Poczucie onieśmielenia wzmagała świadomość, że nawet jeśli miało się rozeznanie w jednym temacie, łatwo można było odsłonić swoją niewiedzę w innym – dla niego równie naturalnym i przemyślanym. Podczas gdy wiele osób posiada w różnych obszarach wiedzę szczątkową, on przyswajał ją w sposób systemowy i wyczerpujący. Zdumiewające, ile zgromadził talentów: w młodości pchano go na studia plastyczne, skończył jednak filologię romańską, wyuczając się samemu na poliglotę czytającego w ok. 30 językach i dokonującego przekładów z co najmniej 16 (od rumuńskiego, francuskiego i niemieckiego po hebrajski, sanskryt, pali i tybetański). Jego wielką pasją było lotnictwo (nad biurkiem wisiał sklejony model samolotu), a życia nie wyobrażał sobie bez muzyki. Przestrzenią, w której często się spotykaliśmy, był sport, a może lepiej: kultura fizyczna. Mniej go bowiem interesowało współzawodnictwo, mimo że był przecież ciężarowcem, a bardziej rozwój siebie i własnej sprawności.
W rozmowach z nim ważyłem dodatkowo każde słowo, odkąd dowiedziałem się, że prowadzi zeszyt językowych wpadek i kuriozów. Powiedział mi o tym, gdy przez pomyłkę wydrukowaliśmy w „Znaku” wyłapane przez niego słowo „kubłaki” zamiast „bukłaki”. Pocieszył jednak od razu, że to kiks, który blednie przy tych, które wyłapywał na co dzień podczas oglądania serwisów informacyjnych.
*
Żył właściwie na sposób ascetyczny. Przyjemność sprawiały mu praca i wysiłek fizyczny. Mając siedemdziesiąt kilka lat, odpoczywał od wysiłku wywołanego długim tłumaczeniem, pokonując na rowerze blisko 40-kilometrową trasę (ze sporymi przewyższeniami) z Krakowa do Kalwarii Zebrzydowskiej. Pamiętam, że od pierwszej wizyty uderzyła mnie prostota i skromność jego mieszkania. Niewielki pokój, na podłodze sztanga i – wydaje mi się, że również – drążek w futrynie drzwi. Meblościanka zapełniona książkami i płytami z muzyką. Na pierwszy rzut oka książek wcale nie było tak dużo, ale widoczny był tylko pierwszy rząd, a kolejne kryły się w barku i szafkach. Za plecami ostatnio wydane tłumaczenia – cała seria Ciorana z Alethei. Drewniane krzesło, dosyć już wysłużone, i biurko zastawione rzeczami, nad którymi pracował, gdzie mogła stać maszyna do pisania. Powtarzał, że komputera nie potrzebuje.
Niechętnie pisał, zgadzał się jednak na wywiady. Trudno było go namówić na jakiekolwiek tłumaczenia, które by go osobiście nie interesowały. Argument finansowy nie miał dla niego znaczenia. Za to im bardziej odległy język i kultura, tym większa szansa, że się podejmie. Proponowałem mu kiedyś przekład z jednego z języków europejskich, podziękował, przekonując, że nie może, bo właśnie odświeża chińszczyznę, ćwicząc się w tłumaczeniu poezji z V w. p.n.e.
Pytałem go, jak tłumaczy. Mówił, że stara się przeczytać oryginał i maksymalnie go zrozumieć. Następnie zaczyna przekładać, zapisując tekst na maszynie (lub odręcznie, jeśli to poezja). Na koniec sczytuje całość ponownie. Zachowałem maszynopisy z jego tłumaczeniami. Widać na nich, że pracował właściwie bez zawahań. W całym tekście pojawiło się zaledwie kilka pojedynczych poprawek zapisanych ołówkiem.
*
W połowie września zadzwoniłem do niego z prośbą o wywiad nt. jego nowych przekładów tekstów starobuddyjskich: Suttanipaty…