Katastrofa klimatyczna, wojna w Ukrainie, inflacja, a także mnóstwo prywatnych trudności, z którymi w mniejszym lub większym stopniu boryka się każdy z nas. Co decyduje o tym, w jaki sposób radzimy sobie z wyzwaniami codzienności?
Powiedziałabym najkrócej, że kluczową rolę odgrywa w tym kontekście nasza odporność psychiczna. Stanowi ona połączenie wielu czynników. Z jednej strony to sprawy bardzo indywidualne, czyli kwestie neurofizjologiczne, biologiczne, zdrowotne. Z drugiej – mamy do czynienia z wpływem środowiska, czyli warunkami życia danej osoby.
Nie chodzi jedynie o to, że ktoś potrafi radzić sobie ze stresem, ani o to, że nie ma zaburzeń snu, nawet gdy trapią go różnorakie zmartwienia. Kluczowa okazuje się nie tylko siła przetrwania, ale też to, co się dzieje w konkretnym życiu.
Mogłaby Pani omówić to na przykładzie?
Odporność psychiczna to indywidualna zdolność do poradzenia sobie ze stresem, którym jest np. żegnanie bliskiej umierającej osoby, rozwód lub utrata pracy. Są osoby, które przyjmują wyzwania w sposób odważny, rokujący poradzenie sobie, a są też takie, które się załamują. Można powiedzieć, że te drugie nie godzą się z rzeczywistością, nie chcą jej zaakceptować.
Im bardziej coś uważamy za nienależną krzywdę, tym trudniej nam będzie.
Ostatnio miałam np. do czynienia z kilkoma osobami, które żegnały swoich rodziców już po przekroczeniu przez nich wieku osiemdziesięciu paru lat. A mimo to, przychodząc po pomoc, mówiły: „Nie radzę sobie z tym, nie sypiam, właściwie nie wychodzę z cmentarza. Dla mnie to jest klęska, tragedia”. Próbując dotknąć realiów, można by zadać tym pacjentom pytanie: „A czego można było spodziewać? Że tata będzie żył jeszcze rok czy 20 lat?”.
Skąd była w tych osobach tak duża niezgoda na odchodzenie bliskich, którzy dożyli przecież pięknego wieku?
Można powiedzieć o tym w obrazowy sposób: każdy z nas ma w sobie – już Freud tak to zdefiniował – superego, ego i id. Id we współczesnym, dość zresztą popularnym psychologicznym języku to jest dziecko w nas. To ta część osobowości, która pozwala sobie na nieliczenie się z realiami. Chcę się bawić, więc zapominam o wszystkim. Z czymś się nie zgadzam, zatem się buntuję.
Na przykład w czasie pandemii nie powinno być miejsca na bunt. Mieliśmy do czynienia z faktami, wiadomo było, że szukamy środków zapobiegania masowej infekcji, przeto wprowadzono ograniczenia. Tymczasem dla niektórych one były nie do przyjęcia. Wszyscy psychoterapeuci zostali wtedy oblężeni prośbami o wsparcie i wytłumaczenie, co zrobić, żeby wytrzymać w domu.
Tymczasem osoba odporna psychicznie prezentowałaby raczej przeciwną reakcję, mówiąc: „Nic mnie nie boli, mam co jeść, mogę wyskoczyć do sklepu, wszyscy bliscy siedzą zdrowi w domu, nawet fajnie, bo rzadko się widujemy, a teraz mamy się na co dzień”.
Ciekawe, że w tej samej sytuacji to, co dla jednych było nie do przyjęcia, dla innych stało się synonimem szczęścia.
Odporność psychiczna to także filozofia życiowa, czyli pewien stan naszego umysłu. Do takiego ujęcia przywiązuję zresztą największą wagę. Biologia podporządkowuje się często temu, co myślimy. Wyobraźmy sobie człowieka, który na wiele rzeczy potrafi popatrzeć z humorem albo cieszyć się bardzo drobnymi przyjemnościami, np. tym, że pije pyszną kawę z kubka, który dostał od kogoś bliskiego.
Na przeciwnym biegunie znajduje się natomiast ktoś, kto ma zwyczaj użalania się nad sobą, myślenia o sobie: „O, ja biedny, mam gorzej niż inni”. Porównywanie się z innymi jest bardzo szkodliwe, a my, niestety, uczymy się tego od najmłodszych lat i wprowadzamy ten element do procesu wychowania. Gdy dodatkowo wyznajemy filozofię, która zakłada, że należą się nam tylko wspaniałe rzeczy, pojawienie się nieuniknionych przeciwności będzie często skazywać nas na bunt i niezadowolenie, a także narażać na rozpacz, depresję, czasami nawet samobójstwa.
Na ile o naszej odporności decydują geny, a na ile środowisko? W jakim stopniu możemy oduczyć się użalania się nad sobą, przyjmowania roli ofiary?
W mózgu zawiera się centrala zawiadowcza nie tylko naszego myślenia, ale też odczuwania. Czasem mózg pracuje wadliwie – i to się zdarza u ok. 3% ludzi – produkując za mało neuroprzekaźników, m.in. dopaminy, serotoniny i adrenaliny, które stymulują ośrodek przyjemności. Jeżeli w naszym mózgu te substancje wydzielają się za słabo, jesteśmy przygnębieni i smutni. Ten stan nazywamy endogenną depresją. Tak jak Pani oczy nie wystarczają, by mogła Pani funkcjonować bez okularów, tak samo może dziać się z mózgiem, który mimo braku zewnętrznych przeciwności będzie niezdolny do odczuwania tego, co przyjemne.
Czy podobne mechanizmy mogą zajść w mózgu, gdy doświadczymy czegoś trudnego i przykrego?
Tak, ten sam efekt może wywołać zdarzenie, które człowieka przygnębi czy zasmuci. Wówczas wpadamy w stan żalu, tęsknoty, niespełnionego pragnienia, niezgody na to, co nas spotyka. Jeżeli z powodu czynników zewnętrznych będziemy przeżywać napięcie, zdenerwowanie, złość, czyli dotkliwe i bolesne emocje, to wprawimy swój mózg w taki sam stan jak w endogennej depresji.
Jak zatem uchronić się przed popadnięciem w negatywne emocje?
Spójrzmy na małe dzieci, one są świetnym laboratorium, bowiem pokazują, jak jest naprawdę. Dziecko charakteryzuje się tym, że jak skaleczy sobie palec i odczuwa w związku z tym ból, zaczyna bardzo głośno płakać. Jednak sytuacja szybko się zmienia, gdy np. za chwilę tata posadzi je na kolanach, zaklei plasterkiem zraniony palec i powie: „Nauczę cię teraz, jak się gra w szachy”. Dotychczas te szachy pozostawały poza zasięgiem dziecka, nie można ich było dotykać czy się nimi bawić. Zatem dla małego człowieka przytulenie przez tatę, posadzenie go na kolanach i zaoferowanie upragnionej, do tej pory nieosiągalnej gry w szachy jest równoznaczne ze szczęściem. Dziecko w takiej sytuacji całkowicie zapomina o skaleczeniu. Natomiast my, dorośli, tracimy tę umiejętność, ponieważ nam w głowie zostaje to, co chcemy, żeby w niej zostało. A, niestety, posiadamy taką skłonność, by wybierać zmartwieni.
Napisałam kiedyś książkę Dobra pamięć, zła pamięć, która pokazuje, że nawet jeśli mamy predyspozycje do zamartwiania się i rozpamiętywania przykrych wydarzeń, to ostatecznie od nas zależy, czy zechcemy poprawić jakość swojego życia. Choć początkowo może się to wydawać trudne, po prostu trzeba zacząć myśleć o czymś innym niż nasze zmartwienia. Jak powiedziałam, centrala naszej odporności psychicznej mieści się w mózgu i mamy na nią wpływ.
Podała Pani przykład, jak można wspierać odporność dziecka poprzez przekierowanie jego uwagi. Często mówi się o tym, że dla małego człowieka pierwsze lata są absolutnie kluczowe dla rozwoju i nauki budowania bezpiecznych relacji. Czy istnieją jeszcze jakieś inne metody, za pomocą których możemy wzmacniać odporność dzieci?
Podam inny prosty przykład. Jeżeli dziecko wchodzi do pokoju, gdzie np. czytam książkę, i spotykając się z nim wzrokiem, uśmiechnę się do niego, to tym samym wyślę mu komunikat: cieszę się, że jesteś, że cię mam, jak to cudownie, że do mnie przychodzisz, jakie jesteś kochane. Nie muszę nic powiedzieć, wystarczy, że je obdaruję uśmiechem. Wówczas ono nabiera przekonania, że jest lubiane. Nawet jeśli pójdzie do przedszkola i nie będzie miało kolegów, na podwórku dzieci nie będą się chciały z nim bawić albo w szkole spotka się z niesympatyczną nauczycielką, to czerpiąc z wysłanego przeze mnie sygnału, będzie zyskiwało przekonanie: są ludzie, którzy mnie nie lubią, lecz mimo to jestem okej. Najważniejsza osoba uważa bowiem, że jestem tym, kim trzeba, potrafię budzić uczucia sprawiające komuś radość, w związku z tym poradzę sobie z trudnościami. I w tym sensie odporność połączona jest z poczuciem własnej wartości. Poczucie własnej wartości to bowiem przekonanie, że jestem właściwą osobą, we właściwym miejscu, to, co mnie spotyka, nie jest skierowane przeciwko mnie, tylko po prostu stanowi naturalną część życia.
Z hartem ducha kojarzą się obozy przetrwania czy harcerstwo. Czy taka droga może być dobrym rozwiązaniem, by naturalnie wspierać odporność dorastającego dziecka?
W takich przypadkach chodzi o zmierzenie się w kontrolowany sposób z ekstremalnymi trudnościami. Ważna jest tutaj nie tylko odporność, ale poszerzenie spektrum możliwych przeciwności, jakie mogą cię w życiu spotkać. Dla dziecka, które bierze udział np. w tygodniowym obozie wędrownym, podczas którego czasem jest zimno, pada deszcz, wszyscy mokniemy, do najbliższego przystanku, gdzie się napijemy herbaty albo zjemy ciepły posiłek, jest kilka godzin, takie wyzwania to jeden cel wyjazdu. Drugi cel ma związek z tym, że zwykle tego typu obozy organizuje się w zespole osób połączonych takimi samymi doświadczeniami, mimo że przeważnie spotykają się po raz pierwszy w życiu. Ich oddziaływanie na siebie ma zmierzać w kierunku nauczenia się wzajemnego pomagania sobie. Czyli gdy np. na ścieżce górskiej zrobi się ślisko, to wtedy bierzemy linę i każdy trzyma ją bardzo mocno, bo wie, że jeżeli ją puści, to inni mogą nie zdążyć go złapać. To są techniki, które uczą nas, jak ważny jest drugi człowiek, nawet jeżeli znamy tylko jego imię.
Dodatkowo takie obozy wzmacniają ciekawość różnych doznań, pozwalają sprawdzić granice własnej wytrzymałości. Pokazują szerokość skali, w jakiej dana osoba jest gotowa się testować. I mają związek z odpornością, bo im więcej takich prób dziecko przetrwa, tym więcej zaufania do siebie nabierze.
W ostatnich latach dużo mówi się o zwiększeniu liczby problemów i zaburzeń psychicznych u młodzieży. Statystyki pokazują aż 80-procentowy wzrost prób samobójczych w ciągu ostatnich dwóch lat w tej grupie wiekowej. Czy można powiedzieć, że generacja Z jest mniej odporna psychicznie? Z czego mogłoby to wynikać
Myślę, że można. Sama nie zajmuję się badaniem tego tematu, lecz poszerzam swoją wiedzę, biorąc udział w różnego rodzaju konferencjach i spotkaniach, na których rozpowszechnia się tezę, że dzieci i młodzież dzisiaj mają gorsze warunki funkcjonowania zarówno w domu, jak w szkole i w środowisku społecznym.
Co Pani przez to rozumie?By to wyjaśnić, posłużę się metaforą temperatury: obecnie dom stał się zimny, szkoła stała się zimna, warunki…