Trzy pierwsze kobiety rozpoczęły jesienią 1894 r. studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego tylko dlatego, że osobiście zgodzili się na to dziekan oraz Ministerstwo Wyznań i Oświaty w Wiedniu. Stanisława Dowgiałłówna, Janina Kosmowska i Jadwiga Sikorska wybrane z ponad 60, które złożyły podania, były na początku jedynie słuchaczkami. Dlaczego starania o uzyskanie tego minimum trwały aż do ostatnich lat XIX stulecia?
Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba przypomnieć kilka faktów. Rozpocznijmy od tego, że senat uczelni wprawdzie wyraził zgodę na przyjęcie kobiet, jednak nie zobowiązywał się ani do ich egzaminowania, ani do wydania dyplomu poświadczającego zdobycie wykształcenia. Po każdym semestrze hospitantki musiały składać pismo do dziekana z prośbą o umożliwienie uczęszczania na wykłady w kolejnych miesiącach. Nieprzypadkowa jest dziedzina, na której studiowanie się zgodzono: farmacja. Poza zasięgiem kobiet wciąż pozostawały kierunki uważane za bardziej prestiżowe, jak medycyna, prawo, historia i matematyka.
Na Wydziale Lekarskim kobiety pojawiły się w 1900 r., a Wydział Prawa otworzył się przed nimi jako ostatni, 19 lat później.
Kobiety nie mogły więc studiować dziedzin, które służyły rozwojowi nauki, bo farmacja wówczas była uważana za materię aptekarsko-pigularską, usługową wobec medycyny. Dziewczyny z ambicjami akademickimi weszły więc do niszy, a i tak budziło to opory na uniwersytecie i wśród osób spoza uczelni. Jadwiga Sikorska-Klemensiewiczowa wspominała, że jej ojciec krytykował zarówno praktykę akuszerską, którą prowadziła przed studiami, jak i samą naukę. Dziewczyny miały świadomość, że wytyczają nowe drogi i nie są jedynymi, które chciałyby nimi podążać, zwłaszcza że możliwość uczenia się na ziemiach polskich czyniła studia bardziej przystępnymi, chociażby ze względów finansowych. Studia były przecież płatne. Wyjazd na uniwersytet w Belgii, Francji, Szwajcarii albo Wielkiej Brytanii, ale też do Sankt Petersburga, gdzie kobiety mogły się uczyć w Cesarskiej Wojskowej Akademii Medycznej, czy do Charkowa te koszty jeszcze podwyższał, bo dziewczyna musiała się w obcym miejscu samodzielnie utrzymać.
Musiała też mieć maturę, tymczasem czteroklasowe gimnazjum dla dziewcząt, kończące się egzaminem dojrzałości i z programem gimnazjów męskich, które były bardziej wymagające niż wiele żeńskich szkół uruchomiono w Krakowie dopiero we wrześniu 1896 r.
Dlatego wiele kobiet, jeśli nie miało możliwości zdania matury w stronach rodzinnych, rozpoczynało życie akademickie od statusu wolnych słuchaczek i zaliczenia egzaminu dojrzałości. Kolejnym wymogiem była biegła znajomość języków obcych, najlepiej francuskiego i niemieckiego. Powodzenie przedsięwzięcia, jakim była migracja akademicka, zależało jednak w dużej mierze od determinacji samych kobiet. Czekało na nie sporo wyzwań, rozpoczynając od długiej podróży koleją żelazną, np. z Warszawy do Szwajcarii, którą znamy chociażby z Nocy i dni Marii Dąbrowskiej. Przebyła ją i sama autorka, studentka uniwersytetu w Lozannie, i jej powieściowa protagonistka Agnieszka Niechcicówna. Na miejscu czekał na kobiety z polskich ziem obcy świat, nie zawsze przyjazny, bo choć wyrwały się spod kurateli rodzicielskiej, kontrola społeczna wobec kobiet na zachodzie Europy potrafiła być równie wymagająca.
Ich życie na własny rachunek w obcym kraju, daleko od swoich, z powodu nauki i dla nauki, okazało się jednak ważnym gestem emancypacyjnym, który zainspirował inne kobiety do pójścia w ich ślady. Wytworzyła się migracja łańcuchowa – kobiety zachęcały inne do rozważenia nauki jako sposobu na zdobycie zawodu i samodzielności, np. pisząc listy do przyjaciółek. Helena Deutsch, pochodząca z Przemyśla studentka medycyny na Uniwersytecie Wiedeńskim, jedna z pierwszych współpracownic Zygmunta Freuda i autorka pionierskich prac m.in. na temat seksualności kobiecej, zwraca na to uwagę we wspomnieniach. Nawiasem mówiąc: uczelnie w Szwajcarii otworzyły się przed kobietami nie tylko dlatego, że ich kadra – inaczej niż np. w Wiedniu czy Krakowie – miała bardziej liberalne poglądy na rolę kobiet w społeczeństwie.
Czyżby uczelniom zaczęło brakować studentów?
I pieniędzy, które wnosili w postaci czesnego. Opłaty za wpis i egzaminy ratowały więc budżet. Wracając do Polek na zagranicznych uczelniach: nigdy nie były to masowe wyjazdy, np. na uniwersytecie w Zurychu pierwsze studentki z ziem polskich pojawiły się w latach 70. XIX w. i były to pojedyncze przypadki. Od 1870 r. do końca Wielkiej Wojny studiowało na tej uczelni 3471 kobiet, spośród których dwie trzecie pochodziło z Imperium Rosyjskiego i z Austro- -Węgier. Najwięcej Polek przybyło do Zurychu w latach 80. i 90. XIX w., ale jest to wzrost z kilkunastu do najwyżej stu rocznie. Wiele z nich studiów nie kończyło, uczyły się jedynie parę semestrów. Te, które otrzymały dyplom, niekoniecznie zamierzały kontynuować karierę akademicką, zwłaszcza że z uzyskaniem samodzielności akademickiej, co gwarantowała pracownikom naukowym habilitacja, było jeszcze trudniej niż z przyznaniem „damom”, jak zwracano się do kobiet na uczelniach, praw studenckich.
Polek na studiach było więc niewiele z paru zapętlonych ze sobą powodów, jednak przyczyną najpierwszą, o której często się zapomina, jest brak powszechnej edukacji na sporej części ziem polskich.
Analfabetyzm zniknął przecież w Polsce dopiero po 1945 r., kiedy edukacja stała się powszechna i bezpłatna. Wcześniej, pomijając nauczanie elementarne, kształciły się prawie wyłącznie dzieci z rodzin dobrze sytuowanych finansowo. To ograniczenie działało bez względu na płeć. Różnica polegała na tym, że kiedy w rodzinach mniej zamożnych pojawiała się możliwość posłania dziecka „do szkół”, w naturalny sposób myślano wtedy o chłopcu. Dziewczyny w ogóle nie były brane pod uwagę jako uczennice czy studentki.
W ten sposób wróciłyśmy do zadanego na początku pytania: z jakimi przeszkodami kobiety mierzyły się, wchodząc na drogę zarezerwowaną wyłącznie dla mężczyzn?
Te, które utrudniały im wejście na uniwersytet, nie zniknęły, kiedy część kobiet – naprawdę niewielka – zdecydowała się związać z nauką zawodowo. Nie sprzyjało im przede wszystkim prawo, które nie przewidywało możliwości zatrudniania ich na uczelniach. Żeby je zmienić, trzeba było dalej pracować nad rolami społecznymi, w których tkwili kobiety i mężczyźni. Wiadomo było, co jest kobiecą powinnością – dbanie o dom i wychowanie dzieci, a nie kształcenie się czy samodzielność zawodowa. Nie jest łatwo wyłamać się ze schematu w świecie, w którym kobieta nie dysponowała pełnią praw do samej siebie. Na uczelniach nawet dziś, a cóż dopiero ponad 100 lat temu, najbardziej uznane autorytety naukowe niekoniecznie musiały być awangardą postępu społecznego, którego nieodzowną częścią w omawianych czasach było wejście kobiet do sfery publicznej i uznanie ich prawa do samostanowienia.
Dlatego w 1895 r. Napoleon Cybulski, fizjolog i promotor edukacji kobiet, wyjaśniał przeciwnikom, że nie zna „praw natury, które by przeszkadzały człowiekowi szukać zadowolenia w rozszerzaniu swojej wiedzy”. Natomiast Ludwik Rydygier, chirurg, replikował, że otwarcie uczelni przed kobietami ułatwia im wejście na „fałszywe drogi”.
Ich dyskusja była częścią debaty prowadzonej wówczas w modernizujących się społeczeństwach Europy Zachodniej. Podobne fermenty dochodzą do głosu w Warszawie, gdzie od 1882 r. działał Uniwersytet Latający – tajna uczelnia i jedyna w dawnym Królestwie Polskim, w której kursach mogły uczestniczyć kobiety. Poziom zajęć, prowadzonych przez ludzi nauki, którzy nie mogli albo nie chcieli wykładać na zrusyfikowanym Cesarskim Uniwersytecie Warszawskim, był akademicki. Tajną uczelnię ukończyła m.in. Maria Skłodowska, a jedną z wykładowczyń była Zofia Daszyńska-Golińska, historyczka i ekonomistka, która uzyskała tytuł doktora na uniwersytecie w Zurychu, gdzie wcześniej studiowała. Kilkanaście lat później, zainspirowana przykładem Elise Richter, romanistki, która w 1905 r. uzyskała habilitację na Uniwersytecie Wiedeńskim, Daszyńska-Golińska, pracując w Krakowie, zdecydowała się na ten sam krok na UJ. W świetle prawa habilitacje kobiet nie były możliwe, o czym przekonuje reskrypt ministerialny z 1907 r., potwierdzający – w uznaniu osiągnięć naukowych i zasług Richter – jej venia legendi, czyli prawo do prowadzenia wykładów. Uznano jednak za „przedwczesne regularne dopuszczenie kobiet do habilitacji”, więc każdy wniosek w takiej sprawie musiał być rozpatrywany indywidualnie, gdyż, jak zakładano, takie sprawy będą miały „charakter bardzo incydentalny”.
Daszyńskiej-Golińskiej habilitacji odmówiono mimo wielu wydanych książek i opublikowanych artykułów naukowych. Krakowscy profesorowie orzekli, że nie może zostać samodzielnym pracownikiem naukowym, ponieważ ich zdaniem, jak napisała naukowczyni we wspomnieniach wydanych w 1932 r., kiedy od lat była profesorką i wykładowczynią Wolnej Wszechnicy Polskiej, jej „prace nie zaznaczyły się wybitnie w nauce europejskiej”. W jednozdaniowym uzasadnieniu decyzji nie ma o tym mowy, lecz można domniemywać, że problemem było także zaangażowanie ekonomistki w ruch kobiecy, a przede wszystkim jej socjalistyczne poglądy. Zapytano ją nawet przy jakiejś okazji, czy nie zechciałaby zmienić nazwiska na dyplomie doktorskim z Daszyńskiej na Golińską.
Które zachowała po pierwszym mężu, zmarłym w 1890 r. Feliksie, bracie Ignacego Daszyńskiego.
„Odmówiłam ze śmiechem i goryczą w sercu” – wspominała. Nie przypuszczam, żeby mężczyźnie zaproponowano zmianę nazwiska, gdy to, które nosił, kojarzyło się z niepopularnymi poglądami politycznymi.
Nie tylko w tym przypadku środowisko uniwersyteckie stało się laboratorium zmiany kulturowej – czasami utrwalania, a czasami kruszenia porządku płci, czyli mitów na temat tego, czym jest płeć, jakie wzorce społeczne kształtuje, co powinna sobą reprezentować. Profesorowie, co mnie nie dziwi, z oporem przyjmowali zmiany, które naruszały ich uprzywilejowaną pozycję. Nie tylko na uniwersytecie, gdzie pojawiła się konkurencja w postaci kobiet, i to takich, jakie z założenia były zdolniejsze i bardziej ambitne niż wielu mężczyzn, bo inaczej nie miałyby szans tam się znaleźć. Żeby oddać sprawiedliwość uczonym, którzy okazali się pionierami przeobrażeń społecznych, popierając dążenia kobiet do samodzielności, wymienię przynajmniej niektórych z nich: Odo Bujwid, bakteriolog z UJ, Stanisław Bukowiecki, wykładowca ekonomii w Towarzystwie Kursów Naukowych, a z czasów II RP choćby Karol Lutostański i Leon Petrażycki, prawnicy z UW. Czytelnicze triumfy na początku wieku święciła jednak książka Ottona Weiningera Płeć i charakter, wydana w 1903 r., w której – ujmując rzecz w dużym skrócie – autor utożsamił mężczyzn z logiką, a kobiety z próżnością i nieuctwem.
Dlatego miano czasami pomysły wprowadzenia numerus clausus dla kobiet? W pierwszych latach ich obecności na uczelniach niektórzy profesorowie próbowali z kolei sadzać kobiety w wydzielonych ławkach.
Te desperackie pomysły pojawiły się, gdy kobiet było już na tyle dużo, że ich obecność stała się zauważalna w salach wykładowych. Nie wszystkie studentki były jednakowo dobrze przygotowane do nauki. Nie każda kierowała się li tylko etosem inteligenckim. Podobnie jak mężczyźni, którzy rozpoczynając studia, nie zawsze przecież mieli na uwadze jedynie pracę i służbę ojczyźnie. Na konferencjach rektorów zgłaszano więc pomysły zapanowania nad „żywiołem kobiecym”, by zapobiec sytuacjom, kiedy mężczyźni bardziej się interesowali koleżankami niż nauką. Kobiety nie odpowiadały za rodzaj aspiracji kolegów, ale w głowach niektórych profesorów wciąż mocno był osadzony tradycyjny porządek płci, wedle którego kobieta była postrzegana przede wszystkim jako uwodzicielka oraz przyszła żona i matka, a nie człowiek z aspiracjami akademickimi. Czasami zresztą jedno nie wykluczało drugiego. Znam korespondencję matematyków, jeszcze sprzed 1918 r., w której kolega opowiada przyjacielowi, że ma już 30 lat, chce pracować naukowo, lecz nie ma żony! Przyjaciel opowiada mu o znajomej, która studiowała matematykę, zatem koniecznie musi ich ze sobą poznać, bo choć dziewczyna nie ma posagu, jej największym walorem jest to, że wie, czym jest całka i różniczka, przeto „ona go zrozumie”.
Wiele takich kobiet, o których Julia Hartwig pisała w Odzie feministycznej, że „bez słowa skargi rezygnują ze swoich uzdolnień”, stoi za sukcesami swoich mężów albo szefów.
W książce, nad którą obecnie pracuję, nimi właśnie się zajmuję: kobietami związanymi z nauką, znajdującymi się na drugim albo i trzecim planie. Takimi jak np. Zofia Kulikowska-Weigl, pierwsza żona Rudolfa…