Subskrybuj
Redaktor miesięcznika „Znak”, doktor filozofii. Współpracuje z magazynem „Kontakt”, pisze również w „Tygodniku Powszechnym” i na portalu NOIZZ.pl

Na pokładzie statku „Przyszłość”

Do jakiego stopnia jesteśmy jedynie realizatorami, przedmiotami nauki i technologii o z góry zadanym kursie, a do jakiego jej sternikami, panami, projektantami?

Karol Kleczka: Kto tworzy dziś wiodące projekty futurologiczne?

Ustalmy wpierw, o czym właściwie mówimy. Co się kwalifikuje jako projekt futurologiczny? Wystąpienie na TED? Książka z opisem takiej przyszłości? Think tank z futurologią w statucie? Marzenia multimiliardera z  megakorporacjami do wprowadzania tych marzeń w  życie? Stustronicowa agenda corocznego zlotu polityków i celebrytów?

Myślę, że musimy tu dać podstawowe rozróżnienie między po prostu wizjami przyszłości a programami realizacji postulatów, których celem jest doprowadzenie do – przynajmniej częściowego – ziszczenia danego wariantu przyszłości. I  dookreślić, że chodzi o przyszłość globalną, całej ludzkości, a nie przyszłość optymalną z punktu widzenia danego kraju czy biznesu.

W skrócie: wizje od programów odróżnia niekonieczność uwzględnienia w  wizjach racjonalnych związków przyczynowo-skutkowych.

Zacznijmy zatem od wizji. Kiedyś myślenie o przyszłości było zdominowane przez religię, obrazy apokalipsy. A jak jest obecnie z naszą wyobraźnią futurologiczną?

Tak naprawdę o myśleniu o przyszłości w dzisiejszym sensie można mówić od popularyzacji idei Oświecenia. Przez długi czas przyszłość nie była sekularna. W  ogóle nie postrzegano jej w  kategoriach sprawstwa, wyborów, przyczyn i skutków. Po prostu wyobraźnia ludzka pracowała na engine, silniku mitu (zazwyczaj mitu kołowego) albo, później, teologicznej celowości (eschatonu).

Tym bardziej interesujące są przejawy jej wtórnej eschatologizacji u współczesnych technokratów, inżynierów, najambitniejszych ścisłowców. Głównym celem Elona Muska jest uczynienie z Homo sapiens „gatunku multiplanetarnego”. Obaj z Jeffem Bezosem (który planuje zbudowanie w kosmosie habitatów dla biliona osób) powołują się często na „matematykę dziejów” Isaaka Asimova z  jego cyklu powieściowego Fundacja. Sergey Brin i Larry Page, właściciele Google’a, wierzą w Technologiczną Osobliwość i dążą ku niej. Ich „głównym futurystą” jest Ray Kurzweil, głoszący cyfrową nieśmiertelność człowieka. A prawie wszyscy tam są przekonani, że i tak żyjemy we wszechświecie-symulacji Nicka Bostroma.

Te wielkie projekty miliarderów gospodarki cyfrowej bywają trudne do odróżnienia od planów XIX-wiecznego myśliciela Nikołaja Fiodorowa z Filozofii wspólnego czynu, czyli naukowego programu wskrzeszenia całej ludzkości i kolonizacji kosmosu.

Zresztą otwarcie mówią, skąd im się takie ambicje wzięły: bo od dzieciństwa żyli wizjami klasycznego science fiction.

Wizje przyszłości rozwijają się, propagują i giną wedle reguł darwinowskiej selekcji, tj. walki memów, a kryterium selekcyjnym nie jest ich racjonalność, lecz szeroko rozumiana atrakcyjność dla umysłów, które zarażają. „Szeroko”, bo nie chodzi tu o „ładność”, „przyjemność”. Atrakcyjne bywają także horrory, katastrofy, turpizmy etc. Jeśli więc pyta Pan, kto czy co dziś rządzi wyobraźnią współczesnego Zachodu, to odpowiedź jest prosta: popkultura.

Gdy pomyślimy o takich serialach jak Czarne lustro albo filmach jak Nie patrz w górę, to okaże się, że popkultura rozpościera przed nami ostatnio dość mroczną przyszłość.

Są takie epoki kulturowe  – jak nasza – gdy ludzie wprost uwielbiają przeżywać w wyobraźni dystopijne opresje i depresje.

Wystarczy spojrzeć na rankingi boxoffice’ów, topki platform streamingowych czy settingi najpopularniejszych gier. Dlaczego w danej epoce dominują w kulturze takie, a nie inne motywy? – to temat dla socjologów i  psychoanalityków. Jeśli czegoś w ogóle uczy tu historia, to braku prostej korelacji fikcji z  realem. W epoce przedwojennej masowa wyobraźnia równie dobrze może żyć obrazami wojny, co wiecznej szczęśliwości; w epoce dobrobytu – zarówno wizjami kontynuacji postępu, jak i nieuchronnej zapaści.

Idąc za Pańską dystynkcją, przejdźmy do programów. Marcin Napiórkowski w książce Naprawić przyszłość twierdzi, że kluczowy spór przebiega między technooptymistami i technopesymistami. Jeśli miałby Pan zarysować mapę wiodących propozycji myślenia o przyszłości – nie wizji, ale programów właśnie – to na jakie szczególnie zwróciłby Pan uwagę?

W  sporze technooptymistów z technopesymistami moim zdaniem kluczowi są technofataliści. W  istocie technofatalizm stanowi bazowy pogląd w ogromnej większości debat, nieświadomie przyjmowaną „normę”. Technooptymizm i  technopesymizm zakładają ocenność i sprawczość, decyzyjność człowieka względem technologii. Technofatalizm ujmuje naukę i technologię jako zmienną niezależną. Możemy sobie mieć takie czy inne poglądy, ale kierunku odkryć naukowych one nie zmienią: zimna fuzja jądrowa albo jest możliwa, albo nie; strong general AI albo powstanie, albo nie; albo da się połączyć grawitację z fizyką kwantową, albo nie da się tego zrobić. A osiowe pytanie brzmi tak: czy i do jakiego stopnia jesteśmy jedynie realizatorami, przedmiotami nauki i technologii o z góry zadanym kursie, a do jakiego jej sternikami, panami, projektantami?

Myślę, że dzisiaj można mówić o czterech programach realizacji określonej przyszłości na tyle spopularyzowanych, że odbijających się w masowej wyobraźni.

Pierwszy to oczywiście program przeciwdziałania zmianom klimatycznym.

Drugi to program kolonizacji kosmosu: orbit Ziemi, powierzchni Księżyca, Marsa.

Trzeci to program automatyzacji i optymalizacji życia ludzkiego, od poziomu społecznego do osobistego.

Czwarty to program zapewnienia ludziom wiecznego życia, głównie dzięki cyfryzacji.

Można się spierać o  szanse ich realizacji – i taki spór jest możliwy, ponieważ, w odróżnieniu od po prostu „wizji przyszłości” tutaj przedstawia się konkretne działania, podaje modele ilościowe, proponuje technologie i budżety.

Filozofowie tacy jak wspomniany już Nick Bostrom czy William MacAskill odpowiedzieliby Panu, że sprawczość człowieka jest przeogromna, a przede wszystkim długodystansowa. Longtermizm stawia za cel poważne potraktowanie przyszłych pokoleń ludzi, w tym tych, którzy pojawią się dopiero w dalekiej przyszłości.

Uważam, że to trik metodologiczny, jeszcze bardziej pompujący pychę technokratów.

Jak to zwykle bywa, startowy postulat ogólnie jest słuszny. Pojawił się w reakcji na rozmaite ekscesy ostatnich pokoleń, przyzwyczajonych do życia na kredyt i przerzucania kosztów „poza horyzont” – geograficzny lub czasowy. Jest to zresztą postulat mocno rezonujący z ideologiami konserwatywnymi i narodowymi. Odpowiedzialność polityczna i gospodarcza rozciąga się tam na całe continuum pokoleń, daleko poza tych, którzy akurat teraz głosują, pracują, konsumują. Naród w tym ujęciu to wspólnota nieograniczona ludzkim doświadczeniem czasowości, należą do niej tak samo ci, którzy już zmarli, jak też ci, którzy jeszcze się nie narodzili. Jak u św. Tomasza z Akwinu: tylko Bóg widzi naraz wszystkie punkty w czasie – porusza się w więcej niż jednym wymiarze czasu. Tylko On więc mógłby świadczyć za „tych, co przyjdą po nas”.

Ta boska perspektywa dobrze wprowadza w fundamentalny problem longtermizmu. Ma on dwa wymiary: polityczny i metodologiczny.

Na czym polegają te problemy?

Ludzie żyjący obecnie mają tę przewagę, że mogą głosować. Zmarli i  nienarodzeni nie mają głosu w  demokracji. Ktoś musi wypowiadać się za nich, wprost lub pośrednio. Takim pośrednim głosem zmarłych jest tradycja. Nie istnieje natomiast analogiczny mechanizm doważający interesy jeszcze nienarodzonych. Konsekwencją propozycji longtermistów jest wprowadzenie takiego oto jego substytutu: za przyszłe pokolenia udział we władzy mieliby mieć naukowcy, filozofowie, technolodzy – ci, którzy „wiedzą, jak będzie”.

Trudno nie dostrzec w tym powrotu do starego schematu „władzy nielicznych oświeconych dla dobra ogółu” – od królów-filozofów Platona, przez Partię rządzącą w imieniu proletariatu do chińskich technokratów.

Z tym wiąże się problem metodologiczny. Osiągnięcia polityków i  naukowców działających dla dobra przyszłej ludzkości kosztem im współczesnych są, delikatnie mówiąc, mało chwalebne. Jakiż to przełom w  modelowaniu tak ogromnych, złożonych i nieliniowych procesów nastąpił ostatnio, że znowu powinniśmy zaufać samozwańczym projektantom naszej przyszłości? Co chwila dostajemy dowody na coś wręcz przeciwnego: że oto kolejny supernaukowy i  konieczny projekt przyszłości przynosi fatalne skutki – jak np. chiński wielki program demograficzny jednego dziecka. A dopiero boska nieomylność usprawiedliwiałaby takie przesunięcie priorytetów władzy.

Jaki praktyczny wniosek można wynieść z longtermizmu? Chyba tylko ten, że warto znaleźć sposób wdrożenia każdego obywatela z osobna w myślenie „w imieniu” przyszłych pokoleń, tak by głosując, miał z tyłu głowy interesy także nienarodzonych. Longtermizm prawidłowo rozpoznał tu pewną pustkę, brak, zanik. Dotychczas bowiem odpowiadała za to dowartościowanie potomków instytucja wielopokoleniowej rodziny.

Z podobnego punktu widzenia wychodzą aktywiści wspomnianego przez Pana programu przeciwdziałania bądź spowalniania postępu zmian klimatycznych.

Przynajmniej niektórzy. Dlaczego na froncie politycznych walk klimatycznych znajdują się dzieci, nastolatki? Po pierwsze, bo w cywilizacji postpiśmiennej najskuteczniejsze są perswazje emocjonalne. Po drugie  – ponieważ młodzi słusznie czują się „opuszczeni przez przodków”. Duża część konsumentów i głosujących nie bierze dziś bowiem pod uwagę w swoich wyborach interesów dzieci, wnuków. Bo ich po prostu nie ma.

Może to też spadkobierstwo jakiegoś rodzaju zsekularyzowanej eschatologii. Chyba w masowej wyobraźni ludzi Zachodu kres znanego nam świata wyznacza właśnie katastrofa klimatyczna. Czy słusznie?

Czy jest słuszne, że w ogóle oczekujemy końca? W jakim momencie przeszliśmy od modelu człowieka, świata i  historii „otwartego”  – w którym oczywiście istnieją rozmaite zagrożenia, ale sny, marzenia, plany są „otwarte”, zwrócone ku możliwościom, szansom  – do modelu „zamkniętego”, w którym w  sposób konieczny następuje „cięcie” i  nie ma w  ogóle sensu marzyć, planować poza tym horyzontem?

Proszę zauważyć, że nawet w szczycie zimnej wojny i zagrożenia zagładą nuklearną zarówno zachodni, jak i  wschodni (tj. demoludów) sposób myślenia były „otwarte”.

Może wszyscy zginiemy w wymianie ciosów atomowych, może nie, ale jeśli nie, to przed nami latające samochody, podbój kosmosu, miasta podwodne itd. albo powszechna szczęśliwość ludu pracującego w komunizmie. „Epoka atomowa” niosła w sobie oba te znaczenia.

Można wskazać kilka etapów pośrednich prowadzących do tego „zamknięcia”. Bodaj najpierw pojawiło się poczucie wyczerpania kulturowego – przestaliśmy generować nowe wizje przyszłości, także w popkulturze; zamiast tego zaczęliśmy powracać do „starych” przyszłości, recyklingować je w kółko. Potem dostaliśmy nadbudowę teoretyczną: koniec historii Fukuyamy. W praktyce politycznej mieliśmy TINe˛: there is no alternative. Wreszcie przyszła refleksja technologiczna, najdobitniej wyrażona przez Petera Thiela: że od lat 50.– 60. XX w. zamiast postępu mamy jedynie optymalizację kosztową (globalizację) i doskonalenie marketingu. Że wyczerpał się napęd w naukach podstawowych – z przyczyn zewnętrznych, przygodnych, a może z uwagi na samą naturę rzeczywistości. Od strony ekonomii podobną diagnozę stawia Robert J. Gordon.

Pod spodem tego wszystkiego płyną zaś powolne, głębokie rzeki demografii: społeczeństwa Zachodu się starzeją, mają coraz mniej dzieci, a to dzieci są kolonizatorami przyszłości, one wyznaczają jej „wagę” wobec „wagi” przeszłości zamieszkiwanej przez starców.

Longtermiści zdają się operować modelem „otwartym”, skoro analizując „egzystencjalne zagrożenia” dla ludzkości (globalne pandemie, superinteligencja, uderzenie asteroidy), kierują się dalekim dystansem czasowym. Gdyby był Pan miliarderem z Doliny Krzemowej, które z tych zagrożeń uznałby Pan za na tyle istotne, by przekazywać na zapobieganie mu własne naddatkowe zyski?

Chociaż nie jestem fanem Billa Gatesa, uważam, że podejście Fundacji Gatesów po 2010 r. było najsensowniejsze: skupienie się na problemach, których rozwiązanie jest w zasięgu naszych wysiłków, tylko że wymaga znacząco większych nakładów finansowych, i poprawi jakość życia jak największej liczby osób w sposób już dzisiaj mierzalny. Jest to też najbliższe klasycznemu efektywnemu altruizmowi. Projekty o niemierzalnych rezultatach nie mieszczą się w jego definicji.

Najpewniej więc rozdzieliłbym fundusze tak: 90% na powyższe cele i 10% na badania związane z odleglejszymi zagrożeniami. Ale właśnie – badania. Cały wysiłek powinien tam pójść najpierw na wypracowanie jak najlepszej i  jak najbardziej obiektywnej metodologii szacowania tych zagrożeń i modelowania działań zapobiegających.

Longtermizm jest przez niektórych postrzegany jako moralnie ekscentryczna propozycja – kolonizacja kosmosu może się okazać ważniejsza np. od pomocy ludziom żyjącym tu i teraz – ponieważ taka kolonizacja jest kartą ubezpieczeniową dla ludzkości w przypadku, gdyby…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Filozofowie Doliny Krzemowej i przyszłość ludzkości