Subskrybuj
Anne Dufourmantelle – francuska filozofka i psychoanalityczka, autorka wielu książek (m.in. z Jacquesem Derridą i Antonio Negrim). Jej mężem był Frédéric Boyer, autor m.in. książki "Jezus. Opowieść o Słowie" fot. Jean-Marc Zaorski / Gamma-Rapho / Getty
Dr, romanistka i filozofka, adiunktka w Instytucie Filologii Romańskiej Uniwersytetu Gdańskiego, zajmuje się funkcjonowaniem pojęć filozoficznych w kulturze, języku i przekładzie; tłumaczyła m.in. prace Jacques’a Derridy i Georges’a Didi-Hubermana

Wstrząsające doświadczanie

Co sprawia, że czujesz się najbardziej żywy?

Anne Dufourmantelle, francuska filozofka i psychoanalityczka, zginęła 21 lipca 2017 r., ratując tonące w morzu dwoje dzieci przyjaciół. Dzieci przeżyły, jednak ratownikom nie udało się pomóc Dufourmantelle. Sześć lat wcześniej ukazała się Pochwała ryzyka. Jej śmierć była dla wszystkich szokiem, bolesnym zerwaniem życia w jego pełni (miała przecież zaledwie 53 lata), ale też wydarzeniem nadającym jej historii niesłychaną spójność. Ilustracją jej własnych słów o tym, jak ryzyko przedefiniowuje nie tylko to, co ma się wydarzyć w przyszłości, ale też całą przeszłość, w której nagle inaczej zaczynają rozkładać się sensy i wartości. To wszystko sprawia, że dzisiaj pewnie czytamy ten tekst inaczej niż czytelniczki i czytelnicy, którzy mieli okazję się z nim zapoznać zaraz po publikacji. Na poziomie argumentów nie zmienia się nic, lecz mimo to łatwiej nam uwierzyć autorce na słowo.

Rozpoznanie

Już na pierwszych stronach książki Dufourmantelle stawia diagnozę: żyjemy w kulturze, „która nie potrafi już myśleć o ryzyku, nie robiąc z niego bohaterskiego czynu, czystego szaleństwa lub zaburzenia”. Bezpieczeństwo i zasada przezorności stały się wyznacznikiem tego, jak podejmujemy decyzje, a także tego, jak postrzegamy i przeżywamy niemal wszystko, co się nam przydarza. Czy też raczej tego, jak bardzo unikamy nieprzewidzianych wydarzeń i rzeczy, które wymykają się naszej kontroli.

Oczywiście, wiele z nas na terapii czy też obcując z popularną psychologią, uczy się odpuszczania kontroli i zasadniczo wiemy, że niezdrowo być tzw. control freakiem. Dufourmantelle idzie jednak znacznie dalej – wychwala ryzyko, wystawianie się na niebezpieczeństwo, a nawet narażanie życia. Gdy podjęłam się przekładu jej książki, ta perspektywa od razu mną wstrząsnęła. Pewnie w dużej mierze dlatego, że doświadczałam właśnie pierwszych lat rodzicielstwa i oprócz zmagania się z trudną codziennością, jak wiele innych rodziców zabudowywałam przyszłość bezpiecznym i przewidywalnym racjonalnym projektem. Nie mówiąc o tym, że obowiązywał jeszcze wówczas notorycznie łamany w Polsce nakaz noszenia maseczek i wspólnie ze znajomymi pomstowałam na Facebooku na nieodpowiedzialnych współobywateli i współobywatelki narażających nas na niepotrzebne niebezpieczeństwo.

Nie zawsze jednak tak jednoznacznie wartościowałam bezpieczeństwo. W latach 80. minionego wieku powstało świetne słuchowisko dla dzieci na podstawie Kubusia Puchatka. Jako dziecko bardzo lubiłam słuchać tej kasety, więc z radością odkryłam, że mogę własnej córce puścić nagranie dostępne dzisiaj w Internecie. Słuchowisko dość wiernie przedstawia kolejne rozdziały kultowej pozycji, a z wątku poszukiwania bieguna północnego czyni nić przewodnią splatającą pozostałe przygody. Kiedy Puchatek odwiedza Sowę Przemądrzałą, żeby zaprosić ją na wyprawę, ta z właściwą sobie surowością odpowiada: „Wyprawa na biegun? To szalenie niebezpieczne!”. Co jednak mnie uderzyło, kiedy jako dorosła osoba słuchałam tej opowieści, to fakt, że ta kategoryczna wypowiedź w kontekście opowiadanej historii w ogóle nie ma oznaczać, że bohaterowie powinni porzucić pomysł zdobycia bieguna północnego. Jest to raczej stwierdzenie faktu, który w bardziej ogólnej wersji brzmiałby: przygody są niebezpieczne, to wręcz należy do ich definicji. Jednocześnie przygody w literaturze dziecięcej poprzednich epok są też wartością samą w sobie – warto mieć przygody. Mam wrażenie, że dzisiaj książki dla dzieci często epatują lękiem i ochraniaczami na kolana, niemal na każdej stronie przypominają, by nie bawić się nożyczkami czy młotkiem bez pomocy dorosłego. O tej koncentracji na wyzwaniach codzienności pisała kiedyś Karolina Lewestam na łamach miesięcznika „Pismo”. Ja zaś poszukiwałam książek z przygodami na targach książki w Sopocie i faktycznie, tylko na jednym stoisku przedstawiciel wydawnictwa był w stanie zaproponować mi taką pozycję (jedną!), mimo że wybór wysokiej jakości literatury dla dzieci jest obecnie imponujący.

Obrazy

Dlaczego jednak w wartościowaniu bezpieczeństwa miałoby być coś złego? Bezpieczne życie wydaje się celem godnym pożądania i logiczną konsekwencją rozwoju cywilizacyjnego. Spróbujmy sobie jednak wyobrazić, co miałoby oznaczać takie maksymalnie bezpieczne życie. Wyobrazić, czyli stworzyć obrazy, a nie tylko słowa i argumenty. Tak zresztą pisze sama Dufourmantelle. Tym, co najbardziej poruszyło mnie przy pierwszej lekturze, była nie tyle sama diagnoza współczesnej kultury, ile jedna z metafor. W Polsce nie jesteśmy przyzwyczajeni do takiego uprawiania filozofii. Poetyckość wybaczamy zazwyczaj tylko tym tekstom, które wcześniej trafiły do tzw. kanonu. Literackie obrazy, metafory, czy poetyckie niedopowiedzenia budzą nieufność, irytację, a przynajmniej sprawiają, że traktujemy tekst mniej poważnie.

Sceptycyzm wobec literackiej, a do tego miejscami trudnej formy może brać się z dość naiwnego racjonalizmu, który zakłada, że możemy oddzielić sferę myśli od sfery emocji i pragnień i że to oddzielenie chroni nas przed niepewnością, błędem i manipulacją. Psychoanaliza wychodzi jednak z przeciwnego założenia: myślenie zawsze jest w mniejszym lub większym stopniu obudowywaniem teorią pewnego pragnienia. A skoro tak, to tylko dla myślenia lepiej, jeśli tego faktu i tego pragnienia nie próbujemy ukrywać. Dufourmantelle idzie jeszcze dalej i próbuje nas do swojego pragnienia włączać, zarażać nim. Czyli uwodzić. Szczególnie beletryzowane fragmenty sesji terapeutycznych potrafią zachwycić, i to czasem bez wyraźnego powodu. Chyba najbardziej utkwił mi w pamięci ten, w którym psychoanalityk przestaje na chwilę słuchać pacjentki, bo przez okno dostrzega niezwykle pięknego gołębia w gałęziach drzewa. I w tym właśnie momencie po latach terapii dochodzi do przełomu, pacjentka nagle przestaje mówić, a on nie wie, co się wydarzyło, jak brzmiało ostatnie zdanie i dlaczego osoba, która od lat opłakiwała u niego utraconą miłość, nagle stała się kimś innym.

Ten literacki obraz ma bardzo nieoczywistą funkcję w tekście, ale zachwyca, zostaje w pamięci i sprawia, że bardziej nasiąkamy treścią książki. Autorka sama zresztą pisze w innym miejscu o sile obrazów i o tym, że jeszcze u Kanta wyobraźnia zmusza intelekt do „myślenia o czymś więcej”, chociaż ten naddatek myśli nie daje się ująć w „całkiem adekwatnym pojęciu”. Myślenie, które chce tworzyć tylko adekwatne definicje i opisy, gubi sens w tym znaczeniu tego polskiego słowa, które słyszymy np. w pytaniu o „sens życia”. Nie chodzi w nim przecież o znaczenie czy słownikową definicję, lecz raczej o wartość. Tak naprawdę pytamy. „Dlaczego warto żyć?”. Czy Dufourmantelle odpowiada na to pytanie? I tak, i nie. Jeśli miałabym taką odpowiedź wyciągnąć z tekstu, to brzmiałaby ona po prostu: „Warto żyć” – z akcentem zdaniowym padającym na to drugie słowo, nie na pierwsze.

Synonimy

Wraz z upływem czasu przychodzą mi na myśl kolejne możliwe odpowiedzi na pytanie „O czym jest ta książka?”. O tytułowym ryzyku, to oczywiste. Ale ryzyko, o którym pisze Dufourmantelle, ma wiele synonimów. Pierwszym jest z pewnością doznawanie – w niedokonanym aspekcie otwartości na to, co inne, co przychodzi bez zaproszenia i bez zapowiedzi, żeby nas doświadczyć, coś nam zrobić. Może nam zrobić dobrze lub źle albo przekształcić nas w taki sposób, jaki sprawi, że nasze dotychczasowe przekonania na temat tego, co dobre lub złe, przestaną obowiązywać i zaczniemy patrzeć z zupełnie innej perspektywy. O tym mówi np. rozdział Jak (nie) stać się sobą…, w którym popularny slogan „Bądź sobą” zastąpiony zostaje postulatem stawania się nie-sobą, wystawiania się na doświadczenie radykalnej transformacji, które może być paradoksalnie bardziej zgodne z naszym człowieczeństwem niż ogrywane przez coaching „odnajdywanie siebie”. Bo co by miało się dziać po tym, jak już siebie odnajdziemy czy też staniemy się sobą? Mamy dalej stawać się sobą bardziej, lepiej? Jeśli tak, jest to możliwe tylko przy założeniu, że jesteśmy już inną osobą niż ta, która zaczynała szukać. W przeciwnym razie stoimy przed przerażającą perspektywą trwania, i to nawet nie wiecznego, tylko ograniczonego w czasie trwania do śmierci. To zresztą być może najbardziej bolesny aspekt tzw. kryzysu wieku średniego: oto staliśmy się sobą.

Kolejne synonimy tytułowego ryzyka to życie i miłość, które w XXI w. rozpatrujemy przede wszystkim pod kątem czasu trwania i zdrowia (szczególnie braku takiej czy innej toksyczności). Gdzieś między 1968 r. a wybuchem pandemii zgubiła nam się intensywność. Niby jeszcze powtarzamy, że ta młodzież to by tylko chciała silnych wrażeń, ale w głębi duszy wiemy, że to już nieprawda, nawet jeśli nie znamy statystyk, które potwierdzają, że pokolenie Z wartościuje bezpieczeństwo bardziej niż wszystkie przed nim. Metaforą, która mocno ukłuła mnie podczas pierwszego spotkania z Pochwałą ryzyka, był przewijający się przez książkę obraz całunu. Dufourmantelle pisze, że wartościując przede wszystkim bezpieczeństwo i zasadę przezorności, żyjemy tak, jakbyśmy już teraz powoli owijali się całunem. Całun izoluje nas od niebezpiecznej rzeczywistości, która może nas zranić czy w inny sposób wytrącić z równowagi. Ale owijając się nim, kładziemy się do (jeszcze bezpieczniejszego) grobu, a z życia czynimy umieranie. Oczywiście życie zawsze jest w jakimś sensie umieraniem, ma jednak jeszcze drugi sens, który w języku polskim najlepiej oddaje nieco abstrakcyjny termin „witalność”, a który po angielsku wyraża się często prostym słowem alive, „żywy”. W tym znaczeniu życie nabiera intensywności, którą możemy stopniować, pytając np.: „Co sprawia, że czujesz się najbardziej żywy?” – czy stwierdzając, że jakaś osoba jest „tak bardzo żywa” lub też sprawia, że my czujemy się żywi. To życie, które nie jest przedmiotem sądu logicznego (istnieje) ani wartościującego (jest dobre lub złe), ale czucia, które może być mniej lub bardziej intensywne, bolesne, rozkoszne lub jeszcze inne. Tak rozumiane życie nie jest ani nagim faktem biologicznym, ani uwikłaną w dzieje biografią. Raczej nasyceniem naszej historii witalnością, którą napędza pragnienie. Ono prowadzi zaś prostą drogą do kolejnego, wspomnianego wyżej synonimu tytułowego ryzyka, czyli do miłości.

Niewiele jest pewnie bardziej uniwersalnych doświadczeń niż intensywność przeżywania towarzysząca zakochaniu i namiętności. Temat miłości w takiej czy innej formie przewija się przez całą książkę i często przybiera kontrowersyjną formę. Czytamy o ryzyku namiętności, niewierności, porzucaniu rodziny, skandalu – a to tylko tytuły rozdziałów. „Nie zaleca się namiętności – pisze Dufourmantelle – a jednak każdy jej wypatruje i każdy potajemnie chciałby doświadczyć tej śmiercionośnej choroby”. Autorka z jednej strony nie przestaje uwodzić, lecz z drugiej – jej opisy miłości zarówno we fragmentach teoretycznych, jak i literackich opowieściach o pacjentach niemal zawsze mają w sobie mrok. Nie czytamy wszak naiwnego marketingu, jakim byłaby każda „Pochwała miłości”, próbująca nam sprzedać receptę na szczęśliwe i udane życie. Dufourmantelle funkcjonuje raczej poza optymizmem i pesymizmem, podobnie jak carla bergman i Nick Montgomery – autorzy książki Joyful Militancy (Radosny aktywizm), którzy piszą o tym, że przede wszystkim chodzi o przyjęcie wobec przyszłości postawy afirmującej niepewność i niewiedzę, a nie wypełnianie jej optymistyczną lub pesymistyczną prognozą. Nie chodzi zatem o receptę, obietnicę ani nawet o wizję lepszego świata. Nie (zawsze iluzoryczna) trwałość szczęścia, ale radość (joy) burzenia, budowania, odkrywania, doświadczania, kochania – zawsze obarczona ryzykiem, że coś lub ktoś się popsuje, zniszczy lub pogrąży w rozpaczy. Rozpacz zaś może być jeszcze głębsza niż radość namiętności i Dufourmantelle nie boi się patrzenia w tę otchłań, choćby wtedy, kiedy przywołuje wczesnych romantyków. Przypomina obecną w…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Nowa sztuka miłości