Subskrybuj
Redaktor miesięcznika „Znak”, dr nauk społecznych, tłumacz i popularyzator współczesnej włoskiej filozofii politycznej.

Czego nas uczą przypadki Foucaulta i Derridy

Nie ma już intelektualistów, których erudycja miałaby w sobie taki czar kontestacji i antyhierarchicznej rewolty. Dlaczego Michel Foucault i Jacques Derrida – każdy na swój sposób – zyskali status intelektualnych guru?

Wystarczy wstukać w wyszukiwarkę Google Scholar nazwiska Michela Foucaulta i Jacques’a Derridy, by przekonać się, że mamy do czynienia z intelektualnymi gwiazdami światowego formatu. Przy tym pierwszym pojawia się ok. 1 mln 430 tys. odpowiedzi, przy drugim ok. 504 tys. Ani Hannah Arendt (484 tys.), ani Martin Heidegger (292 tys.), ani Jürgen Habermas (173 tys.) nie mogą się z nimi pod tym względem równać. Żadne nazwisko humanisty, które wpisałem, nie przebija tych dwóch Francuzów. Pod względem popularności stanowią absolutny top wśród studentów i naukowców.

Nieco ponad 15 lat temu zacząłem intensywnie czytać, co napisali. A zdobycie wówczas ich najważniejszych tekstów nie było łatwe. Na temat Derridy sporo było komentarzy, jednak brakowało w języku polskim wielu książek jego autorstwa, nakłady innych były od lat wyczerpane – interesujący mnie zbiór Pismo i różnica był białym krukiem. Można zresztą zrozumieć, że niełatwo było nadążyć tłumaczom za tak płodnym autorem. Z Foucaultem było lepiej – choć przetłumaczony był tylko jeden tom jego wykładów: Trzeba bronić społeczeństwa. Siedziałem więc w krakowskich czytelniach i szukałem, czego się tylko dało – natrafienie na coś w czasopismach z lat 80. i 90. przynosiło wielką frajdę. Wydany ostatnio w postaci książki tekst Michel Foucault tak jak go widzę Maurice’a Blanchota był do przeczytania w „Colloquia Communia”. Fragmenty Polityki przyjaźni Derridy (książki wciąż na polski nieprzełożonej!) w „Odrze”.

Tropienie i kompletowanie tych tekstów przypominały trochę pracę detektywistyczną – zostało mi z niej sporo notatek i kserokopii. Niedobór przekładów i trudność w ściągnięciu oryginałów sprawiały, że zainteresowanie pracami tych autorów tylko rosło.

W znacznej mierze po to, żeby móc ich czytać, zacząłem się uczyć francuskiego. Słyszałem bowiem niejednokrotnie, że w oryginale łatwiej ich zrozumieć – i rzeczywiście w przypadku niektórych tłumaczeń nie było to twierdzenie bez pokrycia. Przyznałem się kiedyś Judith Revel, badaczce French Theory i żonie Antonio Negriego, że z jej Dictionnaire Foucault uczyłem się słówek i składni. Przesadziłem, choć rzeczywiście na początku pobytu na Erasmusie czytałem codziennie 3–4 hasła z tej książki, notując na marginesach rzeczy do zapamiętania. Zamiast zrobić wrażenie, usłyszałem, że mi współczuje…

Dziś dostępność tekstów Foucaulta i Derridy w języku polskim jest znacznie lepsza. W dostępie do oryginałów lub wydań angielskich pomagają internet i książkowe marketplace’y. Ich popularność wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie, a ja – mając już dziś większy do nich dystans – zastanawiam się, na czym polega ich fenomen, co sprawiło, że zyskali tak wielkie rozgłos i renomę oraz czego możemy się dowiedzieć z ich przypadków – nie tyle jako autorów odpowiadających za tę lub inną myśl, ile jako intelektualnych guru.

Pierwsi nie zawsze są najlepsi

Istnieją dwie drogi, by przedostać się do elity francuskiej humanistyki. Liceum Henryka IV (istniejące od 1873 r.) i Ludwika Wielkiego (założone w 1563 r.!). Dobitnie potwierdza to przypadek Alberta Camusa, który mimo popularności swoich książek i literackiego Nobla nigdy nie został zaakceptowany przez paryską śmietankę intelektualną – jednym z powodów był brak odpowiedniego zaplecza edukacyjnego. Foucault i Derrida mieli szczęście, że uczęszczali do tych szkół. Foucault trafił do Henri IV w sposób nieplanowany – wcześniej podjął już próbę dostania się do École normale supérieure, najbardziej prestiżowej jednostki akademickiej w kraju, by studiować filozofię, jednak bez powodzenia. I to mimo że pracował niezwykle sumiennie, by przygotować się do egzaminów. W biografii natrafiamy na świadectwo jego koleżanki, której podczas spaceru Foucault miał wyznać: „To pierwsza chwila wytchnienia, na jaką sobie pozwalam w tym roku” (tłum. J. Lavin). Jego matka, dziedziczka z Poitiers, żona chirurga, pomogła mu przenieść się do Paryża, gdzie mając 18 lat, rozpoczął kurs przygotowawczy na studia. Po dwóch latach ponownie przystąpił do egzaminów – tym razem z powodzeniem.

Droga Derridy do École również była wyboista.

Do Paryża przyjechał z Algierii, gdzie uczył się w szkole założonej przez żydowskich nauczycieli wykluczanych w czasie II wojny światowej z publicznej edukacji. Decyzję o wyjeździe podjął, widząc, że jego najbystrzejszy kolega poległ na egzaminie wstępnym do École. Sam więc nawet nie podjął próby. Wiedział, że tylko w stolicy metropolii może przygotować się do studiów. Podróż do Paryża była jego pierwszym samodzielnym wyjazdem i pierwszym pobytem we Francji. Od początku nie odnajdywał się w nowym miejscu. Podczas drugiego roku nauki przeżył załamanie. Wrócił do rodzinnego El-Biar, by wyzdrowieć. Na egzaminie, do którego przystąpił w fatalnym stanie psychicznym i fizycznym, oddał czystą kartkę i w konsekwencji musiał powtarzać klasę. Na studia został więc przyjęty rok później, niż powinien.

Co ciekawe, nawet na uniwersytecie, zdając końcowy egzamin z filozofii, Foucault i Derrida nie byli najlepsi. Foucault zdał z trzecim wynikiem. O dwóch, którzy go wyprzedzili, świat jednak później szerzej nie usłyszał. Derrida zaś uzyskał dopiero 14. lokatę… – człowiek, który wypracował najbardziej nowatorskie pojęcie filozofii II poł. XX w.!

Filozofowie także są małostkowi

Dwóch filozofów poznało się w École w 1952 r. Derrida wstąpił w mury uczelni, gdy Foucault zyskał już tytuł répétiteur (czyli osoby odpowiedzialnej za przygotowanie studentów do egzaminu kierunkowego) i zaczął także prowadzić swoje autorskie zajęcia. Derrida zapisał się na jego kurs z psychologii i razem ze swym wykładowcą, rozpoczynającym wówczas pracę nad Historią szaleństwa, i z grupą innych studentów uczęszczał do szpitala psychiatrycznego św. Anny, by obserwować badania zwane „demonstracją przypadków”. Derrida wspominał te wizyty tak: „Foucault prowadzał nas tam w grupach trzy-, czteroosobowych. Chodziliśmy do Daumézona, który kazał swym studentom przeprowadzać badania kliniczne. Wprowadzano chorego – młody lekarz przeprowadzał z nim wywiad i poddawał go oględzinom. My byliśmy obecni w roli świadków. Było to bardzo ekscytujące. Młody lekarz następnie wycofywał się i spisywał swoje obserwacje, po czym odczytywał je jako swego rodzaju wykład w obecności Daumézona” (tłum. J. Levin).

Relacje między Foucaultem i Derridą były bardzo dobre. Kotłować zaczęło się w nich dwa lata po publikacji doktoratu Foucaulta.

W lutym 1963 r. Derrida napisał w liście do swojego starszego kolegi, w którym zwracał się do niego per „ty”, że w czasie przerwy bożonarodzeniowej ponownie przeczytał Historię szaleństwa. Kontekstem były przygotowania do wygłoszenia wykładu w założonym przez Jeana Wahla, wybitnego francuskiego znawcę Hegla, Collège Philosophique. Uprzedził Foucaulta, na których fragmentach będzie się koncentrować: „Myślę, że będę chciał pokazać, że Twoja interpretacja Kartezjusza jest uprawniona i olśniewająca, ale na głębszym poziomie, który w mojej ocenie nie może być wymiarem tekstu, jakim się posługujesz, ja będę odczytywał go w inny sposób”.

Foucault wysłuchał wykładu, który przybrał później tytuł Cogito i historia szaleństwa. Derrida przedstawiał się jako „podziwiający go i wdzięczny uczeń”. Ale słuchać zdań charakteryzujących jego książkę jako „strukturalistyczny totalizm” i akty zamknięcia cogito podobne do „gwałtów z doby klasycyzmu” z pewnością nie było przyjemnie. Wielu sądzi, że krytyka wystosowana przez byłego ucznia stała się przyczyną rozłamu między nimi. Jednak reakcje Foucaulta na ten wykład były pozytywne. W liście z tygodnia po odczycie pisał z podziękowaniem „za rozległą i cudowną uwagę, którą poświęcił napisanym przez niego słowom”. Odnośnie do relacji między cogito i szaleństwem przyznał, że mógł potraktować ten temat z „przesadną szarżą”, i dodał: „Precyzyjnie pokazałeś właściwą drogę, jaką należy obrać – i rozumiesz, dlaczego zaciągnąłem u Ciebie dług wdzięczności”. Na koniec listu zapewnił też o „głębokiej i wiernej przyjaźni”. Kilka miesięcy później, w październiku 1963 r., Foucault zachęcał też Derridę do publikacji tego wykładu: „Co do publikacji Twojego tekstu, ostatecznie myślę, że to dobry pomysł (mówię to tutaj egoistycznie!): tylko ślepiec będzie odbierał Twoją krytykę jako zjadliwą”. Tekst ukazał się w styczniu 1964 r. w „Revue de métaphysique et de moral”, po czym w kolejnym liście Foucault napisał, że „jest przekonany, iż tekst [Derridy] sięga sedna stanorzeczy, i to w sposób tak radykalny, tak bezgraniczny, że pozostawia autora w aporii i jednocześnie otwiera przed nim całą przestrzeń myślenia, o której wcześniej nie myślał”. Trzy lata później tekst wykładu stał się też częścią książki Derridy pt. Pismo i różnica.

W 1967 r. relacje między filozofami popsuły się.

Być może dla Foucaulta miarka się przebrała: co innego wykład dla ograniczonego audytorium i publikacja w akademickim periodyku o niewielkim nakładzie, a co innego włączenie tekstu do książki, która utrwala wagę zamieszczonych w niej artykułów i wskazuje priorytety myślenia autora. Rozstrzygające jednak było, wszystko na to wskazuje, inne zdarzenie. Obydwaj filozofowie zasiadali w komitecie redakcyjnym prestiżowego czasopisma „Critique”. Do publikacji wpłynął artykuł Gérarda Granela stanowiący recenzję trzech wydanych dotąd książek Derridy: Głos i fenomen, O gramatologii, Pismo i różnica. Tekst choć komplementował Derridę, zawierał również bardzo krytyczny akapit nt. Foucaulta. Foucault poprosił więc Derridę, by zainterweniował, domagając się usunięcia tego fragmentu. Derrida odmówił, wymawiając się, że nie wypada mu zabierać głosu ws. tekstu, który jest mu poświęcony. Od tego momentu kontakty między filozofami zostały zerwane, a w ich relacjach zapadła cisza.

Po kilku latach od wygłoszenia wykładu Foucault postanowił też odpowiedzieć Derridzie na jego krytykę Historii szaleństwa. Zrobił to najpierw w Réponse à Derrida (Odpowiedź Derridzie), tekście wydrukowanym w specjalnie poświęconym Foucaultowi wydaniu japońskiego czasopisma „Paideia”, a następnie w 1972 r. w rozbudowanej wersji dodał go jako załącznik pt. Moje ciało, ten papier, ten ogień do wznowienia Historii szaleństwa. Egzemplarz z dedykacją: „Przepraszam, że tak długo musiałeś czekać na tę częściową tylko odpowiedź”, został wysłany do Derridy. Autor nie krył się w nim z uszczypliwością wobec myślenia Derridy: „Nie mówię, że to jest metafizyka – metafizyka lub jej koniec, skrywający się za »tekstualizacją« praktyk dyskursywnych. Posunę się znacznie dalej: powiadam, że to mała pedagogika, historycznie całkiem dokładnie określona pedagogika, przejawiająca się w wyraźnie widocznej formie. Pedagogika ucząca ucznia, że nie ma nic poza tekstem… pedagogika, udzielająca głosowi nauczyciela owej bezgranicznej suwerenności, pozwalająca powtarzać tekst bez końca” (tłum. J. Levin).

W krytyce Foucaulta wobec Derridy pobrzmiewa już różnica, jaką później określił między tymi filozofami Edward Saïd, twierdząc, że Derridę interesuje „żywioł tekstualny, bez żadnej podstawy w rzeczywistości”.

Z kolei Foucaulta tekst przyciąga tylko o tyle, o ile odsyła do rzeczywistości i pozwala nań oddziaływać. Z jednej strony mielibyśmy „pięknoduchowskie” zabawy z tekstem, z drugiej – narzędzie zmiany rzeczywistości. Z tym uproszczonym, krytycznym wobec Derridy podziałem walczył m.in. Michał Paweł Markowski, tłuma cząc, że w słynnym derridiańskim zwrocie „nie ma nic poza tekstem” nie chodzi przecież o zanegowanie czy odrzucenie rzeczywistości, lecz o spostrzeżenie, że jest ona językowo zapośredniczona, ma strukturę tekstu. Ale właśnie – mimo uproszczeń – ten podział stał się symboliczny. Derridę zajmowała dekonstrukcja systemów filozoficznych, czytanie pod włos innych filozofów, dowodzenie, że sposoby, w jakie myślimy, a także wywiedzione z nich wartości i normy społeczne zyskały swój obecny kształt przez przypadek lub arbitralne rozstrzygnięcie. A Foucaulta pochłaniały analizy więziennictwa, instytucji medycznych, reżimów kontrolujących seksualność. Obydwaj byli kontestatorami, przy czym w swych książkach często dobierali przykłady z przeciwległych biegunów pary: teoria i praktyka.

Nawet najlepsi potrzebują szczęścia

Wbrew pozorom Foucault i Derrida nie byli skazani na sukces. Wydawałoby się, że na takie umysły czekać powinny najlepsze stano wiska na paryskich uczelniach. To jednak fikcja. Do 1968 r. żaden z nikt nie mógł liczyć na atrakcyjne zatrudnienie w stolicy Francji. Foucault najpierw (1955–1960) tułał się po mało istotnych placówkach dyplomatycznych: Uppsala, Warszawa, Hamburg, a następnie po podrzędnych uniwersytetach: w Clermont-Ferrand (1960–1966) oraz Tunisie (1966–1968). Z pewnością nie ułatwiało mu to pracy badawczej (Paryż miał dużo lepsze biblioteki), nie doprowadziło też do żadnej intratnej posady w dyplomacji kulturalnej (choć był rozważany jako dyrektor wydziału szkolnictwa wyższego w ministerstwie oświaty, a później także jako szef instytutu kultury w Nowym Jorku). Miejsca te jednak stanowiły swoistą poczekalnię, aż zwolni się prestiżowa posada w Paryżu. Uniwersytety francuskie były jednak przepełnione nie tylko studentami (co stanowiło jeden z powodów wybuchu protestów…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jak żyć w ciałopozytywnym świecie