Subskrybuj
Timothy Snyder i Wołodymyr Zełenski podczas spotkania w Kijowie, 10 września 2024 r. fot. Służba prasowa Prezydenta Ukrainy
Historyk. Profesor Uniwersytetu Yale oraz stały współpracownik Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu. Wydał m.in.: Skrwawione ziemie, O tyranii i Droga do niewolności.

Ćwiczenia z wolności

Trzy lata temu stanąłem u progu zakładu karnego o zaostrzonym rygorze, by razem z osadzonymi czytać Edith Stein i rozmawiać o tym, co to znaczy być wolnym

Kiedy na początku lat 80. XX w. grałem w baseball, byłem miotaczem. Rzucanie piłką w baseballu przypomina trochę deklarację wolności. Stoisz samotnie na górce pośród niewielkiego kredowego kręgu, gdzie wykonujesz ciężką pracę, i odczuwasz na przemian dumę oraz rozpacz. Cały mecz zależy od tego, co zrobisz.

Zmieniając pozycję na górce miotacza w przygotowaniu do rzutu, wizualizowałem, co stanie się później. Wyobrażałem sobie, jak rzucam – powiedzmy, szybką piłkę od wewnętrznej strony – i oczami wyobraźni widziałem, jak pałkarz waha się, tracąc czas na ocenę, czy wleci ona w jego bazę czy też nie, zamachuje się zbyt późno i pospiesznie, a w rezultacie nie trafia. Widziałem nawet jego grymas. W tego rodzaju wizualizacji, którą Edith Stein nazwała „jedną przenikającą intencją”, pojawia się inny świat o moment wyprzedzający nasz. Nie zawsze, lecz często udawało mi się połączyć te dwa światy i wywołać reakcję, jakiej oczekiwałem. Jako dziecko regularnie powtarzałem sobie coś, co powiedział Roger Angell – piłka baseballowa była moim „małym kawałkiem fizyki”.

Nie jesteśmy bogami ani przedmiotami. Jesteśmy ludźmi, którzy mogą stać się suwerenni. Wolność nie jest brakiem ograniczeń ani ich akceptacją – jest ich wykorzystaniem.

Górka miotacza znajduje się o 18,5 metra od bazy domowej. Jest też wyniesiona o ćwierć metra nad ziemię, co zarówno ogranicza możliwości rzutu, jak i je otwiera. Możemy robić tylko to, co umiemy, a są to zazwyczaj rzeczy, których nauczyli nas inni i które ćwiczymy. To, co miotacz robi na górce, jest wynikiem nie tylko wyborów odpowiednich z punktu widzenia przebiegu meczu, lecz także wszystkich powtarzalnych działań, które miały miejsce wcześniej.

To samo dotyczy każdego dokonywanego przez nas wyboru. Samo myślenie o cnotach nie wystarcza. Jak powiedział Arystoteles, musimy te cnoty praktykować – wprowadzać je w życie. „Przyroda stawia opór – mówi Simone Weil – ale nie broni się”. Ten opór czujemy, podnosząc piłkę baseballową lub dotykając strun gitary. Struny opierają się kostce, uginają się jednak w końcu, wydając z siebie akord. Piłka stawia opór, gdy ją podnosisz, ale opór ten się kończy, gdy kładziesz środkowy palec na szwie, obok niego wskazujący, szybko zginasz nadgarstek i wyrzucasz ją, podkręcając jej lot. Natura ustępuje w piękny sposób. Kiedy wiemy, jak grać, oraz wiemy, że chcemy grać, opór i uległość stają się tym samym.

Rzuty kierują się regułami, których nie stworzyliśmy, lecz podążają po nakreślonych przez nas łukach. Swój rzut oceniam po tym, jak piłkę łapie moja córka, po czym odpowiednio go zmieniam – tej wiedzy nie mogę osiągnąć sam. Piłka opuszcza moją rękę wraz z moimi celami. Nie są one ulokowane w pierwszych czterech wymiarach – przestrzeni i czasu – lecz w piątym, który Edyta Stein nazwała „światem wartości”. Za wszystkimi moimi rzutami w kierunku córki kryją się moje myśli o tym, na kogo wyrośnie, a w każdym z moich rzutów tkwi z kolei każdy rzut mojego ojca. Nie tworzę świata wartości ani świata rzeczy, lecz zdarza mi się otwierać małe przejścia między nimi. Na ten skromny sposób jestem suwerenny.

Stein pisała, że człowiek znajduje się w obydwu tych światach, podlegając zarówno „prawu konieczności”, jak i „prawu wolności”. Przynależę zatem do dwóch krain i mogę stać jedną nogą w każdej z nich. Potrafię przeprowadzić piłkę od konieczności do wolności. Pozostaje ona moim kawałkiem fizyki. Moja córka też rzuca teraz piłką (w softballu), więc ten kawałek fizyki należy również do niej. Wybrała zadanie, które jest zarazem bardzo podobne do miotania piłką baseballową i zupełnie się od niego różni. To jej własna decyzja, lecz ma ona coś wspólnego z tym, co zobaczyła we mnie.

Kiedy ćwiczymy łapanie, nie wszystkie cele znajdują się w świecie fizycznym. Ręka, która rzuca, i ta, która łapie, to Leib [autor odwołuje się do dwóch niemieckich terminów na określenie ciała: Leib to „żywe ciało”, doświadczana przez nas cielesność, Körper zaś to „ciało fizyczne”, obiekt istniejący w przestrzeni – przyp. red.]. Moja córka podnosi rękawicę, a ja mogę umieścić w niej piłkę z mniejszej lub większej odległości. Ja podnoszę rękawicę tuż przed tym, jak dolatuje do mnie piłka kierowana nie tylko jej siłą, lecz także celem. Za łukiem zakreślanym przez piłkę ciągnie się niczym ogon komety mały łuk aspiracji.

Opisując, w jaki sposób traktuje nas fizyka, Simone Weil mówiła o „podwójnym prawie, oczywistej obojętności i tajemniczym współudziale”. Wszechświat nie jest świadomy naszego istnienia, lecz czasem robi to, co chcemy. Przykład rzuconej piłki pochodzi od niej.

Oddychanie

Pewnego dnia następnego lata, 2021 r., moja córka i ja ćwiczyliśmy łapanie piłki na bieżni znajdującej się na skraju dawnego sztetla, a obecnie polskiego miasteczka przy granicy z Litwą. Następnie poszliśmy na główną ulicę na lody. Stojąc w kolejce do kiosku, zobaczyliśmy saksofonistów odpoczywających przed (dawną) Białą Synagogą w Sejnach.

Oboje z córką wiemy, że sejneńscy Żydzi zostali wymordowani po tym, jak Niemcy wypędzili ich z miasta na początku II wojny światowej. Po wojnie, w komunistycznej Polsce, synagogę wykorzystywano jako magazyn. W 1989 r., gdy komunizm się skończył, budynek przejęła mała grupa aktorów, artystów i muzyków, którzy nazwali siebie „Pogranicznikami”. Mieli oni szczególny pomysł: ludzie staną się bardziej wolni, gdy zdołają ujrzeć siebie, innych i przeszłość przez pryzmat sztuki.

Pogranicznicy zaczęli w związku z tym uczyć miejscowe dzieci polskie i litewskie, jak grać muzykę klezmerską – dobrze znany w przedwojennej Polsce gatunek żydowskiej muzyki popularnej. Dzień po dniu i rok po roku miejscowi chłopcy oraz dziewczęta przyjmowali dar muzyki, ćwicząc i zmieniając instrumenty. Do starszych dzieci dołączały z każdym rokiem młodsze, w tym nawet pięcio- czy sześciolatkowie. Orkiestry grającej w tej synagodze słuchałem jeszcze przed urodzeniem mojej córki. Widziałem, jak małe dzieci stają się nastolatkami, a nastolatki młodymi kobietami i mężczyznami.

Każda nowa umiejętność wnosi wkład w naszą suwerenność, a więc jest składnikiem wolności.

Ponieważ potrafią grać na instrumentach, muzycy wyrażają siebie w sposób, który byłby w przeciwnym razie dla nich niedostępny. Grana przez nich muzyka jest żydowska, ćwiczą w mieście w dużej mierze niegdyś żydowskim i występują w dawnej żydowskiej świątyni. Oddech tych dzieci łączy je ze światem wartości, który pewnego dnia do nich dotrze. Kiedy nadchodzi moment, by zapytać, co to znaczy mieć synagogę bez Żydów, odpowiedź brzmi, że ci Żydzi nie są do końca nieobecni. Są w pewien sposób obecni w muzyce, a muzyka jest obecna w dzieciach – w ich ciałach, mięśniach i umysłach.

Słuchając muzyki w Białej Synagodze w Sejnach, ludzie płaczą. Mnie do łez doprowadzają momenty, gdy młodzi ludzie na widowni mają odwagę zatańczyć. Ta muzyka była przecież często w zamierzeniu radosna. Grano ją też na weselach – po zastanowieniu przypominam sobie, że niektóre utwory słyszałem na moim ślubie.

Krewnych mojej córki sprzed trzech czy czterech pokoleń zamordowano w najbliższym dużym mieście. Dziesiątki tysięcy Żydów z Białegostoku, gdzie mieszkała rodzina jej dziadka ze strony matki, spędzono na miejscowy stadion, a następnie rozstrzelano lub zagazowano. Kiedy to piszę, córka jest właśnie w Białymstoku, gdzie bierze udział w uroczystości ukończenia studiów przez polską opiekunkę do dzieci, z którą się zaprzyjaźniła.

Moja córka przyszła na świat tylko dlatego, że jej przodkowie wyjechali: ojciec matki z Białegostoku, a matka matki z Ukrainy. Pierwsza uroczystość ukończenia studiów, w której uczestniczyła, odbyła się w Białymstoku, a pierwszy ślub, na którym była, miał miejsce w Ukrainie – rozsypywała tam podczas ceremonii płatki kwiatów.

Suwerenność ma związek z ciałem, z tym, co uczymy się robić. Ma ona również związek z przeszłością – ze światem, który dziedziczymy. „Przeszłość i przyszłość – mówi Weil – są jedynymi skarbami człowieka”.

Rozpoznawanie

Kiedy w lutym 2022 r. Rosja zaatakowała Ukrainę, moja córka przesłała wszystkie swoje pieniądze Ukraińcom. W pierwszych kilku tygodniach po pełnowymiarowej inwazji wciąż dzwonili do mnie amerykańscy Żydzi – ludzie, których przodkowie uciekli z Ukrainy – i pytali, jak mogą pomóc. Rozpoznawali dziejącą się niesprawiedliwość.

Ukraina, gdzie dziś Putin toczy skutkującą zniszczeniem i eksterminacją wojnę, była od dawna obiektem zainteresowania imperiów. Dla Stalina stanowiła ona „skarbiec” zasobów, które miały być wykorzystywane do „kolonizacji wewnętrznej”. Hitler chciał z niej uczynić Lebensraum, czyli przestrzeń życiową. W tych kolonialnych fantazjach Ukraińców w ogóle pomijano lub postrzegano ich jako podludzi.

Leib zamienia się z powrotem w Körper najpierw w naszym umyśle. W nazistowskiej propagandzie wschodni Europejczycy mieli wizerunek bestii niegodnych miana człowieka. Na sowieckich plakatach kułaków przedstawiano jako świnie. Dzisiejsza rosyjska telewizja doprowadza tę koncepcję do postmodernistycznej skrajności: Ukraińców należy eksterminować, gdyż są zarazem nazistami, Żydami, gejami, satanistami, złymi duchami, zombie i robactwem. Kolejnym krokiem jest przemoc – przeciwieństwo uznania Leib. Kiedy torturujemy lub poniewieramy ciało, dokonujemy jego dalszego uprzedmiotowienia. Po poniżeniu ciała i upokorzeniu osoby zabójca łatwiej znosi swoją pracę. Niektórzy nawet ją lubią.

Odczłowieczając innych, sami odbieramy sobie wolność. Jeżeli widzimy innych wyłącznie jako Körper, nie możemy dostrzec siebie jako Leib i tracimy w ten sposób obietnicę własnej wolności. Tak więc wolność możemy osiągnąć tylko z pomocą tych, których w przeciwnym razie moglibyśmy poniżać, źle traktować lub ignorować. W ośrodku rehabilitacyjnym w Kijowie obserwowałem żołnierza z protezami obydwu nóg, który ćwiczył na bieżni, a jednocześnie boksował się z cieniem. Inny młody mężczyzna, który rzucił bezpieczną pracę w jednej z europejskich stolic, stracił lewą rękę i lewą nogę. Prawą podnosił podczas ćwiczeń czterdziestokilogramową sztangę. Rozmawiając z tymi ludźmi, widzę siebie inaczej oraz trochę lepiej rozpoznaję, jak żyję w swoim ciele.

Swoich własnych argumentów na temat wolności nie mógłbym sformułować bez fizycznej obecności innych. Piszę sam, ale tak naprawdę nie jestem sam. Zełenski powiedział mi: „Tak naprawdę nigdy nie mówimy – przemawiają przez nas inni”. W ten sposób wyraził częściowo to, co twierdziła Edyta Stein. Uczymy się od ludzi, z którymi spędzamy czas i których szanujemy – słowo „respekt” pochodzi od łacińskiego respicere, oznaczającego „patrzeć wstecz, uważnie spoglądać”. Dzięki przyjęciu do wiadomości, że są oni ludźmi, rozumiemy ich myśli inaczej. Myśląc razem z innymi, jesteśmy bardziej świadomi własnych procesów myślowych. Nawet książki, które zapamiętujemy na długo, otrzymujemy często od znanych sobie ludzi.

Niektóre z przedstawianych tu koncepcji wyrosły z rozmów z moim przyjacielem – powszechnie podziwianym historykiem, który cierpiał na chorobę neurodegeneracyjną znaną jako stwardnienie zanikowe boczne bądź choroba Lou Gehriga. Pod koniec 2008 r. nie był już w stanie normalnie pisać – nie potrafił podnosić rąk.

Chciałem, żeby pracował dalej, więc zaproponowałem, abyśmy wspólnie napisali książkę na podstawie nagranych rozmów. Przyjąłem przy tym za pewnik, że rozmawiając, musimy przebywać w tym samym pomieszczeniu – był to jedyny sposób, abym mógł z nim nawiązać bezpośredni kontakt i spierać się z nim. Tylko w obecności choroby mogliśmy sobie radzić z jej skutkami. Mój przyjaciel miał takie samo przekonanie: kiedy zadzwoniłem do niego z tym pomysłem, powiedział krótko: „Przyjedź”.

Pracowaliśmy razem przez dwa ostatnie lata jego życia.

Tony’ego Judta – gdyż o nim mówię – moja obecność prowokowała w pozytywnym sensie tego słowa. Potrzebował odpowiedzi lepszych od moich pytań. Pragnął przypomnieć sobie wszystko, co kiedykolwiek przeczytał, i właściwie mu się to udawało. Rozmowa z Tonym oznaczała maksymalną koncentrację i mobilizację tych części mojego mózgu, które w przeciwnym razie pozostawałyby uśpione. Odłożyliśmy na bok telefony i otoczeni pełnymi książek regałami, wspólnie przypominaliśmy sobie cytaty i fragmenty tekstów. Razem zdołaliśmy stworzyć coś, co pozostawałoby poza zasięgiem każdego z nas z osobna: książkę, którą Tony zatytułował Rozważania o wieku XX.

Uznawanie

Wśród myślicieli oraz myślicielek, o których dyskutowaliśmy z Tonym, była Edyta Stein. Jej praca doktorska na temat empatii i wiedzy nie powstałaby, gdyby nie ranni żołnie­­rze. Stein wyszła z podstawowego od czasów Immanuela Kanta założenia filozoficznego, że inni są jej równi, a Niemcy, których rany opatruje, są jej bliźnimi. W teorii łatwo jest uznać, że inni mają taką…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Między słowami. Jak budować głębsze relacje