenblatt otrzymał za swoją książkę liczne nagrody (w tym Nagrodę Pulitzera dla literatury faktu), to podniosły się też głosy, że jego opowieść jest zbyt prosta, a miejscami – po prostu fałszywa. Historyk John Monfasani w swojej recenzji zauważał, iż autor w podtytule „zapowiada, że opowie, jak zaczął się renesans – nigdzie jednak tego nie robi”. Poggio wysłał manuskrypt innemu słynnemu uczonemu Niccolò Niccolemu, ale nie ma dowodów na wpływ dzieła Lukrecjusza na któregokolwiek z nich – właściwie tekst nie odgrywał istotniejszej roli w Italii doby quattrocento. „Nie jest to mały problem, skoro chodzi o poemat, który miał stać u początków renesansu” – zauważa ironicznie Monfasani.
Dodatkowe światło rzuca badaczka recepcji Lukrecjusza (co ciekawe, znana także jako autorka tłumaczonych na polski powieści fantasy) Ada Palmer. Pokazuje, że początkowo De rerum natura traktowano jako ciekawy zabytek literackiej łaciny, dużo energii poświęcano na jego właściwe odczytanie i poprawienie błędów w średniowiecznej kopii. „52 manuskrypty, które przetrwały do dzisiaj, zawierają więcej uwag o czasowniku cluere [„być nazywanym” – nie był znany humanistom, uważany za archaiczny i niejasny – przyp. M.J.] niż o argumentach Lukrecjusza dotyczących odchylenia ruchu atomów, wolnej woli, próżni, stworzenia świata i śmiertelności duszy łącznie. Te nieliczne uwagi, które się na ich temat pojawiały, były często negatywne bądź krytyczne”. Wyjątkiem – znaczącym – był manuskrypt należący do Machiavellego, który skrupulatnie odnotowywał właśnie te, sprzeczne z chrześcijaństwem, wątki.
Monfasani podkreślał też, że oddziaływanie epikureizmu należy badać łącznie z innymi tradycjami starożytnymi, które zyskały nowe życie w renesansie – neoplatonizmem i sceptycyzmem. Od poł. XVI w. idee epikurejskie budzą coraz większe zainteresowanie, jednak Greenblatt tworzy uproszczony obraz dziejów, przedstawiając te wczesnonowożytne dzieje jako starcie pogodnego i naukowego epikureizmu z zaściankowym Kościołem. Autor Zwrotu przywołuje losy Giordana Bruna, choć ostatecznie jego wizja świata nie jest epikurejska (odrzucał np. istnienie próżni), a został zabity nie z powodu poglądów naukowych, lecz pod zarzutem herezji. „Bruno to męczennik wolności słowa, nie zginął za naukę, a na pewno nie za epikureizm” – pisze Monfasani. Podobnie argumentuje Palmer. Czytelnicy Lukrecjusza nie byli żadnymi prototypami oświeceniowych racjonalistów. „Zamiast uczynić krok na triumfalnej ścieżce wiodącej nieubłaganie ku nowoczesności, renesansowi radykałowie podążali ścieżkami różnymi, szukając nowych i owocnych podstaw filozofii i teologii. Epikureizm przyśpieszył ich poszukiwania, jednak większość z nich traktowała Epikura raczej jako przeciwnika bądź irytującego gza aniżeli nauczyciela”.
Przytaczam tę dyskusję o książce Greenblatta, wydanej bądź co bądź przed 10 laty, bo – mimo wszystko – stanowi ona intrygujące wprowadzenie do pytania o kulturową wagę filozofii epikurejskiej, o jej oddziaływanie w nowożytnej Europie oraz o wpływ na nasz sposób myślenia o świecie i człowieku. Być może Greenblatt popełnił błąd, kładąc nacisk na renesans. Epikureizm przeżył bowiem okres ożywionego zainteresowania w wieku XVII (i później). Jak podkreśla Catherine Wilson, można wskazać jego ważny wkład w trzech niebagatelnych aspektach ówczesnego myślenia. Mowa o atomizmie, politycznych teoriach umowy społecznej i dowartościowaniu przyjemności w etyce. Przyjrzyjmy się bliżej tym trzem elementom.
Atomizm, umowa społeczna, przyjemność
Atomizm Epikura (i wcześniejszego Demokryta) zyskał ponowne zainteresowanie właśnie w dobie rewolucji naukowej.
Nowożytni filozofowie szukali teorii, która pozwoliłaby lepiej opisywać przyrodę niż złożona filozofia Arystotelesa zakładająca istnienie czterech żywiołów, materii i formy etc. Teoria atomów, niewidzialnych cząstek o ograniczonej liczbie własności, oferowała prostszą i jednolitą wizję. I rzeczywiście spełniła ostatecznie pokładane w niej nadzieje.
Wraz z rozwojem chemii w XIX w. atomizm stał się uznaną hipotezą znajdującą potwierdzenie w badaniach empirycznych. Wcześniej pozostawał zaś teorią opartą na spekulacji metafizycznej, inspirującą nie tylko badaczy natury, ale i filozofów materialistów (różnicy między demokrytejską a epikurejską wizją przyrody poświęcił swój doktorat Karol Marks).
Co ciekawe, trudno w samym Epikurze widzieć patrona nauk przyrodniczych. Jego nauka o atomach i próżni miała sens terapeutyczny, bynajmniej nie teoretyczny. Poświadczała, iż świat wydany jest na pastwę przypadku, a nie sił nadprzyrodzonych – nie ma więc powodu, aby się ich lękać.
Bardziej szczegółowe badania przyrody Epikur uważał za niepotrzebne. Dla nowożytnych tymczasem atomizm stał się teoretycznym konstruktem współgrającym z ich pragnieniem poznania, podporządkowania i przekształcenia natury. Epikurejski „taniec atomów” niekoniecznie zdawał się bowiem leczyć od lęku. Niektórym wydawał się straszną i zarazem absurdalną wizją – w jaki sposób bowiem z przypadku zderzających się cząsteczek mógł wyłonić się obserwowalny w świecie porządek? Inni – jak Pierre Gassendi czy Robert Boyle – starali się połączyć atomizm z chrześcijaństwem, ukazując Boga jako Wielkiego Konstruktora, który wprowadza harmonię między atomami. Tak czy inaczej, można zaryzykować stwierdzenie, że starożytny atomizm spekulatywny, tworząc pojęciowe ramy, umożliwił powstanie współczesnych teorii budowy materii. W tym sensie, jak stwierdza Wilson, „wszyscy dziś jesteśmy epikurejczykami”.
Słabiej znane jest oddziaływanie epikureizmu na myśl polityczną, a zwłaszcza teorię umowy społecznej. Epikur kojarzony jest ze splendid isolationswojego filozoficznego Ogrodu i postrzeganiem polityki jako sfery szkodliwych namiętności. W jego maksymach – przekazanych przez Diogenesa Laertiosa – znajduje się jednak oryginalny zarys myśli politycznej. „Prawo naturalne jest tylko korzystną umową zawartą w tym celu, aby sobie wzajemnie nie szkodzić” (tłum. A. Krokiewicz) – głosi znana maksyma XXXI. Historyk filozofii Gianni Paganini zwraca uwagę, że Epikur jako jeden z bardzo licznych myślicieli starożytnych odrzucił transcendentną ideę sprawiedliwości na rzecz teorii kontraktu politycznego, którego celem jest wyłącznie „użyteczność” zawiązujących go stron. Teoria Epikura była jednym ze źródeł ożywiających nowożytną dyskusję o podstawach państwa, o tym, czy czerpie ono swoją ostateczną legitymizację z boskiej sankcji dla monarchy czy właśnie z hipotetycznej zgody wszystkich obywateli. Teorię tę rozwijał wspomniany już Gassendi, najbardziej znany rzecznik nowożytnego epikureizmu. Przyjaźnił się on z Thomasem Hobbesem, z którym w latach 40. XVII w. wspólnie gościli w paryskim salonie prowadzonym przez małżeństwo Cavendishów (bywał tam również Kartezjusz, ale jak zauważa Catherine…