Subskrybuj
Dr germanistyki i literatury porównawczej, fellow prestiżowego All Souls College na Uniwersytecie Oksfordzkim, na którym wcześniej pracował Leszek Kołakowski, autorka książek: Mann’s Magic Mountain: World Literature and Closer Reading (2022) oraz Metamorphoses: In Search of...

Marzenie o erudycji, czyli o czytaniu „Czarodziejskiej Góry”

Moją pierwszą lekturę <i>Czarodziejskiej góry</i> zdominowało marzenie o czytelniczce, jaką mogłabym się stać, jeśli tylko przyłożę się do studiów – lepszą niż nastoletnia Sontag, niż młody Fuentes! Czytanie Manna pobudzało mój apetyt na erudycję. Dopiero po czasie zrozumiałam, że nie jest to powieść zarezerwowana dla nobliwych profesorów literatury

Czytelniku, mam problem – jestem zadurzona w powieści, przez którą myślę o sobie źle. Powieścią tą jest Czarodziejska góra Thomasa Manna, a problem, do którego się przyznałam, wydaje się stosunkowo częsty. Coś o tym wiem, ponieważ poświęciłam ostatnich kilka lat na badanie innych czytelników i czytelniczek, którzy się z nim zmagali.

Oto ujęcie Susan Sontag, wspomnienie jej pierwszego zetknięcia z Thomasem Mannem: „Wszystko, co otacza moje spotkanie z nim, ma kolor wstydu”. Czytała Czarodziejską górę w latach 40. XX w., jako nastolatka, i lektura ją porwała, ale również onieśmieliła. Sontag odkryła wkrótce potem, że zbiegły z nazistowskich Niemiec Mann mieszkał w jej okolicy, w Pacific Palisades, odosobnionej dzielnicy Los Angeles na wybrzeżu oceanu. Wraz z przyjacielem zdobyła zaproszenie do odwiedzin – właśnie to spotkanie opisała w powyższym cytacie.

Można odnieść wrażenie, że wspomnienie tamtego wydarzenia przerodziło się w mikrogatunek literacki – sprawozdanie z wywołanego zetknięciem z pisarstwem Thomasa Manna napadu intelektualnego syndromu oszusta. Carlos Fuentes przywołuje doświadczenie Sontag, analizując swoje spotkanie ze zbliżającym się już do kresu życia Mannem w Szwajcarii: „Byłem pełen ciekawości, pełen impertynencji. Czy ośmielę się podejść do Thomasa Manna – ja, 21-letni student z Meksyku, wprawdzie nieźle oczytany, ale z nieokrzesaniem kogoś, kto wciąż nie ma pojęcia o tym, jak należy się poruszać na wyżynach społecznych i intelektualnych? W tekście, który zapadł mi w pamięć, Susan Sontag wspomina, jak, jeszcze młodsza wówczas niż ja, znalazła się w sanktuarium domostwa Thomasa Manna w Los Angeles w latach 40. i prawie nic podczas tej wizyty nie powiedziała, sporo za to zaobserwowała. Ja nie powiedziałem zupełnie nic, lecz, tak jak Sontag, sporo zaobserwowałem”.

Bilet do lepszego świata

Pierwszy raz przeczytałam Czarodziejską górę latem przed rozpoczęciem studiów. Pochłonęłam dwa grube tomy w raptem kilka dni – łapczywie, w pokaźnych porcjach, tak jak pacjenci opisanego przez Manna szwajcarskiego sanatorium pochłaniali podawane im pięć razy dziennie obfite posiłki.

Zanim jednak sięgnęłam po powieść, miałam już ukształtowany na nią pogląd, częściowo tylko świadomy. Wiedziałam, że Czarodziejska góra to jedna z tych opasłych powieści, w których niewiele się dzieje – młody Niemiec, inżynier, wybiera się w odwiedziny do kuzyna, kuracjusza położonego w Alpach szwajcarskich sanatorium dla gruźlików, i spędza tam aż siedem lat, do wybuchu I wojny światowej, długi czas, wypełniony w dużej mierze wypoczynkiem, odrobinę miłością i całym mnóstwem podniosłych myśli.

To było w istocie moje główne skojarzenie z Czarodziejską górą – że jest to książka dla prawdziwych intelektualistów, szczyt erudycji, summa kultury europejskiej.

Osnuta jest wokół dysput filozoficznych na tematy, które przewijały się w historii intelektualnej Europy od wieków: wartość demokracji, Oświecenie, dynamiczny rozwój nauki i technologii, powab totalitaryzmu, niemal nieoddzielny związek średniowiecznego państwa i Kościoła, XX-wieczny komunizm, rozmaitej maści wiedza tajemna przyobiecywana przez gnostycyzm czy masonerię.

Nic dziwnego, że nie czułam się na siłach, by nadążać za tokiem rozumowania w tego rodzaju dyskusjach. To jednak, jak sądziłam, niebawem miało się zmienić – już za kilka tygodni miałam wyprowadzić się z ojczystej Polski, gdzie w pokoju, w którym spędziłam dzieciństwo, czytałam teraz Czarodziejską górę w jedynym dostępnym polskim przekładzie z lat 30., do Wielkiej Brytanii, gdzie miałam rozpocząć studia germanistyczne na Uniwersytecie Oksfordzkim.

Nikt w mojej rodzinie nie przedsięwziął niczego podobnego, lecz wskutek naszego awansu społecznego na przestrzeni ostatnich trzech pokoleń znalazłam się w miejscu, z którego taki skok wydawał się w zasięgu możliwości. A ja chciałam skoczyć jak najdalej. Nie wiem dlaczego, ale mając ten cel przed oczami, uczepiłam się powieści Manna. Choć może uczepienie się akurat jej nie było kwestią przypadku. Pewnie nasuwał mi się na myśl, choćby w najbardziej mglisty sposób, obraz góry, na którą trzeba się wspiąć, jako wizualny odpowiednik zjawiska mobilności społecznej. Miałam zapewne poczucie, że jeśli tylko uda mi się przeczytać tę książkę – przeczytać ją „jak należy”, to znaczy stać się bystrym, wyrafinowanym czytelnikiem, dla którego, jak zakładałam, była ona przeznaczona – jakoś wpłynie to na moją pozycję społeczną. (Wtedy jeszcze oceniałam tę aspirację jednoznacznie pozytywnie).

Moją pierwszą lekturę Czarodziejskiej góry całkowicie zdominowało zatem marzenie o czytelniczce, jaką mogłabym się stać, jeśli tylko przyłożę się do studiów – lepszą niż nastoletnia Sontag, niż młody Fuentes!

Czytanie Manna pobudzało mój apetyt na tego typu erudycję, jakiej zdaje się wymagać jego powieść – doskonałą znajomość niemieckiego, francuskiego i łaciny (jako że tekst najeżony jest frazami obcojęzycznymi, a nawet całe partie dialogów pozostają nietłumaczone), swobodne poruszanie się po gęstej sieci aluzji do Schopenhauera, Nietzschego, Wagnera, Novalisa, Goethego i Freuda, a także delektowanie się taką właśnie powieścią, niezmącone momentami nudy czy niezrozumienia. Tymczasem jednak delektowałam się wszystkim, co działo się między potyczkami intelektualnymi toczonymi przez kuracjuszy sanatorium Berghof, a tło dla nich stanowiła nieodwzajemniona miłość Hansa Castorpa, wspomnianego młodego inżyniera, do starszej od niego Rosjanki, silnie egzotyzowanej Kławdii Chauchat. Wtedy jeszcze nie znałam metodologii postkolonialnej krytyki literackiej, nie zastanowiło mnie więc, dlaczego pochodzący z Europy Zachodniej pacjenci Mannowskiego sanatorium określali tych, którzy urodzili się na wschód od Odry, leniwymi i nieobyczajnymi Azjatami – ani co to może oznaczać dla mnie, skoro Polska, na początku XX w. jeszcze pod zaborami, leżała za granicą tej wyobrażonej krainy zachodniej cywilizacji.

Kilka lat później przeczytałam opowieść Sontag o spotkaniu z Mannem i zrozumiałam, że opisywała ona również bardziej symboliczne zetknięcie dwóch tradycji kulturowych – starego pisarza, niemalże ucieleśniającego kulturę przedwojennej Europy, i młodziutkiej Amerykanki, która czyta jego powieść i się nią zachwyca, lecz ma poczucie, że nie ma szans kiedykolwiek mu dorównać. Ta dynamika wydała mi się znajoma. Niewyrażona podczas mojego pierwszego zetknięcia z twórczością Manna tego lata, zanim zaczęłam studia w Oksfordzie, pozostała podszyta mnóstwem obaw nadzieja, że na zawsze opuszczę to, co, za sprawą literatury Zachodu, nauczyłam się uważać za wschodni brak ogłady i światowości, a po przekroczeniu granicy przesiąknę zachodnią klasą i wiedzą. Czarodziejska góra miała być biletem w tym właśnie kierunku, bez opcji powrotu.

Na ile ważne było to w rozumieniu powieści Manna? Co łączy takich czytelników jak Sontag, Fuentes i ja? Czy nasze doświadczenie czytelnicze jest bardziej powszechne, niż można by sądzić? I czy inni czytelnicy mogliby wyciągnąć z niego jakąś naukę?

Czytelnicy idealni i zwyczajni

Kwestie reakcji czytelników na książki nie są, by ująć to eufemistycznie, mile widziane w tradycyjnych programach nauczania literatury na uniwersytetach. Wyczuwalny jest dyskomfort profesorów, gdy podczas wspólnego omawiania tekstu któryś ze studentów lub któraś ze studentek wspomni o „doświadczeniu własnym”, np. o okresie życia, z jakim kojarzy im się dany tekst, czy o tym, że wzbudził w nich smutek bądź gniew. Tego rodzaju wypowiedzi spotykają się zazwyczaj z uniesieniem brwi, zmarszczeniem czoła i wieloznacznym „hmm”. Z kolei dostrzeżenie aluzji do świata kultury – przede wszystkim do Biblii czy do starożytności – wywołuje na ogół entuzjastyczne kiwanie głową i szeroki uśmiech. Myślę, że mam podstawy, by tak twierdzić, ponieważ obserwowałam to zjawisko z obu stron, najpierw jako studentka, teraz jako wykładowczyni.

Jako studentka nade wszystko łaknęłam potaknięć i uśmiechów, nie grymasów i pomruków. Gdy czytaliśmy jednak pierwszą z zadanych lektur, Effi Briest Theodora Fontane, nie mogłam uwolnić się od myśli, że nie powinniśmy przemilczać tego, że większość z nas ta powieść nudziła.

Właśnie tak, nudziła nas – całe strony nie posuwały fabuły ani odrobinę naprzód i chciało się od tego ziewać. Czy to dlatego, że byliśmy studentami pierwszego roku, pierwszaczkami, którzy nie potrafili docenić dobrej literatury?

Niekoniecznie. Pamiętam swoją ekscytację, gdy w wyniku pierwszej w życiu kwerendy w serwisie JSTOR trafiłam na artykuł zatytułowany Performing Boredom in Effi Briest: On the Effects of Narrative Speed (Odgrywanie nudy w Effi Briest: o efektach tempa narracji). Pierwsze zdanie brzmiało: „Effi Briest to książka »nudna«”. Może więc nuda nie musiała pozostawać skrywaną przed profesorami wstydliwą tajemnicą, lecz mogła stać się katalizatorem tego rodzaju akademickiego podejścia do tekstu, jakie mieliśmy w sobie wyrobić! To brzmiało obiecująco, więc czytałam dalej: „Effi Briest to książka »nudna«. Nie jest to tego rodzaju osąd krytyczny, jaki się zwykle wygłasza, i to z dwóch powodów. Po pierwsze, słowo »nudna« brzmi negatywnie i banalnie, a zadaniem akademickiej krytyki literackiej nie jest na ogół dyskredytowanie obiektu badań, lecz raczej odkrywanie jego złożoności. Po drugie – i ważniejsze – jest to ocena o pewnym ładunku emocjonalnym, która oddala się od omawianego dzieła i zapuszcza w rejony reakcji afektywnej. Z obu tych powodów krytykowi nie wypada określać dzieła mianem nudnego”.

Artykuł analizuje następnie nudę jako trop kulturowy i narracyjny wykorzystany do uchwycenia i przekazania cierpienia młodej bohaterki powieści – oraz do przytaczania Kanta i Heideggera w sporych dawkach. Zaciekawił mnie, jednak zaproponował niezadowalającą odpowiedź na trawiące mnie pytanie o to, jak wykorzystać swoje uczucia jako czytelniczki. Fakt, artykuł nie kazał mi ich pominąć, co zalecało, w sposób jawny bądź ukryty, wiele innych tekstów krytycznych, które czytałam. Pokazywał jednak, jak legitymizować własne uczucia za pomocą przeładowanych żargonem cytatów z szacownych filozofów i specjalistów z zakresu teorii literatury. To wciąż wydawało się nie tym, o co mi chodziło, szukałam więc dalej.

Znalezienie lepszej odpowiedzi na moje pytanie nie było łatwe.

Literaturoznawcy mają zwyczaj pisać o czytelnikach „domyślnych” bądź „idealnych”, a nie uwzględniać relacje prawdziwych czytelników, w tym również własne doświadczenia lekturowe.

Obydwu przywołanych wyżej terminów używa się do określania czytelnika „hipotetycznego” – osoby, do której, jak ujmuje to Andrew Bennett, „tekst jest skierowany”, która może „z danego tekstu najwięcej wyczytać”, osoby „przygotowanej do lektury danego tekstu pod względem posiadanej wiedzy, żywionych sympatii i antypatii, strategii czytelniczych i uprzednich doświadczeń lekturowych”. To normatywne pojęcie abstrakcyjnego czytelnika implikowanego przez tekst może być jednak niezwykle ograniczające, gdy bierze się pod uwagę czytelników rzeczywistych – prawdziwych ludzi.

W gronie mannologów to pojęcie również jest czymś fundamentalnym. Hermann Kurzke zaczyna swoją autorytatywną monografię zatytułowaną Thomas Mann: Epoche – Werk – Wirkung (Thomas Mann. Epoka – dzieło – oddziaływanie) od opisu „optymalnego czytelnika Thomasa Manna” – połączenia czytelnika „idealnego” z rzeczywistymi odbiorcami prozy Manna. Opis Kurzkego prowadzi jednak do dosyć krótkowzrocznych wniosków, jeśli chodzi o grono osób, które mogą produktywnie czytać Manna w XXI w. „Optymalnym czytelnikiem Thomasa Manna nadal jest wywodzący się z klasy średniej tradycyjnie wykształcony człowiek, który zbłądził, to znaczy nie utożsamia się już ze swoją klasą społeczną i jej interesami, lecz nie znalazł jeszcze innego duchowego domu – pisze Kurzke. – Tradycyjne dla klasy średniej Bildung to niemal nieodzowny warunek owocnego czytania Thomasa Manna, ponieważ (…) trzeba być obeznanym z konwencjami, które ulegają ironicznej subwersji, by tę subwersję docenić”. Kurzke martwi się jednak, że nawet grupa tak zdefiniowanych czytelników „poniosła ogromne straty, straty, których nie może zrekompensować oferowany obecnie w szkołach i na uczelniach wyższych substytut nauczania”.

Dlatego jedynymi czytelnikami, którzy wedle tej teorii mogą dziś naprawdę doceniać Manna i czerpać przyjemność z lektury jego powieści, są piastujący stanowiska akademickie niemieccy specjaliści od jego twórczości.

Wszyscy czytelnicy spoza Niemiec są skazani na niepowodzenie już na starcie, nie mieli bowiem okazji doświadczyć charakterystycznego dla Niemiec modelu Bildung, edukacji kulturalnej przesyconej moralnymi ideami w zakresie budowania charakteru i integracji jednostki ze społeczeństwem. Nawet wśród czytelników niemieckich szanse mają tylko osoby wywodzące się z konkretnej klasy, mianowicie synowie porządnych mieszczańskich rodzin, których ojcowie przypominają protoplastów samego Manna. Z każdym pokoleniem jednak tradycje mieszczaństwa hołdującemu ideałowi Bildung blakną coraz bardziej, przez co odpowiednie wyedukowanie młodych Niemców staje się niemal niemożliwością. Ostatnimi pozostałymi na posterunku są więc profesorowie literatury niemieckiej starszego pokolenia, którzy zajmują się badaniem twórczości Thomasa Manna (przedmiotem opisu Kurzkego jest der beste Thomas-Mann-Leser, czyli czytelnik płci męskiej, stąd „profesorowie”, nie „profesorki i profesorowie”).

Zatrzymam się dłużej przy pojęciu Bildung – pojęciu kluczowym, choćby dlatego że Czarodziejska góra czerpie z tradycji Bildungsroman – by podważyć argument o idealnym czytelniku Thomasa Manna. W powieści słowa Bildung (wykształcenie) i gebildet (wykształcony), oznaczające posiadanie wykształcenia kulturalnego i ogłady, pojawiają się znacznie rzadziej niż ich przeciwieństwa. Unbildung, ungebildet oraz Bildungsschnitzer(„gafy wynikające z braku wykształcenia”) to słowa, które pojawiają się w kontekście pewnej postaci drugoplanowej, niejakiej pani Stöhr, ponad 20 razy (pierwsze z nich – siedem, drugie – dwanaście, trzecie – trzy razy). Owe gafy wynikające z braku wykształcenia to zwykle przekręcone wyrazy pochodzenia łacińskiego, używane po to, by sprawić wrażenie osoby wykształconej: pani Stöhr mówi, że ma „tempus”, mając na myśli „temperaturę”, symfonię Beethovena nazywa „Erotica” zamiast „Eroica” itd.

Równocześnie jednak pani Stöhr z przyjemnością opisuje innego kuracjusza jako człowieka pozbawionego Bildung. Tematem powieści jest w tej samej mierze dążenie do Bildung, co lęk przed tym, że można się okazać ungebildet. Czytelników zaprasza się do tego, by kpili z pani Stöhr, ale mogą oni również żywić obawę, że są do niej podobni. Szczególnie jeśli, jak ja, mają tak samo na imię – Karoline.

Machineria pożądania i aspiracji

Pociesza mnie to, że nawet Mann nie uniknął porównania do pani Stöhr, obiektu własnej parodii. Franz Josef Scheuren przeanalizował notatki na marginesach egzemplarza Czarodziejskiej góry należącego do Ernsta Bertrama. Bertram, którego w latach 20. XX w. Mann zaliczał do swoich bliskich przyjaciół, był pisarzem, profesorem uniwersyteckim, a później sympatykiem reżimu nazistowskiego. Scheuren przytacza liczne kąśliwe uwagi Bertrama odnoszące się do popełnianych przez Manna błędów w pisowni wyrażeń obcojęzycznych, przede wszystkim francuskich. Bertram posuwa się wręcz do porównania tego, co postrzegał jako starania Manna, by jawić się jako człowiek lepiej wykształcony i o większej ogładzie, z częstymi Bildungsschnitzer popełnianymi przez panią Stöhr. Ze złośliwą satysfakcją wyłapuje językowe potknięcia Manna, tak samo jak Mannowski narrator fiksuje się na wyszydzaniu błędów pani Stöhr. W pewnym momencie Bertram pisze na marginesie: „I kto szydził z pani Stöhr?”.

Oczywiście to wszystko więcej mówi nam o Bertramie niż o Thomasie Mannie, niemniej jednak pokazuje też, jak uwrażliwieni byli przynajmniej niektórzy czytelnicy na budowaną przez Manna aurę znawstwa i jak delikatną kwestią może być kulturowy performance erudycji. Jak ujmuje to Sara Danius, Czarodziejska górajest „powieścią o wiedzy – o jej uwarunkowaniach, rządzących nią procesach, płynących z niej konsekwencjach”, lecz również o wiążących się z nią lękach, mitach, fantazjach i fantomach.

Czarodziejska góra tworzy fantom niemożliwie erudycyjnego „czytelnika idealnego”, przez co prawdziwi czytelnicy mogą mieć poczucie, że lektura tej powieści jest zadaniem znacznie przekraczającym ich możliwości.

W największym skrócie tak właśnie działa ta powieść: zmusza czytelniczkę do zmierzenia się z własnymi lękami dotyczącymi przekonania, że nie jest czytelniczką wystarczająco dobrą.

Kiedy to sobie uświadomiłam, wyklarował się mój osobisty stosunek do powieści Manna – uznałam, że moja pierwsza lektura niekoniecznie była wybrakowana, nie stanowiła zaledwie przedsmaku jakiejś domniemanej bardziej wyrafinowanej, bardziej dojrzałej przyszłej lektury. Zrozumiałam, że jako nastoletnia Polka, bez reszty pochłonięta ideą społecznego awansu poprzez edukację, byłam otwarta na jeden z najważniejszych aspektów powieści, który łatwo przeoczyć, jeżeli jest się pochodzącym z klasy średniej naukowcem bezpiecznie zakotwiczonym na prestiżowym uniwersytecie na Zachodzie.

Tak jak ja wielu czytelników boryka się z obawą, czy mogą stać się godni lektury Czarodziejskiej góry, a jest to proces, dla którego tytuł powieści stanowi doskonałą metaforę – metaforę wspinania się.

Jest ona trafna, ponieważ uwzględnia zarówno wysiłek, jakiego ten tekst wymaga od czytelnika, jak i jej stylizację na szczytowe osiągnięcie kultury wysokiej. Tytuł idealnie oddaje to, co Frederic Jameson nazwał „typową dla kultury silącej się na wysoką dumę z umiejętności przedzierania się przez grube i trudne książki”. Gdy powieść ukazała się w przekładzie na język angielski, reklama amerykańskiego wydawcy głosiła zwięźle: „Góruje niezmiennie do dziś” – zapewne dając do zrozumienia, że góruje intelektualnie nad tobą, amerykański czytelniku. Nic dziwnego wobec tego, że reakcją Sontag na spotkanie z Mannem był przede wszystkim wstyd.

To niesłychane, jak wiele uznanych pisarek wspomina zetknięcie się z Czarodziejską górą po raz pierwszy w podobnym świetle co Sontag. W opowiadaniu Amundsen Alice Munro użyczyła tego doświadczenia jednej ze swoich narratorek pierwszoosobowych, Vivien Hyde, młodej kobiecie, która podczas II wojny światowej zatrudnia się w położonym na kanadyjskiej prowincji sanatorium dla chorych na gruźlicę. Usiłując oswoić się ze swoim nowym otoczeniem i nawiązać kontakt z ordynatorem (starszym od niej mężczyzną), Vivien Hyde porównuje sanatorium do miejsca akcji Czarodziejskiej góry. Doktor Fox początkowo z niej drwi, ona jednak potrafi wybrnąć z impasu w tej niełatwej relacji za pomocą pytań o konkurujące odczytania Czarodziejskiej góry:

„– Z którym z nich się pan zgadza, doktorze, z Naphtą czy Settembrinim?
– Słucham?
– Mówię o Czarodziejskiej górze. Lubi pan Naphtę czy raczej Settembriniego?
– Jeśli mam być szczery, to zawsze uważałem ich obu za straszne gaduły. A pani?
– Settembrini jest bardziej ludzki, ale Naphta chyba ciekawszy.
– Tak pani mówili w szkole?
– Nie czytałam tego w szkole – odparłam chłodno.
– Przepraszam. Jeżeli jest coś, co panią interesuje, proszę się nie krępować. Proszę przychodzić tu do mnie i czytać sobie w wolnym czasie” (tłum. A. Kuc).

Vivien wywalcza sobie w ten sposób pewną intelektualną niezależność – podobnie jak młoda Munro, o czym dowiadujemy się z autobiograficznego eseju Drogie życie, zawartego w tym samym zbiorze co Amundsen, opublikowanego raptem kilka miesięcy przed przyznaniem Alice Munro literackiej Nagrody Nobla.

Trzy lata później Jenny Erpenbeck, odbierając…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Prawo do wytchnienia