O Sarajewie świat, a przynajmniej Europa, przypomniał sobie w lutym tego roku, kiedy przez całą Bośnię przetoczyła się fala manifestacji. Wszystko zaczęło się od Tuzli. Powodem do demonstracji była likwidacja kolejnej fabryki, w efekcie czego tysiące ludzi straciło pracę. Błyskawicznie protesty przeniosły się do innych miast: Bihacza, Zenicy, Mostaru, Sarajewa. Początkowo pokojowe marsze przemieniły się w coraz bardziej gwałtowne starcia z policją, w Sarajewie protestujący spalili siedzibę rządu federalnego oraz archiwum państwowe. Trzeba było dopiero tych ostatnich wydarzeń i kilkudziesięciu poważnie rannych, by temat „przebił się” przez serwisy informacyjne zdominowane doniesieniami z Ukrainy i zainteresował Unię Europejską. Gdyby nie Chorwacja, od lipca nowy członek wspólnoty, Europa nie zainteresowałaby się Bośnią. Co właściwie stało się (i dzieje, bo protesty, choć na mniejszą skalę,…