Subskrybuj
Strajkujący aktorzy i scenarzyści oraz ich sympatycy na pikiecie przed studiem Fox w Los Angeles, 11 sierpnia 2023 r. Jednym z postulatów strajkujących jest wprowadzenie regulacji dotyczących wykorzystywania sztucznej inteligencji w branży filmowej fot. Amanda Edwards / Getty
Socjolog, doktorant na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, stały współpracownik „Magazynu Kontakt”. Twórca facebookowej strony „Pozytywistyczna wibracja”

Czy czatboty czatują na nasze etaty?

Rozwój narzędzi sztucznej inteligencji nie musi być zagrożeniem dla ludzkiej kreatywności. Może być szansą, by na nowo ją docenić.

Kilka zdań, dalej już dam radę. Szybkim trikiem oszczędzę sobie czasochłonnych i męczących zmagań z pustą kartką. Wystarczy krótkie polecenie: „Napisz wstęp do eseju o kreatywności i sztucznej inteligencji”, a ChatGPT posłusznie nawlecze nić, żebym mógł ciągnąć wątek.

„Jedną z najbardziej satysfakcjonujących rzeczy jest sukces, jaki odnieśli ludzie używający go jako kreatywnego narzędzia, aby przezwyciężyć problem pustej kartki” – zachwalał GPT-4 Sam Altman, szef OpenAI, w podcaście Greymatter. Nie on jedyny w branży sztucznej inteligencji (SI) przyciąga konsumentów obietnicą leku na męki twórcze. W jednej ze swoich reklam Google pokazuje, jak SI odmieni codzienną pracę biurową. Napisze maila na podstawie wcześniejszych konwersacji. Wygeneruje szkic prezentacji. Stworzy osobiste zaproszenia na spotkanie dla członków zespołu, by dać im złudne poczucie przyjacielskiej relacji.

Brzmi dobrze? „Czy jesteś podekscytowany tym, że twoi współpracownicy staną się bardziej gadatliwi, zamieniając każde »Brzmi dobrze« w trzyakapitowy list?” – ironizował John Herrman w tekście The Nightmare of AI-Powered Gmail Has Arrived (Nadszedł koszmar zasilanego SI Gmaila) z „New York Magazine”. Korporacyjne narracje o twórczym potencjale sztucznej inteligencji więcej mówią o wadach współczesnego podejścia do kreatywności niż o zaletach nowej technologii.

Ja, jak widać, przewalczyłem trudność z zapisaniem pierwszych zdań. Udało mi się to bez wspomagaczy innych niż kawa, dotlenianie mózgu, przerwy na gry wideo i porady Howarda S. Beckera.

Zmarły niedawno socjolog w książce Warsztat pisarski badacza proponuje: „(…) nawet jeżeli czujesz, że to, co piszesz, nie zaprowadzi w chaosie logicznego i kompletnego porządku, to napisz to i tak, a przekonasz się, że nic strasznego się nie stanie” (tłum. P. Tomanek). Gdyby pisał ją dzisiaj, mając do dyspozycji ChatGPT, zapewne radziłby tak samo. Jednym z przewodnich wątków jego pracy jest bowiem przekonanie, że przez pisanie uczymy się myśleć. Pusta kartka to siłownia umysłu i jeśli boli, to znaczy, że rośnie. Nie da się osiągnąć tych samych efektów, sprowadzając się do roli redaktora czatbota.

Wiele wyzwań, które ChatGPT, Bard od Google czy Microsoftowy Bing AI gotowe są bohatersko pokonać, warto najpierw przemyśleć, a dopiero potem automatyzować. To świetnie, że z pomocą generatywnej SI łatwiej jest stworzyć firmowy blog, ale czy na pewno potrzebujemy kolejnych firmowych blogów? Hasła reklamujące czatboty jako sposób na problem pustej kartki zasługują z kolei na refleksję, czy czegoś nie tracimy, dając się wyręczyć. Do tego dochodzą pytania o samą sztuczną inteligencję. Jak nauczyła się generować teksty i obrazy? Gdzie leżą granice jej możliwości? I najważniejsze: co z ludźmi, którzy nagle zmuszeni są z nią konkurować? Wbrew pozorom to także pytania o kreatywność.

Kreatywność zautomatyzowana

Pojęcie to, jak tłumaczy w książce Odkrycie kreatywności socjolog Andreas Reckwitz, ma przynajmniej dwa znaczenia. „Po pierwsze, wskazuje na możliwość i realność wytwarzania tego, co nowe, w dynamiczny sposób. Kreatywność przedkłada więc nowe nad stare, odbieganie od normy nad standard, inne nad to samo. (…) Z drugiej strony kreatywność nawiązuje do modelu »kreacjonistycznego«, który wiąże ją z nowoczesną figurą artysty oraz ogólnie z tym, co artystyczne i estetyczne” (tłum. K. Kończal, Z. Sucharska). Tak rozumiana, nie jest ani jednoznacznie dobra, ani zła. Kreatywnym gotowaniem można się struć, a za kreatywną księgowość pójść do więzienia, choć obu praktykom nie można odmówić nowatorstwa czy artyzmu. Sam Reckwitz swoje stanowisko wobec opisywanych zjawisk charakteryzuje jako „oscylujące między fascynacją a dystansem”.

W cytowanej pracy odtwarza genealogię fenomenu kreatywności, zaczynając opowieść od końca XVIII w. Pokazuje, jak z niszowych praktyk artystycznych stojących w opozycji do ideologii racjonalności i pragmatyzmu wyewoluowała w ostatnich kilkudziesięciu latach do postaci powszechnego dążenia, pożądanej postawy, lecz także przymusu. Czyni ją jednym z czterech, obok racjonalizacji, ekonomizacji i medializacji, filarów późnej nowoczesności. Jako normatywny wzorzec, a także imperatyw, skłania do bezustannego wytwarzania. Nie tylko słów czy obrazów – za namową portali społecznościowych czy w ramach zawodowych obowiązków. Ideałem przestrzeni stały się, twierdzi Reckwitz, będące w ciągłym ruchu miasta kreatywne. Ideałem człowieka – zaangażowany w samorozwój „nowy ja”. Bądź kreatywny albo giń.

Z tej perspektywy sztuczna inteligencja nie jest antytezą kreatywności, ale „zautomatyzowaną kreatywnością”. Znaczy to po pierwsze, że ma w niej swoje źródła, po drugie, że służy jej praktykowaniu, i wreszcie po trzecie, że oddziałuje na istniejące dyskursy kreatywności.

Z twórczości powstałaś

Programy wykorzystujące sztuczną inteligencję zawdzięczają swoje zdolności ludzkiej twórczości. Nie chodzi tu o pracę autorów modeli uczenia maszynowego, ale ludzką twórczość sensu largo. To nie przypadek, że rozwój SI następuje w czasach, gdy z pomocą powszechnie dostępnego internetu publikujemy także poprzez cyfryzację książek, obrazów treści na niespotykaną wcześniej skalę. Ta skala to jedna z iskier, które spowodowały technologiczny boom.

Scaling law to prawo mówiące, że im więcej zbierzesz danych i im większą liczbę parametrów będzie miał twój model, tym bardziej skokowo będzie spadać poziom błędu, jaki osiągasz – opowiada mi o rozwoju modeli SI Piotr Szymański, naukowiec z Katedry Sztucznej Inteligencji na Politechnice Wrocławskiej. – Okazało się, że wielkie firmy zebrały bardzo dużo danych i zaczęły trenować na nich swoje modele. My też zaczęliśmy publikować coraz więcej treści, więc coraz więcej lądowało w modelach. Ale powoli zbliżamy się do momentu, w którym naszym głównym ograniczeniem w obecnie stosowanych architekturach sieci neuronowych będzie to, że ludzie generują za mało danych, by przeskoczyć następną barierę.

Przepis na sztuczną inteligencję przypomina recepturę słynnego bigosu na winie: co się nawinie, to do bigosu.

Gdy dziennikarze „The Washington Post” zaczęli badać, co znalazło się w zbiorze danych, którymi swoje duże modele językowe karmili Google i Facebook, dokonali kilku niepokojących odkryć. „Znak praw autorskich – oznaczający utwór zarejestrowany jako własność intelektualna – pojawia się ponad 200 mln razy”, pisali w swoim artykule Kevin Schaul, Szu Yu Chen i Nitasha Tiku. Ponadto, mimo stosowania filtrów treści, na liście stron, którymi trenowano SI, znalazły się m.in.: portal nazistowski, strona znana z organizowania prześladowań osób transpłciowych, a także całe niesławne forum 4chan, gdzie łatwo natknąć się na treści rasistowskie i ksenofobiczne.

Problemy z danymi używanymi do rozwoju modeli sztucznej inteligencji nie ograniczają się do naruszeń praw autorskich czy posiłkowania się szkodliwymi treściami. W 2019 r. artysta i badacz Adam Harvey ujawnił, że wykorzystywana przez komercyjne przedsiębiorstwa baza MegaFace zawierająca obrazy twarzy co najmniej 700 tys. osób powstała na podstawie zdjęć publikowanych w serwisie Flickr. Portal ten służy do tworzenia prywatnych albumów fotograficznych i dzielenia się amatorską twórczością. Wszystkie zdjęcia udostępnione zostały na różnych wersjach licencji Creative Commons, większość wzorców umów nie dopuszczała jednak wykorzystania ich do celów komercyjnych. Tymczasem miliony fotografii roześmianych dzieci, rodzinnych portretów czy wspomnień z wycieczek przetworzone zostały dla celów trenowania systemów zdolnych do inwigilacji, szpiegowania, profilowania.

– Uważam, że twórcy powinni mieć prawo wyrazić sprzeciw wobec wykorzystania ich twórczości przez sztuczną inteligencję – mówi mi Zuzanna Warso, dyrektorka ds. badań w fundacji Open Future, współautorka (z Alkiem Tarkowskim) raportu AI Commons opisującego m.in. sprawę MegaFace. – Przepisy unijne dotyczące praw autorskich dają taką możliwość, tzw. opt-out pozwala zaznaczyć, że nie chcę, by moja twórczość, to, czym się dzielę, była wykorzystana do trenowania sztucznej inteligencji.

Masz prawo do bycia zapomnianym

Obecne starania, by chronić twórczynie i twórców, wydają się jednak mocno spóźnione. Nakarmione produktami ich kreatywności programy wykorzystujące sztuczną inteligencję okazały się świetnymi plagiatorami. Podrabianie stylu literackiego czy malarskiego jest przy tym o tyle banalne, że narzędziu można wprost polecić, by wygenerowało tekst bądź obraz na czyjąś modłę.

– Ciekawe, że gdy przepisy dotyczące praw autorskich były przyjmowane parę lat temu, niektórzy, choć było to niewiele osób, zdawali już sobie sprawę, że będą miały ogromny wpływ na rozwój SI – kontynuuje Warso. – Niestety kwestia praktycznej aplikacji tych przepisów została zaniedbana i przez twórców, i przez organizacje ich zrzeszające. Tak naprawdę nie wypracowano metod stosowania opt-outu i dopiero teraz wszyscy próbują nadgonić stracony czas, by powstały praktyczne narzędzia, które będą mogły np. zostać uwzględnione w kodzie. Tak jak można wykluczyć witrynę z wyszukiwania przez Google, powinno się móc wykluczyć i konkretne dokonania twórcze, i nawet całą stronę internetową z pobierania, a potem przetwarzania na potrzeby sztucznej inteligencji.

System optout rozwiązuje tylko część problemu, zabezpieczając przed tym na przyszłość. Wciąż pozostaje kwestia danych, na których cyfrowe korporacje zdążyły już położyć ręce. Oczywiście można próbować je za to pozwać – a potem otworzyć szeroko portfel, bo prawne ju-jitsu z Microsoftem czy Google to sport kosztowniejszy niż wspinaczka w Himalajach. Mimo to coraz częściej słychać o osobach, które po napotkaniu w wytworach SI śladów własnej kreatywności decydują się na konfrontację. Czy jest inna droga niż ścieżka sądowa?

– Można założyć, że modele są aktualizowane, że co parę lat ich treningi są powtarzane. Daje to nadzieję, że w przyszłych modelach lub ich przyszłych iteracjach, jeśli ktoś zasygnalizuje, że nie chce, by jego dane były wykorzystywane, taka prośba zostanie uwzględniona. Myślę, że powinno istnieć prawo do bycia zapomnianym przez sztuczną inteligencję, podobnie jak mamy je w wyszukiwarce Google – proponuje Zuzanna Warso. – W tym momencie to raczej ćwiczenie intelektualne, ale warto się nad nim zastanowić.

Kapitalizm estetyczny

Zasięg oddziaływania reżimu kreatywności sprawia jednak, że wpływowi sztucznej inteligencji – kreatywności zautomatyzowanej – podlega znacznie więcej profesji niż tylko pisarze czy graficy.

Dystopijną opowieść o samoodpowiadających mailach i tworzeniu kliknięciem dziesiątków slajdów, których nikt nigdy nie przeczyta, przedsiębiorstwa technologiczne kierują do określonej grupy zawodów. Według raportu Pew Research Center sztuczna inteligencja najsilniej wpłynie na prace opierające się na tzw. zdolnościach fundamentalnych (choć niekoniecznie je zastąpi) – krytycznym myśleniu, pisaniu, rozumieniu tekstów – oraz kompetencjach analitycznych. Wykonujące je osoby łączą ponadto wyższe wykształcenie i zarobki w okolicach krajowej średniej – wyższe niż u osób, którym wpływ SI nie zagraża.

W słowniku nauk społecznych jest kilka terminów pomocnych w opisie tej zróżnicowanej grupy zawodów. To np. odhaczacze – „(…) pracownicy, których stanowiska istnieją wyłącznie lub przede wszystkim po to, by organizacja mogła utrzymywać, że robi coś, czego w rzeczywistości nie robi” (tłum. M. Denderski) – opisani w Pracy bez sensu przez Davida Graebera. To także duża część profesjonalnej klasy menadżerskiej, kategorii ukutej przez Johna i Barbarę Ehrenreichów do opisu pozycji klasowej osób na stanowiskach kierowniczych niższego i średniego szczebla. To kognitariat, sproletaryzowani pracownicy wiedzy, gig workerzy wykonujący zdalnie fuchy czy wreszcie klasa kreatywna. Choć w korporacyjnych hierarchiach zajmują różniące się tytułami i zarobkami stanowiska, łączy je ciągłe siedzenie przed komputerem, za biurkiem. I nigdy nie jest to biurko prezesa.

Wbrew pozorom kreatywność przenika wszystkie te zawody. „To co, nazywam współczesnym »kapitalizmem estetycznym«, w swojej najbardziej zaawansowanej formie opiera się na modelach pracy, które porzuciły od dawna znany wzorzec rutynowych czynności robotników i pracowników oraz ich zestandaryzowany i uprzedmiotowiony stosunek do przedmiotów i podmiotów – opisuje wpływ hegemonicznej kreatywności na świat pracy Andreas Reckwitz. – Ich miejsce zajęły czynności, w których nieustanna produkcja nowatorskich treści – zwłaszcza znaków i symboli: tekstów, obrazów, komunikacji, sposobów postępowania, przedmiotów estetycznych, modyfikacji ciała – przed publicznością spragnioną oryginalności i zaskoczeń stała się najważniejszym postulatem w mediach i designie, edukacji i doradztwie, w modzie i architekturze”.

Wymóg kreatywności, choć często męczący, wydawał się przynajmniej chronić przed automatyzacją. Biurowa klasa średnia (jak lata temu nazwał opisywaną zbiorowość pisarz Michał R. Wiśniewski) długo żyła w przeświadczeniu, że robotem zastąpić można pracownika produkcji w Volkswagenie czy kasjera w McDonaldzie, ale nie…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Kościół bez patriarchatu