Subskrybuj
Ilustracja: Basia Pospischil
Amerykański eseista, publicysta, tłumacz. Autor erudycyjnych tekstów nawiązujących swobodnie do różnych tradycji językowych i kulturowych, m.in. Dalekiego Wschodu i wielkich cywilizacji prekolumbijskich. Po polsku ukazał się jego esej o dziejach uprzedzeń rasowych Wodospady (2020) oraz zbiór Z rzeczy pierwszych...

Szalbierz znany jako Budda

Gdy chrześcijanie przybyli do Azji Południowej, w zasadzie nie mieli pojęcia, kim jest Budda. Było jednak jasne, że to „zjawa z piekła rodem”, „oszust”, „potwór”.

W 125 r. n.e., broniąc chrześcijaństwa przed cesarzem Hadrianem podczas misteriów eleuzyjskich, Arystydes z Aten podzielił świat na cztery kategorie: Greków (z uwzględnieniem Egipcjan oraz Chaldejczyków), Żydów, chrześcijan oraz barbarzyńców. Wraz z nastaniem islamu na chrześcijańskim Zachodzie ta lista przekształci się w taksonomię, która pozostanie aktualna przez całe tysiąclecie: Żydzi, chrześcijanie, mahometanie oraz bałwochwalcy. Ostatecznie do bałwochwalców zaliczono wszystkich spoza świata białego człowieka, od Azteków po taoistów, a nawet, w okresie krucjat, mahometan, niezależnie od przestrzeganego przez nich surowego zakazu sporządzania wizerunków Boga czy Proroka (w Pieśni o Rolandzie mahometanie oddają cześć całej plejadzie bożków, w tym Apollinowi i Lucyferowi). Z zarzutu bałwochwalstwa byli oczywiście zwolnieni sami chrześcijanie. Ich budowle sakralne, wybujałe niczym Disneylandy, mogły być wypełnione jaskrawymi i ekscytującymi, przerażającymi i sentymentalnymi przedstawieniami Jezusa i Maryi, ale jak wyjaśniano, nie były one przedmiotem kultu: służyły jedynie jako pomoc dydaktyczna dla niepiśmiennych. Nie były to bożki, przed którymi palono świece i szeptano modlitwy, tylko coś w rodzaju pouczających komiksów.

Kiedy czciciele wizerunku groteskowo umęczonego mężczyzny przybyli do Azji Południowej i Wschodniej, musieli skonfrontować się z aurą świętości, jaka tam towarzyszyła przedstawieniu mężczyzny z zamkniętymi oczami i półuśmiechem na ustach, siedzącego ze skrzyżowanymi nogami na kwiecie lotosu. W zasadzie nie mieli pojęcia, kim jest ta postać, było jednak jasne, że to „zjawa z piekła rodem”, „oszust”, „potwór”. Leibniz, przekonany, że Chińczycy są absolutnie racjonalni, stwierdził, że zostali zepsuci przez tego „przeklętego bożka”.

Klasyfikacja bałwochwalców, podobnie jak inne wielofunkcyjne pejoratywy (ostatnimi czasy: terroryści), nie sprzyjała subtelnym rozróżnieniom. W Indiach tę rolę spełniał jeden bóg w tłumie bogów-małp i bogów z głowami słonia, błękitnych mężczyzn i czteroramiennych kobiet. W dodatku istniał wyłącznie w opuszczonych świątyniach i zaniedbanych posągach. Buddyzm w Indiach zniknął wiele stuleci przedtem i miejscowi specjaliści, bramini, znali Buddę wyłącznie, o ile w ogóle, w jego późniejszej wersji, jako wchłoniętego przez hinduizm awatara Wisznu.

Buddyzm kwitł w różnych miejscach w Azji, ale ludzie Zachodu nie zdali sobie sprawy, że jest to ta sama religia.

Błędnie wyłapywali słowa w miejscowych językach i wymyślali imiona różnych bogów: Baouth albo Budu, Xaca albo Sciaccià-Thubbà (Budda Siakjamuni), zaczerpnięty z tajskiego Sommona-Codom, z chińskiego Fo, z mongolskiego Sagamoni Borcan i setki innych. Z biegiem czasu doszli do wniosku, że nie mają do czynienia z tłumem, lecz z jedną osobą i że nie chodzi tu o boga, lecz rzeczywistą, historyczną postać. Była to długa droga do oświecenia, która prowadziła przez liczne wersje dziwacznych spekulacji, zafałszowań i półprawd. Chociaż o Buddzie na Zachodzie jako pierwszy wspomina Klemens z Aleksandrii w III w., według Oxford English Dictionary słowo „Budda” weszło do angielszczyzny dopiero w 1801 r. i minęło kolejnych kilkadziesiąt lat, zanim pojawiło się jego przedstawienie, które dziś uznajemy za kanoniczne.

Loki i ślimaki

W zetknięciu z dziwnością chrześcijanie, naturalnie, skupili się na tropach rzeczy znajomych, nieuchronnie dochodząc do wniosku, że są to tylko zniekształcone wersje niewzruszonej prawdy.

Jak twierdził XVII-wieczny francuski jezuita Guy Tachard, buddyzm to „monstrualna mieszanka chrześcijaństwa i najbardziej niedorzecznych opowieści”. Obie religie miały niebo i piekło (chociaż w buddyzmie nieba i piekła były rozliczne i nie były wieczne – stanowiły zaledwie stacje pośrednie w drodze do kolejnego wcielenia). W obu byli mnisi, którzy zachowywali celibat, nosili obszerne szaty i zbierali jałmużnę. Zarówno Budda (w niektórych wersjach opowieści), jak i Jezus zostali zrodzeni z dziewicy. Japońskie imiona rodziców Buddy, Jōbon Dai Ō i Magabonin, najwyraźniej były przekręconymi wersjami imion Józefa i Maryi. Jak twierdził Matteo Ricci, buddyjskie pieśni modlitewne brzmią jak pieśni gregoriańskie i buddyści śpiewają imię Tolome, nie wiedząc, że oznacza to, iż „pragną wesprzeć swój rytuał autorytetem Bartłomieja Apostoła” [bar-Tholomaios – przyp. red.]. Inni uważali, że Budda to zmurszałe wspomnienie Tomasza Apostoła, który po zmartwychwstaniu [Chrystusa] miał się udać do Indii. Jeszcze inni zakładali, że buddyści to odgałęzienie nestoriańskich chrześcijan, którzy, po wygnaniu z Konstantynopola w V w., uciekli do Persji, a następnie rozwijali się w Chinach w okresie dynastii Tang i pośród Mongołów. Protestanci, tacy jak Samuel Purchas, buddyjskie klasztory na Cejlonie postrzegali jako „papieskie, ociekające złotem”, pełne „świętych” umieszczonych w „kapliczkach”, z rytuałami „odprawianymi na ołtarzach”, „zasłanych złotymi i srebrnymi obrusami”. „Ktokolwiek by to widział – napisał Purchas – uznałby, że zachodni mnisi od tej pory przyjęli ich obrzędy”.

Franciszek Ksawery – dla którego źródłem informacji był pewien poszukiwany za morderstwo Japończyk, sympatyczny odszczepieniec i analfabeta, spotkany w Malakce w 1547 r. – początkowo uważał, że Budda nie jest bożkiem, lecz, podobnie jak Mojżesz, nakazał rozbijanie bożków w imię Jednego Boga. Dwa lata później, gdy przybył do Japonii, Franciszek Ksawery zmienił zdanie, nazywając Buddę „czystym wymysłem demonów”. Próbując pokazać Japończykom prawdę, przekształcił łacińskie deus w japońskie daiusu, co niestety brzmiało jak dai usō, „wielkie kłamstwo”.

Ze swojej strony w tych tajemniczych przybyszach Azjaci również doszukiwali się czegoś znajomego.

Niektórzy uważali, że jezuici to mnisi buddyjscy z Indii, nie rozumieli jednak, dlaczego na szyi noszą wizerunek Devadatty (Devadatta to zły duch Buddy, który kilkakrotnie próbował go zamordować i skończył życie wbity na pal w najgorszym z 16 piekieł). Ci ludzie w habitach to niechybnie jacyś wyznawcy antybuddyjskiego kultu, wedle zachodnich pojęć sataniści.

W XVII w., po otwarciu szlaków handlowych i w obecności przybyszów z Zachodu, mieszkających w Azji i uczących się miejscowych języków, w końcu zrozumiano, że ten bożek to ta sama osoba we wszystkich krajach. Jednak zgodnie z odwiecznym przekonaniem, że starożytni ludzie w barbarzyńskich krainach nie byli w stanie niczego stworzyć bez pomocy bardziej rozwiniętych kultur – w czasach nowożytnych tę rolę przypisuje się zwykle mieszkańcom Atlantydy albo istotom pozaziemskim – nie sposób było sobie wyobrazić, że tę złożoną religię Azjaci stworzyli samodzielnie. Buddyzm musiał pochodzić z jednego z cywilizowanych, choć pogańskich krajów – czyli z Egiptu. Engelbert Kaempfer, który spędził wiele lat w Azji z Holenderską Kompanią Wschodnioindyjską i którego relacje były ważnym świadectwem aż do XVIII w., stwierdził, że Budda był kapłanem z Memfis, wygnanym podczas perskiego podboju Egiptu w połowie VI w. p.n.e. Że uciekł do Indii i przywiózł ze sobą nie tylko doktrynę transmigracji dusz, ale również kult krów (podobny do kultu egipskiego boga Apisa) oraz bogów z głowami zwierząt. Ponadto z „wełnistych loków” na głowie Buddy wynikało niezbicie, że był czarnoskóry. Rozmaici brytyjscy mieszkańcy Indii, w tym sir William Jones, odkrywca korzeni języków indoeuropejskich, powtarzał ten pogląd: Budda ma nos, wargi, a także „kędzierzawe i wełniste” włosy Etiopczyków (inni z kolei uważali, że loki na głowie Buddy to ślimaki).

Athanasius Kircher, którego nazwisku zawsze towarzyszy przydomek „Ostatni Człowiek, Który Wiedział Wszystko” – łącznie z wiedzą, że cała chińska cywilizacja pochodzi z Egiptu, czego dowodem jest jej „hieroglificzne” pismo – wierzył również, że Budda był pierwotnie kapłanem Ozyrysa. „Był to grzeszny bramin, który nasiąkł pitagoreizmem” (a więc wiarą w reinkarnację, jakiej nie podzielali inni kapłani Ozyrysa), „oszustem znanym na całym Wschodzie”, który „swoimi zgubnymi dogmatami zaraził cały Orient”.

Popularna stała się teoria Kaempfera, który uważał, że Buddowie są dwaj: prawdziwy, który żył tysiące lat temu, oraz egipski kapłan, oszust, który się za Buddę podawał. Teorie Kirchera i Kaempfera zostały zmodyfikowane przez augustiańskiego mnicha Antonia Agostina Giorgiego, który popchnął chronologię o krok dalej: pierwszy Budda był kapłanem Ozyrysa, ale drugi był gnostykiem czy też manichejczykiem, który przybył do Indii po zmartwychwstaniu Chrystusa, podając się za Jezusa.

Odkrycie indoeuropejskiej rodziny języków doprowadziło do spekulacji w kwestii relacji mitologicznych i wkrótce trudno było stwierdzić, które bóstwo było naprawdę kim albo kogo udawało. Louis-Mathieu Langlès, kurator w dziale rękopisów dalekowschodnich w Bibliothèque Nationale za czasów Napoleona, stwierdził, że Budda to był zarazem egipski Thot, skandynawski Woden, rzymski Merkury i grecki Hermes, a także że można go utożsamić z niektórymi bóstwami lapońskimi i tunguskimi. Wielebny George Stanley Faber, kaznodzieja w Oksfordzie na początku XIX w., do tej listy dodał Adama, Noego, patriarchę Enocha, Janusa, Herkulesa i cyklopów. Poza tym, jak przekonywał, ponieważ „Budda i Woden to jest to samo bóstwo (…) teologia gotyckich i saksońskich plemion była modyfikacją buddyzmu”. Oto olśnienie, do którego z pewnością przyczyniły się wychylone rogi pitnego miodu.

Nieobecność buddystów w Indiach oraz (historycznie fałszywe) przekonanie, że zostali oni wygnani przez braminów, stanowiła źródło życzliwszego postrzegania Buddy przez całe zastępy badaczy amatorów w Kompanii Wschodnioindyjskiej, a później przez rząd kolonialny. Większość z nich była protestantami i skromność Buddy zrobiła z niego kogoś na kształt Kalwina w porównaniu z „papieskim” przepychem hinduizmu, jaki widzieli dokoła. Ostatecznie buddyzm wyeliminował wszystkie dziwne bóstwa hinduizmu i czcił ludzi, którzy osiągnęli oświecenie. Było wiadomo, że Budda przeciwstawiał się dwom zwyczajom, które Brytyjczycy postrzegali jako odpychające: ofiarom ze zwierząt i systemowi kastowemu. Grono kolonialistów spekulowało, w jakże innym miejscu byłyby Indie, gdyby nadal były buddyjskie. Tamtejszy buddyzm występowałby oczywiście w czystej postaci, w przeciwieństwie do tego, który praktykowano w państwach ościennych, gdzie, jak zakładali, został wypaczony przez zmieszanie z miejscowymi wierzeniami i rytuałami.

Typowo francuski podziw

Pojawienie się współczującego Buddy – czy też czegoś, co można byłoby określić jako buddyjskie współczucie dla buddystów – w końcu ujawniło się na Zachodzie poprzez lekturę i przekłady oryginalnych tekstów, co znacząco różniło się od strzępów sprzecznych faktów zaczerpniętych od miejscowych informatorów. Jednym z uczonych był Julius Heinrich Klaproth, syn odkrywcy uranu, który w swoim opublikowanym w 1824 r., opartym na tekstach mongolskich żywocie Buddy stwierdzał, że „żadna inna religia, z wyjątkiem religii Jezusa Chrystusa, nie przyczyniła się równie mocno do udoskonalenia ludzi jak religia Bouddha (…) Zmieniła walecznych nomadów z Centralnej Azji w łagodnych i cnotliwych ludzi (…) ”. Poszukując źródeł języka węgierskiego, Sándor Kőrösi Csoma spędził kilka lat w maleńkim, nieogrzewanym pokoju w Ladakh, gdzie okutany w baranie skóry, przekładał tybetańskie księgi (w 1930 r. Japończycy oficjalnie uznali go za bodhisattwę). George Turnour na Cejlonie tłumaczył teksty napisane w języku pali, aby w 1837 r. opracować najbardziej szczegółową biografię „Gotamó Buddho”, jaka powstała do tej pory….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Stwórz szałas na hałas