Subskrybuj
Pisarka, animatorka kultury, działaczka społeczna. Laureatka Nagrody Gombrowicza i Nagrody Conrada za powieść Ma być czysto. Jej książki były nominowane m.in. do Nagrody Nike, Paszportu „Polityki”, Nagrody Literackiej Gdynia i Nagrody Literackiej Unii Europejskiej. Jej...

Czego nauczyła mnie klasa ludowa

Nie opowiem o wyrwaniu się z domu na peryferiach, żeby awansować. Bo pochodzenie ludowe nie musi wiązać się wyłącznie ze wstydem, współczuciem i dysfunkcyjnym środowiskiem, z którego chce się uciec jak najdalej.

Takich osób jak ja jest sporo, chociaż różnią nas warianty doświadczeń w obrębie własnego środowiska. Klasa ludowa jest różnorodna, wzorce kulturowe ma często sprzeczne, a uwarunkowania – skomplikowane. Awans lub deklasacja w latach 90. i fala kryzysów, których skutki widać do dziś, rezonują na rozmaite sposoby w biografiach. Tak naprawdę nie znamy skali zjawiska proletaryzacji, która dotknęła wiele rodzin, bo proletaryzacja była nie tylko utratą pracy w zakładzie (takim jak Huta Katowice obok mojego domu), ale też poczuciem braku sprawczości i sensu. Pisała o tym w reportażach Lidia Ostałowska, która jako jedna z niewielu chciała wtedy nie odwracać wzroku od tego, co się dzieje z ludźmi niewpisującymi się w model awansu po transformacji. Różne historie: własne, znajomych z podwórka, a także późniejsze – dzieci i rodziców ze świetlicy, gdzie pracowałam – każą mi myśleć, że opowieść o awansie nie jest prosta i nie da się jej zmierzyć żadną skalą, lecz odczuciem i emocjami, których nie sposób skwantyfikować. O tym chcę opowiedzieć.

Obraz klasy ludowej, tej, która żyje tu i teraz, jest nam potrzebny do przemyślenia i przepracowania. Nie chodzi tylko o zrozumienie tego, co oznacza awans, lecz o uniknięcie pogłębiającej się polaryzacji, która nas rozbija i powoduje, że tracimy do siebie zaufanie jako społeczeństwo. Mówiąc: klasa ludowa, myślimy często zupełnie o czymś innym. Oczywiście sama mam subiektywne wyobrażenie podszyte osobistymi doświadczeniami, jednak skoro dostałam głos, spróbuję wyrazić go przynajmniej najprecyzyjniej i najszczerzej, jak potrafię. A szansę na to, aby teraz pisać i wyrażać się publicznie, dostałam od tych, którzy niekoniecznie sami awansowali. Dlatego nie wierzę w talent, tylko w sprzyjające czynniki i otoczenie. Oraz w powiązania między ludźmi, które nie zawsze mają służyć budowaniu własnej kariery, ale bardziej przyjaznego świata w najbliższym otoczeniu, gdzie nie ma bajki o „byciu kowalem własnego losu”. Bo ludzie z klasy ludowej bardzo dobrze wiedzą, że po rozdaniu „dużej liczby ulotek” i wysiłku włożonym we własny awans niekoniecznie osiągną to, co z lekkością przyjdzie innym. Między innymi dlatego potrzebujemy wspólnoty doświadczeń klasy ludowej, żeby też inaczej spojrzeć na szklany sufit, który nad nią wisi.

Ciało ludowe

Na początek wyznanie.

Wiem, że zabrzmi arogancko dla osób stale pracujących rękami, nogami i kręgosłupem, ale mam przeczucie, że powieści wypadają mi bardziej z ciała niż z głowy.

I to nie jest metafora. Opowieść o awansie to przecież też opowieść o ciele, które doświadcza różnic klasowych. Kiedy dorabiałam „na nocki”, zbierając kufle w Szkocji, przeżywałam największą frustrację, bo nie umiałam pisać w trybie wiecznego jetlagu. Odczuwałam złość względem ciała, nie znając jeszcze złożoności problemu. Pisałam wtedy pracę licencjacką, którą edytowałam z wielkim przejęciem, bo wydawało mi się, że ukończenie studiów pedagogicznych w małym mieście będzie czymś wyjątkowym. Poważnie, myślałam tak w 2010. Pomimo własnej naiwności dużo czytałam, a nauczyło mnie tego kilka osób. Nie chodziło mi wtedy o aspirację, ale o poczucie sensu. W trakcie tamtej pracy jeszcze nie wpadłam na to, że pięć lat później sama będę publikować powieści – w moim otoczeniu nie było nikogo, kto napisałby książkę albo w ogóle miał powód, żeby zajmować się czymś tak abstrakcyjnym i odklejonym. Mój obecny partner życiowy, który pochodzi z tego samego miasta co ja, budował wtedy autostradę, sprzątał park i pracował jako listonosz, żeby móc się uczyć, więc i tak wiem, że moja droga do lżejszej pracy we wczesnej dorosłości była o wiele prostsza, a rodzice wspierali mnie mocniej.

Później mój jetlag się odwrócił – zaczęłam pisać wieczorami, nocami i wcześnie rano, bo pracowałam w ciągu dnia. To było już prostsze. Zaczęłam to robić jednak dopiero po studiach, kiedy przeszłam z wolontariatu na zlecenie, a później dostałam umowę o pracę w Świetlicy Krytyki Politycznej w Cieszynie, gdzie prowadziłam głównie zajęcia z dziećmi. Ale o tym później, bo ten fakt ma znaczenie dla moich aspiracji i szans.

Czas

Ważne są chyba ramy czasowe, po których będę się poruszać. Za chwilę skończę 35 lat. Urodziłam się w Dąbrowie Górniczej, w Zagłębiu. Mój awans przebiegał w czasach największego skoku liczby osób studiujących, których rodzice sami nie studiowali. Ta liczba oczywiście dziś wciąż pozostaje wysoka, co bynajmniej nie wiąże się już z taką samą obietnicą sukcesu. Właściwie to nie wiadomo, co teraz oznacza ukończenie studiów. Zetki (a przynajmniej 10% zetek, które są bardziej zaangażowane, jak wynika z ostatniej książki Justyny Sucheckiej Pokolenie zmiany. Młodzi o sobie i świecie, który nadejdzie) wyraźniej widzą to, co majaczyło już na horyzoncie millenialsów i dla niektórych dopiero po czasie stało się oczywiste. Konieczne jest przewartościowanie tego, co oznaczają dzisiaj „aspiracja” i „awans”, biorąc pod uwagę, że trzeba im się przyjrzeć z uwzględnieniem licznych kryzysów w tle: edukacyjnego, klimatycznego, technologicznego, psychicznego. Musimy z jednej strony ograniczać się konsumpcyjnie, równocześnie dbając o godność mniej uprzywilejowanych, a z drugiej – chcieć więcej intelektualnie i społecznie, żebyśmy wydostali się z potrzasku. Dlatego wsparcie w zakresie dawania szans powinno być systemowe, chociaż system zawodzi. W polskiej szkole łatwiej dowiedzieć się, jak założyć firmę niż związek zawodowy. Prędzej poznamy odległą biografię Steve’a Jobsa, który rzekomo sam dotarł na szczyt, niż Janusza Korczaka i Stefy Wilczyńskiej, myślących horyzontalnie, w kategoriach międzyludzkich relacji.

Mając świadomość tych różnic, spróbuję przejść się po własnych przywilejach, które wpisują się w szerszy pejzaż przemian społecznych i aspiracji w Polsce. Sprawdzam, co zadziałało i co mogłoby działać na podstawie jedynego wykształcenia, jakie formalnie mam – pedagogicznego. Spróbuję też pokazać, jak różnimy się jako klasa ludowa w różnych wymiarach i ścieżkach awansu.

Przywilej numer jeden: dom i kapitał emocjonalny

Po ośmiu latach pracy z dziećmi wiem, ile daje wsparcie emocjonalne w domu. Wiem, co oznacza w skrajnych sytuacjach, kiedy go nie ma: ośrodek poprawczy, nadzór kuratorski i niezdawanie do kolejnej klasy, czasem brudne ubranie i brak śniadania rano, co powoduje niezdolność do koncentracji przez resztę dnia.

Przemysław Sadura w książce Państwo, szkoła, klasy wprowadza pojęcie kapitału emocjonalnego niepojawiające się w typologii Pierre’a Bourdieu, do którego jeszcze później wrócę. Ujęcie kapitałów francuskiego socjologa miało bardziej kwantyfikowalny charakter. A jak przeliczyć relacje emocjonalne? A to właśnie one wzmocniły mnie najbardziej. I nie tylko mnie. W rozdziale na podstawie wywiadów biograficznych ze studentami UW widać, jak kapitał emocjonalny przekłada się na awans osób z klasy ludowej. Sadura wyciąga wniosek: „Wszyscy bez wyjątku (sic!) mówią o silnych więziach w domu rodzinnym, ogromnym emocjonalnym i motywacyjnym wsparciu rodziców”.

Moja mama wstawała codziennie o piątej rano, żeby zdążyć na pociąg do Katowic. Dojeżdżała godzinę, żeby wrócić wcześniej po południu, ok.15:30. Tata robił dla brata i dla mnie rano kanapki i machaliśmy mu przez okno, gdy szedł do pracy w Mikrohucie (oddziale zamiejscowym Huty Baildon, gdzie pracowała wtedy mama) po obudzeniu nas. Klucze na szyi, czyste ubrania do szkoły zawieszone już wieczorem na krzesłach. Do szkoły przychodziliśmy jako pierwsi albo jedni z pierwszych. Na osiedlu miało tak więcej osób. Lubiłam siedzieć w szatni i czekać, aż zacznie się codzienny harmider. Wychodziliśmy późno ze świetlicy, ale każdego dnia po południu spędzaliśmy kilka godzin z rodzicami, którym na nas zależało. I którzy mieli pracę.

Rodzice przekazali nam, jak szanować rzeczy i ich nie psuć. Nauczyli nas, jak obierać ziemniaki, ubić kotleta i przygotować surówkę. I to nie żeby robić coś za nich, ale żeby obiad był gotowy, jak wrócą, bo wtedy zostaje więcej czasu na inne rzeczy. Na przykład na pójście nad zalew Pogoria w Dąbrowie Górniczej. Może i znajdujący się w cieniu Huty Katowice, ale dający poczucie wiecznych wakacji. W weekend na działkę, którą dostali kilka lat wcześniej z przydziału.

Rodzice zawsze powtarzali, że warto oszczędzać. Praktyczność, organizacja, rytm. Nie kupować nowych ubrań i na co dzień żyć skromnie, żeby w wakacje ruszyć się z domu.

Gdy jechaliśmy na kolonie zakładowe, to nauczyli nas notowania wydatków, żeby nie przepuścić wszystkiego pierwszego dnia. Dzwony z targu z rocznym opóźnieniem, lecz za to zapach lasu w Kamionce, nad jeziorem niedaleko domu babci od strony mamy.

Mama pochodzi z małego miasteczka na Podkarpaciu, gdzie skończyła szkołę średnią. Na wakacjach poznała tatę i wyruszyła za nim do Zagłębia, skąd pochodził. To miejsce, które na początku lat 80. dawało pracę w przemyśle i gdzie nastąpił ogromny skok rozwoju technologicznego, jak na tamte czasy. Nie znała nikogo, nie miała na miejscu swojej rodziny, wszystko było nowe i szybko musiała się uczyć. Najpierw pracowała w zaopatrzeniu, radziła sobie dobrze, więc awansowała do księgowości. Ślub brali w stanie wojennym, kilka dni po tym, jak w Hucie Katowice, niedaleko domu, spacyfikowano strajk robotników, jednego zabito. Oni, pomimo ciężkich czasów, byli szczęśliwi. Mikrohuta, gdzie pracowali razem, w czasie transformacji przekształcała się i jeden z jej oddziałów poszedł w stronę produkcji wyrobów medycznych, a pozostała część zakładu dalej produkowała stal, już jako osobna spółka. Dlatego mama przeszła do zakładu produkującego płytki wieloostrzowe w Katowicach. Została w zawodzie. Zawsze mówiła, że ma fajne koleżanki z pracy. Równolegle rodzeństwo mamy wyjechało w tym czasie do pracy w Chicago i Kanadzie. Zanim to się stało, wujek pracował w Hiszpanii jako opiekun dzieci w domu jakiejś bogatej rodziny, żeby załatwić później wizę do Kanady dla siebie, a potem ściągnąć resztę rodziny. Udało się. Tam zaczęli pracować w piekarni i polskim sklepie. Drugi wujek robił na budowach w Chicago. Jego żona została z dziećmi w Polsce, nie widzieli się kilkanaście lat. Mój tata za to awansował. Z zawodu inżynier mechanik po kilku latach pracy poza Mikrohutą i uczenia się nowych rzeczy powrócił do dawnego zakładu z wiedzą w zakresie produkcji wyrobów medycznych, tworząc spółkę BHH Mikromed. Duża zmiana. Około lat zerowych ekonomicznie staliśmy się klasą średnią niższą. Myślę, że mama z tatą, widząc, jak ciężka bywa migracja i że wiąże się z trudną rozłąką, nie narzekali na pracę i chcieli tu być. Starali się. Miałam wrażenie, że praca jest dla nich ważna, bo dzięki niej mamy za co żyć, ale priorytety są gdzie indziej. Właśnie w tych więziach. Przynajmniej tak to zapamiętałam z dzieciństwa. Do dzisiaj rodzice powtarzają, że tylko wysiłkiem i pracą można w życiu osiągnąć stabilność. I względnie nie bać się o przyszłość. Dlatego odkładali na książeczki oszczędnościowe PKO „na nasze studia”.

Drugi przywilej: szkoła osiedlowa i darmowe zajęcia dodatkowe

W mojej podstawówce zbieraliśmy makulaturę, żeby dopłacić tym, którzy nie mają środków na wyjazd na „zieloną szkołę”. Żeby pojechała cała klasa. A później pewnie dopłacali z komitetu, bo nie wiem, ile by trzeba było zebrać tego papieru. Dzieciaki korzystające z MOPS-u miały inne „karteczki na obiady”. Żółte, a nie białe. Ale obiady dostawaliśmy takie same. Zapamiętałam dobrze jedno zdarzenie. Koleżanka, której rodzice nie pomagali w odrabianiu lekcji, raz mnie poprosiła, żebym zrobiła za nią pracę domową. Dostała jedynkę. Ja dostałam jedynkę. Pomyślałam: gdyby nie moi rodzice, miałabym tak samo. Przez pierwsze lata podstawówki pomagali mi odrabiać lekcje, zanim zaczęłam to robić sama.

Może dlatego, lata później, jedną z pierwszych rzeczy, którą zrobiłyśmy z dziewczynami w Świetlicy Krytyki Politycznej w Cieszynie, gdzie wtedy działałam jeszcze jako wolontariuszka, było utworzenie systemu bezpłatnych korepetycji dla dzieci niemających takiego wsparcia w domu. Ślęcząc godzinami nad pracami domowymi, zdałam sobie sprawę, ile to zajmuje czasu. Często siedzieliśmy codziennie, nawet i trzy godziny na jednych korkach. Bo nie chodziło tylko o zrobienie pracy domowej, ale o złapanie rytmu i wyrobienie nawyku do spontanicznej nauki. Nie tylko rzeczy szkolnych.

Czasami nie dało się wytłumaczyć głodnemu dziecku, co mu umknęło w ciągu dnia z tablicy. Dlatego miałyśmy w zanadrzu jedzenie i herbatę. Bez jedzenia nie da się uczyć i myśleć. Nawet jeśli bardzo się chce.

Mój partner Michał, który też jest z Dąbrowy Górniczej, doświadczył czegoś „pomiędzy”. Jego matka pierwsze lata życia urodzonego w 1980 r. syna spędziła na wspieraniu go w edukacji, pomimo uzależnienia od alkoholu ojca, ciągłych awantur i niedostatku z powodu przepitych wypłat. Zdążyła wyrobić w nim nawyk czytania, gdy był mały, nim ją samą zdeklasowała transformacja. Później zaczęła pracować jako sprzątaczka w firmie outsourcingowej i pogrążyła się w tej samej chorobie co ojciec, z którym rozwiodła się w połowie lat 90., gdy była jeszcze księgową. Pomimo niskiego kapitału emocjonalnego Michał mógł jednak radzić sobie prawie sam. Zostali mu wtedy szkoła i wspierający nauczyciele. A i czasem sąsiedzi dali obiad.

W mojej i Michała szkole podstawowej było dużo darmowych zajęć dodatkowych: kółko plastyczne, teatralne, muzyczne, szkolny klub sportowy. Można było zostawać po lekcjach i przychodzić na zajęcia w ferie, kiedy było się w domu. Dlatego ja chciałam być piosenkarką, a on piłkarzem. Ja jeździłam na konkursy wokalne, a on chodził na treningi w AKS Górnik Niwka i jeździł na mecze zagłębiowskiej ligi juniorów. Czy są bardziej typowe marzenia wieku dorastania millenialsów z ludowej? Ale coś zostało: ja szybko zapamiętuję ze słuchu rzeczy i uczę się dobrze na pamięć (nauka tekstów piosenek), a on lubi analityczne myślenie (w grze musisz strategicznie przewidywać kolejne ruchy i analizować sytuację na boisku – nie tylko biegać za piłką), które przydaje mu się w pracy filozoficznej. Teraz darmowe zajęcia organizują głównie NGO-sy, ośrodki wsparcia, domy kultury i biblioteki, do których dostęp jest mimo wszystko trudniejszy niż do szkoły. Oczywiście wśród szkół są pozytywne wyjątki i dzieje się wiele dobrych rzeczy, jednak nie są systemową regułą. Tak czy inaczej, kiedy klasa ludowa już korzysta z ofert edukacji i kultury dla dzieci, to bezpłatnych. Za to klasa średnia wysyła dzieci na płatne zajęcia dodatkowe: języki, programowanie, balet itd. Zauważyłam, że darmowe warsztaty spotykają się często wręcz z nieufnością tej ostatniej grupy. Kiedy organizowałam otwarty nabór na zajęcia dla młodzieży, pracując na stanowisku – uwaga, dobre słowo z awansu, ale bez feminatywu – „specjalisty ds. społecznych”, łatwiej było mi dotrzeć do dziewczyn z domu dziecka, niż wejść do kilku prestiżowych szkół w Katowicach, żeby namówić młodzież do aktywności. Zależało mi, żeby ich środowiska były zróżnicowane klasowo, więc chodziłam bezpośrednio do szkół, wiedząc, że ogłoszenie w mediach społecznościowych dociera tylko tam, gdzie prowadzi je algorytm.

Są sytuacje, gdy rodzice naprawdę nie mają opcji, żeby zajmować się takimi przywilejami jak edukacja dzieci i dbanie o ich rozwój, ledwo wiążąc koniec z końcem. W skrajnym ubóstwie, które zagraża zdrowiu i życiu, żyje w Polsce 4% ludzi, czyli 1,6 mln osób. Tak było w 2021 r., gdy minimum egzystencji wyznaczały 692 zł miesięcznie dla osoby samotnej i 467 zł na głowę w czteroosobowych domostwach z dwojgiem dzieci. W takiej sytuacji trudno dywagować o tym, czy ma się wspierających rodziców, bo oni sami często sobie nie radzą z podstawowymi potrzebami. To tutaj powinien działać system dodatkowego wsparcia, i to nie tylko ekonomicznego i doraźnego, ale kompleksowego: szkoły, świetlicy, kuratorów, ośrodka pomocy społecznej. Ktoś powie: to sprawa rodziny, nie państwa. Lecz głodne i zaniedbane

dziecko nie jest jedynie sprawą rodziny. Nie dofinansowując długofalowych działań MOPS-u, trudno się spodziewać się, że pracownik, zarabiający minimum i mający na głowie mnóstwo rodzin, skoordynuje życie każdego dziecka A to często właśnie takie wsparcie, poza finansowym, zapewnia godność i daje szansę. Do tego jeszcze wrócę, pisząc o kolejnych przywilejach.

Przywilej numer trzy: studia Pamiętam, gdy pierwszy raz czytałam Pierre’a Bourdieu i uciekłam z zajęć socjologii, bo nie byłam w stanie zrozumieć, co to jest „struktura strukturyzująca”. Było mi wstyd, że ten język jest dla mnie nie do przejścia, nawet po czterokrotnym przeczytaniu. Dystynkcję zobaczyłam dopiero w pracy z dziećmi z rodzin w kryzysie i przejrzałam się w niej, biorąc pod uwagę własną ścieżkę edukacji jako przyszła pedagożka, studiująca w Cieszynie. Bourdieu wyraźnie napisał, kto idzie na takie studia, jeśli już idzie. Klasa ludowa albo niższa średnia….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Co z ciebie wyrośnie