Ludzkość może mieć przed sobą ogromną przyszłość. Człowiek pojawił się na Ziemi co najmniej 200 tys. lat temu. Typowy gatunek ssaka żyje mniej więcej milion lat. Homo sapiens może więc mieć przed sobą jeszcze 800 tys. lat. Jak pisze australijski filozof Toby Ord, w skali jednego ludzkiego życia ludzkość miałaby teraz mniej więcej 16 lat, a zatem byłaby „wystarczająco dorosła, żeby się czymś wykazać albo żeby wpakować się w poważne tarapaty”. Burzliwy XX w. to w tym porównaniu zaledwie trzy dni.
Człowiek nie jest jednak typowym ssakiem. Ma język, narzędzia, zamieszkuje wszystkie kontynenty. Ludzkość mogłaby więc przetrwać kolejny miliard lat, do momentu kiedy rosnące Słońce wyjałowi Ziemię. Dla porównania, pisze Ord, szacuje się, że niektóre typy morskich gąbek są już z nami pół miliarda lat. A jeśli ludzie – albo ich ewolucyjna spuścizna – staną się kiedyś gatunkiem międzygwiezdnym, to mogliby przetrwać kolejne 100 bln lat, do czasu kiedy zgasną ostatnie gwiazdy. Jak pisze kolega Orda szkocki filozof William MacAskill, na każdego człowieka żyjącego dzisiaj może przypadać tysiące, a nawet dziesiątki tysięcy ludzi przyszłych. Istnieje też oczywiście ryzyko, że XXI w. jest naszym ostatnim.
Ta niecodzienna perspektywa stanowi punkt wyjścia longtermizmu (lub, inaczej, długoperspektywizmu), nowego ruchu społeczno-filozoficznego, który głosi, że kluczowym zadaniem naszych czasów jest pozytywny wpływ na przyszłość ludzkości, przy czym chodzi o przyszłość ekstremalnie długofalową: o kolejne tysiące, miliony, może nawet miliardy lat. Do obecnej fali longtermizmu można zaliczyć oprócz wspomnianych MacAskilla i Orda również Nicka Bostroma, dyrektora Future of Humanity Institute, który zatrudnia Orda, i Hilary Greaves, do niedawna szefową Global Priorities Institute, gdzie z kolei pracuje MacAskill. Obie instytucje są częścią Uniwersytetu Oksfordzkiego. Dodajmy od razu, że longtermizm nie jest jedynie poglądem garstki akademików. Ruch staje się coraz głośniejszy: zyskuje finansowe wsparcie w Dolinie Krzemowej, duże materiały poświęciły mu ostatnio „Time”, „The Economist”, „The New York Times” i „New Yorker”, a jednym z jego najbardziej znanych sympatyków stał się niedawno Elon Musk.
Longtermizm i efektywny altruizm
Elementów longtermizmu można doszukiwać się już dawniej, np. w tradycji Irokezów, którzy podtrzymują „zasadę siódmego pokolenia”: zawsze bierz pod uwagę skutki swojej decyzji na siódme pokolenie do przodu. (Chociaż siedem pokoleń to krótki horyzont czasowy dla oksfordzkich longtermistów). Polski czytelnik mógł z kolei zetknąć się z podobnymi tematami w pismach niemieckiego filozofa Hansa Jonasa na temat etyki odpowiedzialności.
Dzisiejszy longtermizm wyrasta w dużej mierze z ruchu efektywnego altruizmu, który „używa faktów i logiki, żeby dowiedzieć się, jak najlepiej pomóc innym i wprowadzać tę wiedzę w życie”. MacAskill i Ord to jego współzałożyciele. Inspiracją dla ruchu pozostaje także Peter Singer, australijski filozof, autor ważnego artykułu Famine, Affluence and Morality (Głód, zamożność i moralność) z 1972 r. o moralnych obowiązkach bogatych w świecie biedy. Istotną częścią efektywnego altruizmu jest charytatywne rzeczoznawstwo: porównywanie skuteczności różnych organizacji charytatywnych. Efektywni altruiści oceniają każdy problem pod względem skali, zaniedbania i trudności: ilu ludzi dotyczy?, jak dużo poświęca mu się teraz środków?, jak ciężko będzie go rozwiązać? Im problem większy, bardziej zaniedbany i łatwiejszy, tym lepszy jako cel dla efektywnych altruistów. Przez lata wielu efektywnych altruistów wspierało zatem pomoc dla ludzi skrajnie ubogich, których pozostają na świecie setki milionów – np. poprzez organizację GiveDirectly, która nasze pieniądze bezpośrednio przeleje na konta ubogich rodzin w Kenii i Ugandzie – czy też walkę z malarią, która rocznie zabija ok. 600 tys. ludzi – m.in. poprzez Against Malaria Foundation, zajmującą się zakupem i dystrybucją owadobójczych siatek na łóżka.
Celem efektywnych altruistów jest pomagać nie tylko efektywnie, ale także jak najwięcej. Wielu zobowiązuje się przeto do przekazywania przynajmniej części swojego dochodu – zazwyczaj jest to 10%, w świadomym nawiązaniu do praktyki dziesięciny – na rzetelnie wybrane cele charytatywne. Inni zwracają się do organizacji 80 000 Hours – tak nazwanej, bo tyle godzin w życiu przeciętny człowiek spędza w pracy – która doradza, jak nasza kariera zawodowa może zmienić świat na lepsze: czy lepiej zostać lekarzem, naukowcem, działaczem NGO, a może dobrze zarabiającym menedżerem, który swój dochód przekaże na „efektywny altruizm”.
Cały ruch doświadczył gwałtownego wzrostu w ciągu ostatniej dekady. Szacuje się, że w 2021 r. 600 mln dolarów zostało przekazanych na cele związane z efektywnym altruizmem. Głównym powodem była popularność ruchu wśród miliarderów, takich jak Dustin Moskovitz, współzałożyciel Facebooka i współtwórca organizacji Open Philantropy, oraz Sam Bankman-Fried, były stażysta w jednej z efektywno-altruistycznych organizacji i handlarz kryptowalut, którego niedawne bankructwo z towarzyszącymi mu zarzutami oszustwa i niegospodarności skłoniło licznych efektywnych altruistów do refleksji na temat zagrożeń polegania na szczodrości bogatych kapitalistów. Ostatnio wielu efektywnych altruistów przeszło na longtermizm, przekazując swoją dziesięcinę na rzecz poprawy ludzkiej przyszłości zamiast na skrajną biedę czy siatki antymalaryczne.
Uwagę mediów zwróciła pozytywna ocena, którą wspomniany już Musk wystawił na Twitterze książce MacAskilla What We Owe The Future (Co jesteśmy winni przyszłości), pisząc, że jest ona „bliska jego filozofii”.
MacAskill szybko dostrzegł, że to wpływowy, ale i kontrowersyjny sojusznik. Podkreślił więc w odpowiedzi, że choć łączy ich poważne potraktowanie moralnych zobowiązań wobec przyszłości, to dzielą ich też istotne różnice zdań dotyczące oceny skali zagrożeń. Przykładowo MacAskill – inaczej niż Musk – nie sądzi, iż kolonizacja kosmosu powinna być naszym kluczowym celem w najbliższym czasie; albo że spadek dzietności stanowi istotne zagrożenie dla naszej cywilizacji. Kłopotliwa etykieta „filozofa Muska” jednak zaczęła być przyklejana MacAskillowi. Jakie są zatem w rzeczywistości wady i zalety longtermizmu?
Troska o przyszłe pokolenia
Longtermiści traktują poważnie pogląd, że sama w sobie odległość w czasie powinna mieć równie małe znaczenie jak odległość w przestrzeni. Brytyjski filozof Derek Parfit wspólnie z amerykańskim ekonomistą Tylerem Cowenem, pytają, co byśmy powiedzieli, gdyby okazało się, że wkrótce musimy umrzeć na raka, bo 2000 lat temu Kleopatra zażyczyła sobie dokładkę deseru. Byłoby to skandaliczne, uważa Parfit, przy czym podobnie skandaliczne jest nasze lekceważenie ludzi, którzy za 2000 lat będą tak samo realni jak my teraz.
Nie jest to jednak pogląd powszechny. Przykładowo: ekonomiczne analizy zmiany klimatycznej na ogół pomniejszają przyszłe korzyści o stały procent rocznie. Przy typowym założeniu 3 procent, korzyść z ocalenia jednego życia dzisiaj jest traktowana jako równoważna korzyści z ocalenia mniej więcej 20 ludzi za 100 lat. Taka procedura ma sens w przypadku rozważania korzyści pieniężnych, które da się zainwestować i za 100 lat odebrać z odsetkami, ale nie jeśli chodzi o ludzkie życie. Istnieje też oczywiście ryzyko, że żadnej ludzkiej przyszłości nie będzie. Nie jest to jednak dobry powód, żeby ryzyko zignorować, zamiast je wyeliminować. Lepszy powód jest taki, że z masami przyszłych ludzi nie łączą nas żadne specjalne więzy. Ludzie żyjący dziś to w końcu nasze rodziny, znajomi, rodacy. Jednak to, że osoba nam znajoma jest dla nas bliższa, nie znaczy chyba, że przyszły nieznajomy nie liczy się wcale. A takich nieznajomych może być całkiem sporo.
Przekonanie o moralnym znaczeniu przyszłych ludzi i o ich potencjalnie astronomicznej liczbie prowadzi longtermistów do wniosku, że bardzo ważne jest, jaki mamy na nich wpływ. Tym bardziej że długofalowa przyszłość stanowi obecnie kwestią zaniedbaną. Przyszli ludzie nie głosują w naszych wyborach ani nie posiadają udziałów w naszych firmach, zaś większość naszych instytucji posługuje się bardzo krótkoterminową perspektywą.
Egzystencjalne ryzyko
Czy jednak w ogóle da się znacząco wpłynąć na długofalową przyszłość? Wyginięcie ptaka dodo stanowi przykład długotrwałych, może nawet nieodwracalnych, skutków ludzkich działań. Podobnie byłoby z wyginięciem naszego gatunku. Dla longtermistów ważnym problemem jest więc ryzyko egzystencjalne, czyli – w definicji Bostroma – „ryzyko przedwczesnego wyginięcia inteligentnego życia na Ziemi lub drastycznego i trwałego zniszczenia jego potencjału na dalszy pozytywny rozwój”. Zdaniem Orda ryzyko egzystencjalnej katastrofy w ciągu następnych 100 lat wynosi jeden do sześciu, czyli tyle co w rosyjskiej ruletce. Bostrom ocenia je na jeden do pięciu, a bardziej optymistyczny MacAskill na jeden do stu.
Nie chodzi tutaj o zaobserwowaną częstotliwość egzystencjalnych katastrof, bo wyginąć możemy tylko raz, ale o miarę pewności, jaką uzasadnia nasza baza dowodowa. Chodzi zatem o taki rodzaj prawdopodobieństwa, z którym ma do czynienia sędzia, kiedy musi ocenić ryzyko, że oskarżony jest jednak niewinny.
Jednym czynnikiem ryzyka egzystencjalnego jest zmiana klimatu. Dwutlenek węgla uwolniony przez rewolucję przemysłową ma krążyć w atmosferze przez tysiące lat i już powoduje poważne problemy. Orda martwi ponadto możliwość niekontrolowanego efektu cieplarnianego, który mógłby zmienić Ziemię w drugą Wenus. Niepewność ma tutaj efekt niesymetryczny: możemy wykluczyć, że zmiana klimatu będzie bardzo dobra, lecz nie że będzie bardzo zła. MacAskilla z kolei martwi, że węgiel i ropa wydają się niezbędne do rozwoju zaawansowanej cywilizacji. Spalenie naszego zapasu nie tylko może doprowadzić do katastrofy, ale pozbawi też ludzkość drugiej szansy, jeśli udałoby jej się przetrwać.
Innym czynnikiem ryzyka egzystencjalnego są pandemie, szczególnie ludzkiego autorstwa. Jak podaje Ord, w 2003 r. sekwencjonowanie ludzkiego DNA wymagało międzynarodowej współpracy i setek milionów dolarów; w 2022 r. jest ogólnie dostępne i kosztuje dolarów kilkaset. Podobnie jest z modyfikacją i syntezą DNA. W takim tempie niedługo tanio i łatwo będzie można stworzyć wirusa łączącego śmiertelność eboli z zaraźliwością odry. Zagrożeniem okazuje się tutaj zarówno zła wola, jak i błąd ludzki. Jak przypomina Ord, mimo że ospa prawdziwa została wytępiona w przyrodzie w 1977 r., to ostatnia ofiara zmarła w 1978 r., po tym jak wirus wydostał się z nieszczelnego laboratorium w brytyjskim Birmingham.
Longtermiści przestrzegają więc, że wkrótce możemy znaleźć się w sytuacji, w której broń masowego rażenia jest też masowo dostępna, inaczej niż to było w wypadku broni nuklearnej, która dalej zresztą stanowi istotny czynnik ryzyka egzystencjalnego. Według Orda w XX w. ludzkość wiele razy stanęła na krawędzi egzystencjalnej katastrofy, np. w czasie kryzysu kubańskiego, kiedy to John F. Kennedy oceniał ryzyko nuklearnej konfrontacji z ZSRR na co najmniej jeden do trzech. Na świecie wciąż jest ok. 14 tys. głowic nuklearnych, wiele gotowych do startu w ciągu kilku minut. Longtermiści podkreślają jednak, że dramatyczna redukcja nuklearnych arsenałów w latach 90. – w 1986 r. było na świecie blisko 70 tys. głowic – pokazuje, że postęp jest możliwy, zarówno w tej kwestii, jak w przypadku innych globalnych problemów, takich jak pandemie, wojny i zmiana klimatu.
Etyczne aspekty końca świata
Groźba wojny nuklearnej była punktem wyjścia dla protolongtermistów, takich jak astronom Carl Sagan, pisarz Jonathan Schell, filozof Derek Parfit, Bertrand Russell i Albert Einstein. Ci dwaj ostatni w 1955 r. podpisali list otwarty, dający ludzkości wybór między wojną a przetrwaniem gatunku. Na tym tle rozwinął się – może nieco dziwaczny na pierwszy rzut oka – nurt rozważań nad etycznymi aspektami końca świata. Parfit twierdził np., że wbrew pozorom wojna nuklearna, w której zginęłoby 100% ludzkości, byłaby dużo gorsza niż wojna nuklearna, w której zginęłoby 99% ludzkości. W pierwszym wypadku zginęliby nie tylko ludzie, ale też ludzkość. Byłaby to nie tylko utrata potencjalnych szczęśliwych ludzi w przyszłości, ale także koniec postępu w nauce, sztuce i walce o sprawiedliwszy świat.
Są też inne powody, żeby przejmować się przedwczesnym końcem ludzkości. Nowozelandzka filozofka Annette Baier dołącza do długiej konserwatywnej tradycji, kiedy pisze, że jesteśmy tylko niedawnymi przybyszami do międzypokoleniowej wspólnoty i nie możemy pozwolić, aby się rozpadła. W długofalowej perspektywie obecne pokolenie jest nie tylko znikomym ułamkiem przyszłości, ale też niewielkim ułamkiem przeszłości. Szacuje się, że na świecie żyje dziś niecałe 7% wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek się urodzili.
Z kolei amerykański filozof Samuel Scheffler sugeruje, że przetrwanie ludzkości leży w interesie obecnego pokolenia. Powołuje się na dystopijną powieść Ludzkie dzieci angielskiej autorki P.D. James – zaadaptowanej później na hollywoodzki hit w reżyserii Alfonsa Cuarona – w której ludzkość stopniowo wymiera w wyniku epidemii bezpłodności.
Depresja i desperacja bohaterów…