Co można robić po filozofii? Pytanie to zadał mi niedawno mój syn, tegoroczny maturzysta. Wiedział, że czytuję filozofów, że chętnie się na nich powołuję, że sięgam po ich książki, pisząc własne. Że, krótko mówiąc, filozofia od dawna stanowi niezwykle ważną część mojego życia. Nic prostszego niż udzielić odpowiedzi nastolatkowi, tymczasem ogarnęła mnie prawdziwa bezradność. Po filozofii można oczywiście robić na dobrą sprawę prawie wszystko, ponieważ paleta możliwości zawodowych jest dzisiaj dla młodych ludzi nieporównanie większa niż dwadzieścia kilka lat temu, gdy ja sam zaczynałem swoje dorosłe życie. Lecz jeśli chce się zachować intensywny związek z tak wyjątkową dziedziną myślenia, jaką jest filozofowanie, i jeszcze się z tego utrzymać, wybór ulega drastycznej redukcji. I sprowadza się właściwie tylko do zawodów akademickich. A taki zawód to dla młodego filozofa niebezpieczna pułapka: pchany wcześniej ciekawością myślenia o najbardziej elementarnych sprawach życia i śmierci, stwierdza teraz, że akademicki wymóg profesjonalizacji każe o tym wszystkim zapomnieć, po czym skupić uwagę na wąskich zagadnieniach historycznofilozoficznych jako zdecydowanie bezpieczniejszym obszarze aktywności zawodowej. Młody, zafascynowany myśleniem człowiek staje się z wolna, acz nieubłaganie, „akademicką marudą”, a jego praca sprowadza się do jałowego przeżuwania myśli wielkich poprzedników. Rozgrywa się to przy użyciu wysoce specjalistycznych terminów zrozumiałych dla wąskiego kręgu ludzi czytających się nawzajem i z namaszczeniem przyznających sobie tytuły naukowe. Znamy wielu historyków filozofii, lecz ilu znamy takich, których z czystym sumieniem moglibyśmy nazwać filozofami głodnymi myślenia?
Susan Neiman, właśnie to nazwisko wymieniłem w końcu, chcąc pokazać synowi na konkretnym przykładzie, co powinno być sednem działalności każdego filozofa, każdej filozofki: próba budowania dzięki myśleniu głębokiej, trwałej relacji ze współczesnością. A także z ludźmi, którzy tę współczesność kształtują. No dobrze, lecz czy to naprawdę coś wyjątkowego? Przecież większość ludzi jest przekonana, że wystarczy żyć „tu i teraz”, by bez najmniejszego problemu pozostawać współczesnym. Tylko skoro to proste, dlaczego zazwyczaj tak niewiele rozumiemy z tego, co się dzieje wokół nas i z nami? I dlaczego przyszłość, nawet ta najbliższa, jest dla nas niemal zawsze zagadką? Toteż w praktyce zadanie budowania głębokiej myślowej relacji ze współczesnością jest niezwykle trudne i podołać mu potrafi jedynie niewielu. Do tej garstki należy bez wątpienia Susan Neiman.
Z Atlanty do Poczdamu
Ta prawie całkowicie nieznana u nas filozofka urodziła się w 1955 r. na amerykańskim Południu, w Atlancie. Wychowywała się w żydowskiej rodzinie, a ponieważ Georgia (stan, w którym przyszła na świat) borykała się w latach 50. z poważnym problemem segregacji rasowej, od dzieciństwa była świadkiem wielu przejawów głębokiej niesprawiedliwości społecznej. W wieku 14 lat opuściła szkołę i odtąd przez dłuższy czas pomieszkiwała w komunach, równocześnie tam pracując. Tworzyli je ludzie podobnie jak ona rozczarowani kierunkiem, w jakim kierunku zmierzała Ameryka za prezydentury Richarda Nixona, targana poważnymi kryzysami politycznymi, społecznymi, potem także ekonomicznymi; Ameryka, która usiłując brutalnie podporządkować sobie komunistyczny Wietnam, do reszty traciła wiarygodność jako kraj demokratyczny, praworządny, liberalny. A przede wszystkim sprawiedliwy.
Rozczarowanie współczesnością po kilku latach przerodziło się u wciąż młodziutkiej Neiman w pytanie ogólniejszego rodzaju, tym razem już filozoficzne: w jaki sposób radzić sobie z tym, że rzeczywistość często radykalnie odbiega od naszych nadziei i oczekiwań; od wartości, jakim hołdujemy, od ideałów, które są nam bliskie?
Odpowiedzi szukała Neiman m.in. na Harvardzie u Johna Rawlsa, jednego z najważniejszych myślicieli politycznych ubiegłego wieku, znanego choćby ze sformułowania „dwóch zasad sprawiedliwości”. Pierwsza z nich odnosi się do podstawowych praw obywatelskich (zwłaszcza prawa do wolności), przysługujących bezwzględnie każdemu, z kolei druga próbuje uregulować kwestię nierówności społecznych i ekonomicznych.
Obroniwszy u Rawlsa doktorat, w 1986 r., Neiman wyjechała do Berlina, skąd trzy lata później wróciła do Stanów, tym razem jednak na Yale University, gdzie spędziła kolejnych siedem lat, zajmując się głównie filozofią moralną i polityczną. Swoje badania kontynuowała następnie, od 1996 r., na uniwersytecie w Tel Awiwie. Jednak powiedzieć o Neiman tamtych czasów „uczona”, to nie powiedzieć jeszcze nic. Na przestrzeni lat filozofka nie straciła bowiem swojego pierwotnego usposobienia aktywistki. Przeciwnie, cały czas mocno angażowała się w różne działania społeczne, m.in. w protesty przeciwko wojnie irackiej, a jeszcze później np. w kampanię prezydencką Baracka Obamy. Obecnie jest zaś (a to tylko jedna z jej rozlicznych funkcji) członkinią Komisji Wartości Podstawowych, utworzonej w roku 1973 z inicjatywy Willy’ego Brandta i stanowiącej ciało doradcze dla polityków niemieckiej SPD.
Niemcy dostrzegli zresztą bardzo wcześnie potencjał Neiman, osoby łączącej w sobie filozoficzne wykształcenie, intelektualną niezależność, społeczną wrażliwość, polityczny temperament oraz odwagę wyrażania własnych przekonań. W 2000 r. zaoferowano jej stanowisko dyrektorki Forum Einsteina, instytucji publicznej, zajmującej się rozwijaniem interdyscyplinarnych projektów naukowych o wyraźnie społecznym charakterze, realizowanych przez specjalistów z wielu dziedzin, ale programowo otwartych dla szeroko pojętej sfery publicznej. Siedziba Forum nieprzypadkowo znajduje się w Poczdamie. To właśnie w tym mieście biło kiedyś jedno z serc europejskiego oświecenia, epoki duchowej, która dla intelektualnych i politycznych wyborów Neiman stanowi od dawna główny punkt odniesienia. W pismach jej twórców amerykańska filozofka odnajduje inspirację dla własnych prac, wolnych od akademickiego żargonu, jasnych i precyzyjnych w wywodzie.
I bardzo pomysłowo łączących filozoficzną tradycję dawnych wieków z palącymi kwestiami współczesności. Pomysłowość tę dostrzec można zwłaszcza w ostatnich książkach Neiman, o których jeszcze będzie mowa.
Natomiast, będąc autorką tekstów pisanych dla tak wpływowych gazet i czasopism jak „The New York Times”, „The Boston Globe”, „Frankfurter Allgemeine Zeitung” czy „Die Zeit”, które docierają do niezwykle szerokich rzesz odbiorców, Neiman pokazuje imponującą paletę swoich możliwości jako publicystka. O liczne komentarze proszono ją zwłaszcza w ostatnich miesiącach, po ataku terrorystów Hamasu na Izrael i pacyfikacji Gazy. Komentarze te budzą do tej pory kontrowersje, podobnie jak wywołuje je najnowsza książka Neiman, zatytułowana Left Is Not Woke (Lewica nie jest woke), opublikowana w ubiegłym roku. Do tych spraw również jeszcze wrócę.
Unde malum?
Pierwszą książką, którą Neiman zwróciła na siebie uwagę nie tylko koleżeństwa z branży akademickiej, lecz także wszystkich czytelników po prostu głodnych filozofowania, była obszerna monografia Evil in Modern Thought (Zło w myśli nowoczesnej) wydana w 2002 r. i poświęcona filozoficznej refleksji nad złem od czasów oświecenia po współczesność. Swoją książkę Neiman nazwała w podtytule alternatywną historią filozofii. Śmiało, lecz rozmyślnie, cała bowiem argumentacja autorki zmierza do tego, by wykazać, że problem zła stanowi główną siłę napędową współczesnego myślenia o sprawach dla człowieka tak fundamentalnych i ostatecznych jak zło, dobro, śmierć, życie, nienawiść, miłość, przeznaczenie, nadzieja, upadek, wiara. Słowem, o wszystkich tych zagadnieniach, które decydują – zwłaszcza gdy czynimy je przedmiotem świadomej refleksji – o kształcie naszego istnienia; o kierunku, w jakim zmierza nasza egzystencja. Dlatego też problem nie jest wyłącznie problemem teoretycznym, lecz również par excellence egzystencjalnym.
Jak wytłumaczyć zło niewytłumaczalne? Stawiając tę kwestię w taki właśnie sposób, Neiman pokazała, że nie interesuje jej wyłącznie przeszłość, czyli historia filozofii.
Jej książka pojawiła się w rok po terrorystycznych atakach na World Trade Center, które kazały przemyśleć problem zła na nowo. I na nowo postawić stare pytanie, zadawane jeszcze przez teodyceę, powracające uporczywie na przestrzeni wieków: unde malum? Skąd zło? Skąd zło tak niewyobrażalne jak to, które miało miejsce 11 września? Albo to, którego dopuszczali się w Kambodży Czerwoni Khmerzy? Albo to, którego w obozach zagłady dopuścili się naziści? Albo to, które zostawili po sobie stalinowscy oprawcy w Gułagu? A co z Hiroszimą i Nagasaki? Co z ludnością Wietnamu, będącą w latach 60. i 70. ofiarą bezlitosnych amerykańskich działań wojennych? Co z dziedzictwem niewolnictwa, zjawiska notowanego na wszystkich kontynentach, w bardzo wielu społecznościach i od niepamiętnych czasów?
Korzenie tak rozumianej refleksji nad złem sięgają jednak znacznie głębiej, mianowicie epoki oświecenia, która musiała zmierzyć się ze złem zupełnie innego rodzaju, do tej pory niewyobrażalnym i dlatego niezrozumiałym. Otóż w 1755 r. silne trzęsienie ziemi, którego następstwem były najpierw pożary, potem gigantyczne tsunami, zrównało z ziemią Lizbonę, jedno z najwspanialszych miast ówczesnej Europy, stolicę portugalskiego imperium kolonialnego. Tragedia ta wybudziła wielu filozofów oświecenia z czegoś, co moglibyśmy nazwać dogmatyczną drzemką. Dogłębnie przekonani, że wszystko da się racjonalnie wytłumaczyć, że świat ma swoje zasady i swój niewzruszony porządek, stanęli wobec zjawiska, którego nie potrafili wyjaśnić: dlaczego dobry Bóg dopuścił do tak potwornego zła? Dlaczego pozwolił umrzeć w męczarniach kilkudziesięciu tysiącom niewinnych ludzi? Dlaczego nie zrobił nic, by ich uratować, by zapobiec ich cierpieniu?
Dzisiaj oczywiście inaczej postrzegamy katastrofy naturalne, ponieważ dzięki badaniom naukowym od dawna wiemy, jaka jest ich przyczyna. A już na pewno jesteśmy dalecy od tego, by rozpatrywać je od strony etycznej. Po pierwsze, dlatego że nie łączymy ich już z naszą wiarą, zależnością od Bożej opatrzności – o ile jeszcze wierzymy w jakąkolwiek transcendencję. Po drugie, uznajemy powszechnie, że natura nie jest w swej istocie ani dobra, ani zła. Dobre i złe może być jedynie to, co robi człowiek, istota myśląca.
Jednak w XVIII w. słowa „Lizbona” używano powszechnie, i celowali w tym zwłaszcza filozofowie, mniej więcej w takim kontekście i w takim znaczeniu, w jakim dzisiaj przywołuje się słowo „Auschwitz”.
Lizbońskie trzęsienie ziemi uznawano za wstrząs dla ludzkiego myślenia. Od tamtej pory zmieniło się nasze rozumienie zła, także pod wpływem okropności zafundowanych nam przez historię XX w. Nie zmieniła się jednak intensywność refleksji filozoficznej, piórami swoich najbardziej prominentnych przedstawicieli usiłującej sprostać wyzwaniom, jakie stawia przed nami ta odwieczna kwestia: skąd zło? Licząca sobie z górą 400 stron książka Neiman wnikliwie rozważa pod tym kątem koncepcje najważniejszych myślicieli ostatnich 250 lat, takich jak Leibniz, Pope, Rousseau, Kant, Hegel, Marks, Nietzsche, Freud, Camus, Hannah Arendt. Być może zresztą właśnie ta ostatnia myślicielka patronuje – czy może raczej matronuje! – refleksjom Neiman w sposób szczególny. Z dzisiejszej perspektywy możemy przecież chyba stwierdzić, że najważniejszą i najbardziej wpływową książką filozoficzną XX w. był Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła, publikacja Arendt w swym zamyśle tyleż filozoficzna, co… reporterska. Szczegółowo ukazująca kulisy procesu nazistowskiego zbrodniarza wojennego, ale też stawiająca pytania ogólniejszego rodzaju, przede wszystkim o naturę ludzką i o miejsce, jakie zajmuje w niej zło. Arendt udało się to, co filozofom nie udaje się wcale często, nawet tym najwybitniejszym: powiązać uniwersalne kwestie historycznofilozoficzne z bolączkami ludzi współczesnych. I niekoniecznie tylko tych, którzy przedtem uzyskali solidne wykształcenie akademickie.
W ten sposób problem zła, wcześniej stopniowo wypierany z obszaru myśli filozoficznej, uznawany poniekąd za staroświecki, jakby nieprzystający do epoki atomu, znów nabrał niepokojącej aktualności. I mieć jej nie przestaje. Przeciwnie, po okresie względnej globalnej stabilizacji lat 90., gdy po upadku komunizmu wydawało się, że ludzkość wreszcie osiągnęła stan równowagi politycznej, ekonomicznej i społecznej, przyszedł kolejny cios, który wybudził nas z tej kolejnej dziejowej drzemki. Był to oczywiście zamach na World Trade Center. Od tego czasu historia nie szczędzi nam nowych przejawów zła, będących bardzo poważnym wyzwaniem dla naszego rozumu praktycznego, dla naszych sumień, naszej wrażliwości. Pod tym względem ostatnie lata należy ocenić jako wyjątkowo dramatyczne. Kryzys ekonomiczny, migracyjny, polityczny, społeczny. Terroryzm. Wojna w Ukrainie. Wojna w Gazie. Wyniszczające konflikty w Afryce. Wielu dorzuciłoby do tej czarnej listy kryzys ekologiczny, niszczycielskie tsunami w Tajlandii (2004), katastrofę w Fukushimie (2011). A zwłaszcza epidemię koronawirusa: już dawno nie zostaliśmy, jako ludzie, dotknięci doświadczeniem tak traumatycznym i tak w swym zasięgu powszechnym; którego skutki zdrowotne i psychiczne są wciąż trudne do oszacowania i w przyszłości na pewno będą wymagały przemyślenia także od strony filozoficznej. O ile bowiem światopogląd naukowy nakazywał wcześniej oddzielać sferę zjawisk naturalnych od refleksji metafizycznej czy etycznej, o tyle obecnie można zauważyć odrodzenie myślenia poniekąd animistycznego: coraz częściej słyszymy o „zemście” natury za naszą niepohamowaną eksploatację planety oraz za eksperymenty na organizmach żywych. Efektem tej zemsty miałyby być właśnie zaburzenia klimatu czy globalne epidemie.
Boga się co prawda już raczej w to nie miesza, niemniej jednak wskazuje się palcem winnego „zła”: to człowiek, z jego szalonymi ambicjami, chciwością, krótkowzrocznością, niemoralnością, pychą.
Neiman podkreśla, że jej książka o złu nie ma ambicji wywierania bezpośredniego wpływu na aktualną rzeczywistość, zwłaszcza polityczną, ponieważ problemy polityczne wymagają politycznych rozwiązań i takich też działań. Zadanie filozofii jest inne: dzięki myśleniu usiłuje ona osiągnąć pewien stopień jasności, który może być pomocny przy moralnej ocenie polityki, a w konsekwencji jej rozwiązań i działań. Lepiej wiedząc, co jest dobre, a co złe, jesteśmy po prostu mniej podatni na manipulację ze strony decydentów i bardziej świadomie podejmujemy wybory. Na szczęście w życiu trzeba liczyć zawsze, ale dobrze, jeśli szczęściu pomaga porządne myślenie. Nie jest ono panaceum na zło, panoszące się w świecie, lecz potrafi łagodzić zwątpienie.
Evil in Modern Thought – publikacja poruszająca temat bardzo trudny, na dodatek robiąca to bez taryfy ulgowej dla wrażliwości czytelnika – jest wspaniałą lekturą. Można oczywiście zarzucić jej (co też wielu czytelników, nawet tych życzliwych, czyniło) liczne braki, niedociągnięcia czy uproszczenia, jednak o to samo można wszak obwiniać wielką poprzedniczkę Neiman, Hannah Arendt. Co do mnie, jestem przekonany, że dokonań filozofów nie ocenia się ze względu na to, czy mają rację czy nie – bo przecież bardzo często jej nie mają, bardzo często potężnie się mylą. Ich dokonania ocenia się raczej ze względu na to, jakie pytania stawiają, jak pobudzają głód myślenia oraz do przekroczenia jakich horyzontów skłaniają. Tego rodzaju dokonaniem jest niewątpliwie książka Susan Neiman, która – tak można by to ująć – „updatuje” problem zła, dostosowując go do wrażliwości współczesnego odbiorcy. Należy tylko mieć nadzieję, że znajdzie się polski wydawca, który w końcu dostrzeże wyjątkową wartość mądrej książki Susan Neiman i opublikuje jej polski przekład.
Dorosła idealistka
Kolejne publikacje książkowe amerykańskiej myślicielki nie mają już może tego ciężaru filozoficznego ani też nie usiłują tak głęboko wniknąć w historię filozofii….