Subskrybuj
Mary Ainsworth

Iść w stronę dobrego życia

W terapii zachęcamy, by wrócić do rzeczy, które są ważne dla pacjenta, lub tych, które lubił; mogą to być te najprostsze, jak wypicie herbaty, spacer, pójście do warzywniaka. Chcemy, żeby zobaczył, że jest wyposażony w cudowne instrumentarium, którym są jego emocje. I że to on może nimi kierować

Czy trudne doświadczenia z dzieciństwa i młodości, takie jak np. utrata rodzica, molestowanie seksualne czy przemoc rówieśnicza, zawsze zaważają na naszym życiu i je determinują?

Dzieciństwo jest niezwykle ważnym etapem, i to pozostaje poza dyskusją. Większość teorii psychologicznych dotyczących kształtowania się osobowości, systemu wartości czy uczenia się zachowań aprobowanych społecznie podkreśla znaczenie przeżyć z tego okresu. To wtedy otrzymujemy przekazy werbalne i niewerbalne od rodziców czy pierwszych opiekunów, które mówią nam, co jest w życiu ważne, co i jak należy robić, a czego nie. Uczymy się i obserwujemy znaczące osoby, to, jak one funkcjonują w różnych sytuacjach – kiedy mówią „dzień dobry”, a kiedy „do widzenia”, jak można zawalczyć o swoją zabawkę, jakich wtedy używać słów. Już psycholog Albert Bandura zwrócił uwagę na rolę modelowania, czyli obserwację cudzych zachowań i ich skutków, które stało się elementem teorii społecznego uczenia się. Robert Fulghum napisał zaś: „Nie martw się, że dzieci nigdy cię nie słuchają. Martw się, że zawsze cię obserwują”.

Próbując jednoznacznie odpowiedzieć na Pani pytanie, powiem: tak, dzieciństwo ma wpływ na resztę życia, jednak to niejedyny czynnik i nie musi być determinujący. Doświadczenia nabywamy też przecież w życiu dorosłym.

I one również mogą być trudne. Funkcjonuje nawet powiedzenie: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”.

Jest pewna sprzeczność, a raczej niekonsekwencja, którą prezentujemy w przekonaniach dotyczących pierwszego etapu życia. Często myślimy, że szczęśliwe dzieciństwo daje dużą odporność psychiczną, a trudne słabą. Natomiast innym razem mówimy: „Zahartował się w dzieciństwie”, mając na myśli trudności, których ktoś wtedy doświadczył, i moc, którą mu dały. Oczywiście nie jest tak, że osoby wychowujące się w domach dziecka całe późniejsze życie borykają się z problemami.

Ani szczęśliwe dzieciństwo, ani trudne nie gwarantuje nabycia odporności psychicznej. To nie jest prosty podział, wszystko okazuje się bardziej skomplikowane.

Warto przywołać badania Johna Bowlby’ego, brytyjskiego psychiatry i psychoanalityka, który przeprowadził eksperyment (określany mianem Strange Situation) z udziałem dzieci w wieku dziewięciu miesięcy i roku, a więc jeszcze ze słabo rozwiniętymi umiejętnościami werbalnymi. Był on później replikowany w różnych kulturach i legł u podłoża tzw. teorii więzi. Wykazał, że dzieci prezentują cztery rodzaje przywiązania. 60% miało tzw. bezpieczny styl, który był efektem interakcji z matką wrażliwą, reagującą na sygnały wysyłane przez dziecko. W chwilach płaczu brała je na ręce, przytulała, była emocjonalnie dostępna. Dzięki temu niemowlę miało przestrzeń na eksplorację i poznawanie otoczenia. Część dzieci wykazywała się unikowym stylem przywiązania, który objawiał się pozorną obojętnością zarówno na wyjście matki z pokoju podczas eksperymentu, jak i na jej powrót. Była to strategia pozwalająca dziecku na przystosowanie się do życia w nieprzyjaznym środowisku, gdzie prośby o wsparcie i miłość nie spotykały się z należytą odpowiedzią. Kolejną grupą były niemowlęta o ambiwalentnym stylu przywiązania, które reagowały złością lub biernością. Siła emocji wywołanych rozstaniem z matką nie pozwalała im na poznawanie otoczenia. Po ponownym połączeniu z nią na przemian wysyłały sygnały pragnienia bliskości i chęci odrzucenia, wyrywały się z objęć, wpadały w furię. Po 20 latach od pierwszego badania odkryto czwarty wzorzec więzi, tzw. przywiązanie zdezorganizowane. Niemowlęta o tym stylu traktowały matkę jednocześnie jako bezpieczną bazę i zagrożenie. Szukały bliskości i unikały jej. Na późniejszych etapach życia doświadczały lęku przed bliskością, a jednocześnie jej pragnęły.

Domyślam się, że dzieci z grup o innym niż bezpieczny stylu przywiązania miały bardziej „pod górkę”?

Występowały u nich większe problemy w adaptacji, miały gorsze wyniki w nauce, wcześniej podejmowały relacje intymne. W grupie dzieci z więzią zdezorganizowaną były osoby, u których stwierdzano cechy osobowości z pogranicza.

Badane dzieci nie miały ukończonych nawet dwóch lat. Można zatem wysnuć wniosek, że już pierwszych kilkanaście miesięcy życia i relacji z opiekunami determinuje rodzaj przywiązania, który będzie dla nas charakterystyczny na kolejnych etapach. Czy odpowiedzialna za nasze późniejsze relacje jest mityczna matka, a może jednak znaczenie ma też indywidualna biochemia mózgu, z którą przyszliśmy na świat?

Proszę zwrócić uwagę, że nadal mało mówimy o roli ojców. W dyskursie często funkcjonuje tylko kompleks Edypa, a później ojciec znika. Chyba że mowa o traumach, wtedy społecznie dosyć łatwo winą za nie obarczamy właśnie ich. To wszystko nie jest sprawiedliwe, zwłaszcza teraz, gdy tak bardzo kładzie się nacisk na równość płci.

Oczywiście ważne są również pewne uwarunkowania, z którymi przychodzimy na świat, i mózg, który jest zawiadowcą emocji. Na naszą osobowość składają się zaś temperament i charakter. Przyjmuje się, że ważą one po połowie. Wiemy, że istnieją introwertycy i ekstrawertycy, czyli osoby wysoko reaktywne i nisko reaktywne. Są dzieci, które mają podwyższoną gotowość do reakcji emocjonalnej z odcieniem lęku. Jeżeli dorośli widzą, że mają dziecko wysoko reaktywne emocjonalnie, które jest skłonne reagować np. lękiem, powinni to korygować. Ich rolą jest, aby pewne cechy, które dziecko ma, nie były wzmacniane i nagradzane, tylko tonowane.

W dzieciństwie uczymy się siebie, swoich możliwości, badamy swój wpływ, dowiadujemy się i sprawdzamy, czy świat jest zagrażający, czy my sobie z nim poradzimy i czy możemy poprosić kogoś o pomoc, gdy sytuacja jest bardzo trudna. Dom jest też miejscem, w którym możemy w bezpiecznej atmosferze przepracowywać sytuacje, w jakich ponieśliśmy porażkę, np. to, że ktoś powiedział, iż nas nie lubi, czy że nie zostaliśmy zaproszeni na imprezę. W miarę upływu czasu ten ciężar przenosi się z rodziców na rówieśników.

Często dom i najbliższe otoczenie nie stanowią, niestety, bezpiecznej przestrzeni, lecz stają się miejscem, w którym dziecko doznaje trudności czy traum. W książce Supernormalsi. Trudne dzieciństwo i niezwykła historia odporności psychicznej Meg Jay opisuje historie osób, które przeżyły m.in. molestowanie seksualne, śmierć rodzica czy przemoc domową. Nazywa ich supernormalsami, co z angielskiego tłumaczy się jako „wykraczający poza lub przewyższający normalność czy przeciętność, wyjątkowy”.

Nie czytałam tej książki, ale przez 30 lat towarzyszyłam pacjentom w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, mam też przywilej bycia superwizorem. Poznałam setki podobnych życiorysów. Wspieram ludzi ze zwykłym życiem po niezwykle trudnych doświadczeniach. Gdyby mnie Pani zapytała, czy chciałabym być supernormalsem, odpowiedziałabym: nie, bo to ma wysoką cenę.

Dziecko może mieć kilka sposobów adaptacji do trudnych czy zagrażających sytuacji. Jeżeli młodą dziewczynę w domu molestuje ojciec i do tego słyszy od niego, że jest zła, czyli wtłacza się jej poczucie winy za sytuację, to ma kilka dostępnych sposobów rozwiązania problemów. Może sięgnąć po narkotyki, alkohol, „złe” towarzystwo. Potwierdzić to, co się o niej mówi. „Mówisz, tato, że jestem szmatą i dziwką, to proszę bardzo – jestem”. To oczywiście nie rozwiązuje problemów, tylko je nawarstwia. Może też wybrać inny, bardziej akceptowalny społecznie sposób radzenia sobie z tą trudną sytuacją, np. bycie „naj” i niesprawianie kłopotów. Czuje się zbrukana, więc podejmuje działanie wynikające z dość iluzorycznego przekonania, że zasłuży na akceptację i miłość ze strony ojca oraz otoczenia. Mocno skupia się na obszarach, które może kontrolować. W dzisiejszych czasach to właśnie perfekcjonizm bywa częstym sposobem radzenia sobie z trudnymi emocjami. Perfekcyjny wygląd, perfekcyjna pani domu, duże wzięcie operacji plastycznych. Tak jakby starość czy zmiana fizyczna były czymś niedopuszczalnym.

Supernormalsi z książki Jay to w większości osoby wysoko funkcjonujące, które mimo trudnych doświadczeń i traum, a może właśnie z ich powodu, świetnie radzą sobie z rzeczywistością, a otoczenie często postrzega je jako wzorcowe.

Ludzie po trudnych doświadczeniach często mają poczucie noszenia w sobie tajemnicy, której – jak sądzą – nikomu nie mogą wyjawić. Pytanie: czy jest im z tym dobrze? Obawiam się, że nie, i przypuszczam, że ta książka o tym właśnie mówi.

Żeby było jasne: nie ma nic niewłaściwego w tym, że przygotowała się Pani do naszej rozmowy i będzie się starała dobrze ją zredagować. Ja przed spotkaniem przejrzałam kilka książek i przypomniałam sobie parę wyników badań. Nasze zachowanie to perfekcjonizm adaptacyjny – chcemy, aby to, co robimy, miało ręce i nogi. Jednak gdybym uczyła się na pamięć tego, co mam Pani powiedzieć, i nie tolerowała niepewności, która wiąże się z naszą rozmową, toby wskazywało, że mam z perfekcjonizmem problem. Składową odporności psychicznej jest zaś m.in. akceptacja tego, że rzeczy nie zawsze dzieją się tak, jak to sobie zaplanuję. Odporność psychiczna to pewna umiejętność, której można się nauczyć, ale trudno zrobić to samemu. Dobrze byłoby, żeby stanął na naszej drodze ktoś – niekoniecznie psychoterapeuta – kto nas wesprze albo wprowadzi rozdźwięk między tym, co myślimy o rzeczywistości, a rzeczywistością. Psychoterapię też rozumiem jako jedną z metod uczenia się odporności. To nie jest droga usłana różami, nie zawsze bywa łatwa i przyjemna.

Zastanawia mnie, dlaczego jedni rozpamiętują trudne doświadczenia czy traumy, często wracają do nich myślami, odtwarzają i analizują, a inni w miarę upływu czasu przestają o nich myśleć i skupiają się na czymś innym. Od czego to zależy?

To „rozpamiętywanie”, o którym Pani mówi, nazywamy ruminacją.

Czasami trwamy w nieradzeniu sobie z trudnym doświadczaniem. Budujemy w głowie przekonanie, że jest ktoś lub coś, co odpowiada za to, że sobie nie radzę. Mówię to poza osądem moralnym czy etycznym. Takie myślenie przynosi ulgę w życiu, więc się go trzymamy. Czujemy się lepiej, gdy możemy „stwierdzić”, że ktoś czegoś wobec nas nie dopełnił, coś zrobił, powiedział, dał lub nie dał i to wpłynęło na nasze życie. Czasami pacjenci sądzą, że trudne doświadczenie będzie się za nimi ciągnęło. Mamy więc do czynienia z pewnymi przekonaniami, np. że moje dzieciństwo mnie determinuje i nie mogę tego zmienić. To nie jest prawda. Przykładem, że można powrócić do pełni życia, są np. historie osób po gwałcie i traumach wojennych.

Swojego czasu wielką karierę robiło określenie DDA – Dorosłe Dzieci Alkoholików. Funkcjonowało i czasami nadal funkcjonuje jak pewien rodzaj wizytówki towarzyskiej. Sama też nieraz byłam świadkiem, jak ktoś mówił: „Jestem DDA”. Odpowiadałam wtedy przewrotnie: „Przepraszam, ale nie bardzo rozumiem”. Słyszałam: „Mój tata pił”. Jako terapeutka poznawczo-behawioralna pytam wtedy: jakie to ma teraz znaczenie? I czy pan(i) chce mieć dobre życie? Większość ludzi odpowie: tak, chcę. To moje następne pytanie brzmi: dlaczego pan(i) go nie ma? Bo mój ojciec pił, bo zostałam zgwałcona, bo przeżyłam coś…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jak wzmacniać odporność psychiczną