Subskrybuj
Ilustracja: Gaba Ochalik
Redaktor miesięcznika "Znak", absolwent MISH UJ. Dr filozofii na podstawie pracy obronionej na Wydziale Filozoficznym UJ pt. "Bóg umarł. Dzieje i analiza pewnego filozoficznego wyroku śmierci"

Odkrycie konwersacji

O ile dialog jest przyjętym od wieków sposobem przekazywania wiedzy, o tyle rozmowa jako element sztuki życia to dość młode zjawisko. Kiedy odkryliśmy, że z wymiany zdań możemy czerpać życiową przyjemność?

Rytm dnia mademoiselle de Lespinasse był ściśle ustalony. Poranek to czas toalety, lektur, odpowiedzi na korespondencje. Później spotkania z najbliższymi przyjaciółmi, którzy chcieli z nią porozmawiać w cztery oczy. Obiad u madame Geoffrin dwa razy w tygodniu, w inne dni: hrabiowie, ministrowie, damy z towarzystwa. Wczesne popołudnie to czas wizyt. Wreszcie: od piątej po południu do dziewiątej wieczorem – codziennie przez 12 lat! – przyjmowanie gości w domowym salonie. To godziny najwyższej koncentracji, gdy jako gospodyni nie wolno jej było okazać roztargnienia. Korespondowała wszak z Wolterem i carycą Katarzyną II, stale bywali u niej Condillac i Turgot; z tą samą lekkością należało mówić o filozofii i polityce, sztuce i literaturze. Oczarowywała gości, ale przede wszystkim prowadziła rozmowę tak, żeby ukazać ich najmocniejsze strony, aby ci mogli błyszczeć i cieszyć się sobą nawzajem. Dzień nie kończył się jednak wraz z wyjściem ostatnich zaproszonych. Często wybierała się jeszcze do opery bądź znajomi i przyjaciele wysyłali po nią karetę, by spędziła z nimi także resztę wieczoru.

Czytając o tej tytance życia towarzyskiego, która dzień w dzień, przez lata, niezależnie od samopoczucia, odprawiała swoją „wielkoświatową pańszczyznę”, widziałem w niej rodzaj świętej, osoby opętanej pewnym ideałem życia, któremu oddaje się z absolutnym poświęceniem. I jakkolwiek tak wiele nas od mademoiselle de Lespinasse dzieli – w końcu należała do próżniaczej klasy doby ancien régime’u, która miała przywilej spędzenia życia na gadaniu – to nie mogłem uwolnić się od myśli, że ten ideał towarzyskości wciąż w pewnym stopniu może rezonować. A przynajmniej w wielu z nas tli się tęsknota za rozmową ciekawą i fascynującą, za obcowaniem z ludźmi, w którym są lekkość, swoboda, błyskotliwość.

Towarzyska utopia

Benedetta Craveri w książce Złoty wiek konwersacji poświęconej XVII- i XVIII-wiecznym salonom francuskim, z której pochodzi historia mademoiselle de Lespinasse, była całkowicie świadoma, że stawia przed oczami czytelników pewien – potencjalnie aktualny – wzorzec dobrego życia. Jak Michel Foucault piszący o antycznej „trosce o siebie”, Pierre Hadot widzący w filozofii „ćwiczenie duchowe”, Leszek Kołakowski prezentujący XVII-wiecznych nonkonformistów religijnych, tak też Craveri uprawia historię idei, która nie kryje się z tym, że może wpływać na naszą postawę tu i teraz. Jak pisze we wstępie: „Książka opowiada historię pewnego ideału (…). Ideału towarzyskiego spod znaku elegancji i uprzejmości, który przeciwstawiał logice siły i okrucieństwa instynktów sztukę przebywania razem, opartą na intelektualnym uroku i wzajemnej satysfakcji (…). Istnieje (…) być może głębsza i sekretna racja, która sprawiła, że podjęłam się badań nad odległą historią mającą posmak legendy: jest nią świadomość faktu, że mimo nieskończonego dystansu dzielącego nas od tamtego nieistniejącego już świata nigdy nie przestał on nas fascynować. (…) Tym, co dzisiaj podziwiamy i czego żałujemy (…), jest najbardziej reprezentatywna rozrywka tamtego towarzystwa: sztuka konwersacji” (tłum. J. Ugniewska, K. Żaboklicki).

Craveri opisuje więc kobiety i mężczyzn, którzy gdzieś od połowy XVII w. spotykali się regularnie w salonach towarzyskich, tworząc przestrzeń spotkań arystokracji, zamożnego mieszczaństwa, artystów, wysoko postawionych duchownych i les philosophes. Wiodącą rolę odgrywały w nich kobiety, które były często gospodyniami salonów i określały reguły towarzyskiej gry. Włoska historyczka dostrzega w tych miejscach poszukiwanie utopii, przestrzeni delikatności wobec brutalności życia, względnej równości w świecie hierarchii, kultywowania przyjemności bycia z innymi.

O czym rozmawiano? Początkowo salony były programowo wolne od dyskusji o drażliwych kwestiach polityki i religii, z czasem stały się też – ze względu na nieobecność parlamentu w monarchii absolutnej – miejscem rozmów o sprawach państwowych, urabiania opinii, a zarazem rozpowszechnienia idei Oświecenia (jak w salonie barona d’Holbacha). Lecz dobrą rozmowę miała cechować swoboda przechodzenia od spraw codziennych do istotnych: od zabawnych historii, anegdot, improwizowanych wierszy po literaturę, sztukę, psychologię, moralność. W odpowiedzi np. na pytanie, czy możliwa jest przyjaźń między mężczyzną a kobietą, można było popisać się swoją psychologiczną wnikliwością i znajomością stosunków światowych.

W gruncie rzeczy nie liczyły się jednak tematy, lecz pewien sposób bycia. Doczekał się on własnego słownika. Dobry towarzysz rozmowy to ten, który odznaczał się odpowiednio: l’honnêteté (pojęcie etyczno-estetyczne plasujące się gdzieś między uczciwością a galanterią), esprit (duchowość, błyskotliwość, inteligencja), politesse (grzeczność) i bienséances (dobre maniery) oraz l’enjouement (wesołość i ożywienie). Jeśli miał się pojawić wykład o sprawach nauki i filozofii, to opowiedziany żywo i ciekawie, bez nauczycielskiej ględźby.

Zresztą – jak zauważył jeden z uczestników salonów – poddanie swoich pomysłów pod dyskusję to swoista inwestycja.

Zwykle bowiem wyrażamy myśl niekompletną, sformułowaną intuicyjnie, a w konwersacji, dzięki wielości głosów, nabiera ona jasności i precyzji. Dyskusja, mówiąc po sokratejsku, ma funkcję majeutyczną: ale to my sami się z niej uczymy. Dobry rozmówca swoimi pytaniami pozwoli nam lepiej zrozumieć, co sami mamy na myśli.

Rozmowa w salonie miała stanowić pewną grę, niosła w sobie posmak erotyczny, chodziło o wzajemne uwodzenie się słowem. A ten, kto ją prowadził, miał być zarazem dyrygentem pozwalającym wybrzmieć różnym głosom. Madame Geoffrin potrafiła uczynić interesującym nawet abbé de Saint­-Pierre’a, który – jak przyznają zgodnie współcześni – bywał nudziarzem. Gdy na odchodne powiedziała mu: „Wielebny znakomicie dziś konwersował”, odpowiedział jej zgodnie z prawdą: „Pani – byłem po prostu instrumentem, na którym umiała pani zagrać”.

Stulecie rozmowy

Wiek XVIII to czas wielkiego odkrycia konwersacji. Pisała o tym nie tylko Craveri, lecz także Jürgen Habermas. W Strukturalnych przeobrażeniach sfery publicznej zwraca on uwagę na nową infrastrukturę towarzyską – chodzi nie tylko o francuskie salony, ale także o angielskie kawiarnie, które mnożą się wraz z rozpowszechnieniem się w Europie kawy, herbaty i czekolady. Na początku XVIII stulecia w samym Londynie jest blisko 3 tys. coffee houses, gdzie po zapłacie jednego pensa za wejście, można było kupić gorący napój i również przeczytać – kolejna nowość – gazetę oraz przysłuchać się gentlemanom dyskutującym o sprawach publicznych. Kawiarnie określano mianem The Penny Universities, uniwersytetów za jednego pensa. Do tego dochodzą niemieckie Tischgesellschaften, regularne spotkania dyskusyjne czy kluby i tajne stowarzyszenia (choćby wolnomularze). Dla Habermasa ta sieć dyskusyjna wytwarza coś, co nazywa „obywatelską sferą publiczną” – z nowym zjawiskiem, jakim jest głos opinii publicznej, coraz bardziej muszą się liczyć monarchowie i ich ministrowie.

Oczywiście sama rozmowa to nie wynalazek Oświecenia. Jak zauważa amerykański eseista Stephen Miller w książce Conversation. A History of Declining Art, do dziś przetrwały spisane dialogi z kultury babilońskiej, w Biblii Hiob musi wysłuchiwać przemów swoich przyjaciół, nie wspominając już nawet o najbardziej znanych dialogach Platońskich. O ile forma rozmowy, często nauczyciela i ucznia, to przyjęty od wieków sposób przekazywania wiedzy, o tyle nacisk na konwersację jako element sztuki życia, jedna z życiowych przyjemności, wymagająca finezji i błyskotliwości, której zarazem przypisuje się istotne społeczno-polityczne znaczenie, to rzeczywiście zjawisko, które osiąga swoją pełnię w dojrzałej nowożytności.

Rozkwit towarzyskich dyskusji wpisać można bowiem w opisywany przez Norberta Eliasa „proces cywilizacji”.

Nowożytność przynosi „przemianę wojowników w dworzan” – rycerstwa w nadworną szlachtę, której atrybutem ma być często już nie siła oręża, ale siła wymowności.

Jeśli szlachcic nie wyróżnia się zdolnościami bojowymi, to dla zachowania swojej pozycji musiał znaleźć nową dystynkcję, źródło prestiżu: były nią dobre maniery. Elias opisuje szczegółowo, jak subtelnieją formy obyczajowości: w zakresie zachowania się przy posiłku i posługiwania się sztućcami, wycierania nosa, realizowania potrzeb fizjologicznych etc. W traktacie na temat dobrych manier z początku XVI w. autorstwa Erazma z Rotterdamu zakłada się np., że biesiadnicy przy stole mogą jeść zupę wspólną łyżką i pić z jednego dzbanka; doradza się im, by gdy plują, starli plwocinę z podłogi butem, by nie zaciskali pośladków i swobodnie puszczali wiatry, bo to dobre dla zdrowia. Trzeba przypominać odbiorcom, że: „Dobrą jest rzeczą, jeśli od czasu do czasu przerywa posiłek rozmowa. Niektórzy jedzą i piją bez ustanku (…). Muszą drapać się po głowie albo dłubać w zębach, albo gestykulować rękami, albo bawić się nożem, albo też kasłać, wycierać nos i spluwać. Wszystko to w gruncie rzeczy bierze się z zakłopotania właściwego prostakowi” (tłum. T. Zabłudowski). Dwa stulecia później rekomendacje z zakresu savoir-vivre’u są bardziej złożone – trzeba posługiwać się sztućcami i serwetką, a sprawy wielu funkcji fizjologicznych – jako oczywiste – wzmiankuje się jedynie mimochodem.

Odpowiednie wymagania stawia się także samej sztuce rozmowy – tak poruszanym tematom, jak i wytwornemu językowi. Elias ukazuje na wielu przykładach, jak francuskie warstwy wyższe rozpoznają się po sposobie wypowiedzi, w którym unika się trywialnych wyrażeń gminnych, ale też np. słów trącących łaciną i greką sugerujących uczoną pedanterię. Elita przypisuje sobie „subtelne wyczucie” języka i stara się nadawać ton temu, jak mówić się powinno. Również wymowa poszczególnych słów pełni funkcję szyboletu, po którym poznaje się, kto należy do „naszego kręgu”. Gdy arystokracja podupada finansowo, stara się kultywować poczucie własnej wyjątkowości przynajmniej na gruncie kultury i sposobu bycia, eksponując językowy snobizm. Dodatkowo mowa staje się narzędziem polityki – dwór to w końcu przestrzeń, gdzie liczą się refleks w dyskusji, subtelna ironia, zakulisowa plotka.

„Proces cywilizacji” widać tak­­że w opisywanych przez Craveri salonach. Pierwszy salon madame de Rambouillet zapoczątkowany w 1618 r. nie przypominał jeszcze późniejszych oświeceniowych dysput godnych zebrań Akademii Francuskiej. Zebranych bawić miały nie tylko rozmowy, lecz także szczególne niespodzianki. Wprowadzano więc na salę tresowanego niedźwiedzia jako honorowego gościa albo ukradkiem zwężano ubranie jednego z biesiadników, aby przekonać go, że… podczas posiłku monstrualnie opuchł.

Rytuał kontra język serca

XVIII-wieczna konwersacja krążyła więc gdzieś między dwoma biegunami: stylizowanej rozmowy snobów, dla których bardziej niż dobry argument liczy się udany bon mot, a dyskusją, w której rozumowanie i nowe filozoficzne idee wychodzą na plan pierwszy. Między zamkniętą przestrzenią dla arystokracji i jej ulubieńców a publiczną i dość demokratyczną kawiarnią. Za doskonałego rozmówcę, który potrafił się odnaleźć w każdej konstelacji towarzyskiej, uchodził David Hume. Szkocki filozof uważał, że poszerzanie „świata konwersacji” sprzyja porozumieniu między zwaśnionymi stronnictwami i krajami, leczy z zapalczywości, fanatyzmu i skłonności do przemocy, podobnie jak handel między państwami długodystansowo sprzyja budowaniu pokoju.

Zarazem oświecenie zrodziło też najbardziej zażartego wroga salonowej konwersacji. Był nim Jean-Jacques Rousseau, prywatnie człowiek niezręczny, nieśmiały i traktujący oficjalne towarzyskie wizyty jako straszne męczarnie. W Nowej Heloizie zarzuca im powierzchowność i fałsz. W salonie nikt specjalnie nie broni swoich przekonań ani nie zwalcza cudzych; wymienia się opinie, przy czym nie ma potrzeby ich uzasadnienia. To grozi intelektualną mizerią. Co ważniejsze – nie ma tu prawdziwych uczuć, wszystko jest wystudiowane, obietnice serdeczności, życzliwości, przyjaźni są pełną hipokryzji czczą formą. Każdy jest jedynie aktorem na scenie, który odgrywa przypisaną mu rolę. Prawdziwa rozmowa toczy się zaś językiem serca – które może mówić w sposób spontaniczny, żywiołowy, przesadny, nieliczący się z zasadami esprit. Jak zauważa Agata Sikora w książce Szczerość. O wyłanianiu się nowoczesnego porządku komunikacyjnego, obserwujemy tu in statu nascendinarodziny nowego ideału moralnego. „Teatralnej” czy rytualnej koncepcji komunikacji zostaje przeciwstawiony model oparty…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Między słowami. Jak budować głębsze relacje