Subskrybuj
Niemiecki polityk (SPD), pastor i działacz opozycji demokratycznej w NRD. W 1989r. współtwórca partii socjaldemokratycznej w Niemczech Wschodnich, w 1990r. minister spraw zagranicznych NRD. W latach 1990-2009 deputowany do Bundestagu, w którym zajmował się m.in....

Protestantyzm i polityka

Pastorem był poprzedni prezydent Niemiec Joachim Gauck, córką pastora jest Angela Merkel. Oboje pochodzą z NRD. Kościoły ewangelickie i teologiczne uczelnie stanowiły tam wyspę wolności i szkołę demokracji

Zamiar napisania na kilku stronach całościowej rozprawy na temat protestantyzmu i polityki wydawałby mi się zuchwalstwem. Dlatego zdecydowałem się na wybór perspektywy biograficznej, pisząc jako protestant, który w NRD wyrastał na ewangelickiej plebanii, nie mógł zdawać matury państwowej, studiował teologię na uczelniach kościelnych, a potem sam był jeszcze pastorem w tymże NRD: najpierw w jednej z gmin meklemburskich, a następnie jako kierownik ekumenicznego centrum edukacji i spotkań pod Magdeburgiem.

 

Religia i wolność

Ta część Niemiec, która należała do NRD, była tradycyjnie protestancka. Tu znajdują się miejsca związane z dziejami reformacji. Katolicy, których spotykałem w młodości, pochodzili najczęściej z rodzin przybyłych na teren późniejszej NRD w charakterze uciekinierów, „przesiedleńców” i „wypędzonych” z Kraju Sudeckiego lub Śląska.

„W tym miejscu stoję, nie mogę inaczej!” – tak brzmi zgodnie z przekazami jedna z najbardziej znanych sentencji Marcina Lutra, wypowiedziana przezeń, gdy przed Sejmem Rzeszy w Wormacji nie zgodził się odwołać swoich tez teologicznych, które doprowadziły później do reformacji – był to wielki akt odwagi i wolności. Luter bronił tego, co uznał za prawdę i za słowo Boże. Imponowało mi to już jako młodemu człowiekowi. Taka odwaga głoszenia prawdy w obliczu możnych tego świata wywiera wrażenie i budzi jakieś ciepłe uczucia. Na zamku w Wartburgu Luter przełożył Nowy Testament, a potem całą Biblię. Ów przekład zaliczać się będzie do najważniejszych czynników kształtujących dziś język niemiecki i niemiecką kulturę. Słowo Boże – tego chciał Luter – miało być dostępne każdemu w jego mowie ojczystej, a przesłanie chrześcijańskie miało się stać w wymiarze egzystencjalnym słyszalne dla wszystkich i w ten sposób nadawać kierunek ludzkiemu życiu. Pojedynczemu wiernemu przypisano zdolność samodzielnego, tzn. bez autorytetu Kościoła jako instancji pośredniej, rozumienia tego przesłania i wsłuchiwania się w głos Boga. Było to, jeśli wolno się tak wyrazić, prawdziwym zwiastunem emancypacji i wolności!

Obrazy chrześcijan, którzy bronili swej sprawy i byli gotowi przyjąć na siebie także cierpienie, wywierały na mnie już w młodości silne wrażenie. W komunistycznej NRD żyliśmy ze świadomością, że i sami staniemy kiedyś przed takim wyzwaniem. Marcin Luter, Albert Schweitzer, Dietrich Bonhoeffer, Martin Niemöller, Kurt Scharf, Martin Luther King stawali się w tych okolicznościach wzorcami, którymi można się było kierować. Równocześnie jednak, nie tylko w szkole, konfrontowano nas z historią win Kościoła, z wyprawami krzyżowymi, z kościelnym wsparciem dla niewolnictwa i kolonializmu, podporządkowaniem się władzy, brakiem oporu wobec narodowego socjalizmu. I tak oto już od wczesnych lat przyszło nam się zmierzyć z zadaniem dokonywania rozróżnień, dochodzenia do własnych sądów oraz dostrzegania także ciemnych stron własnej historii. Historia Kościoła – nie ma co do tego żadnej wątpliwości – była w ostatnich stuleciach na długich odcinkach przeciwieństwem doświadczenia wolności. Kościoły i religie jako takie – w dużym stopniu także w Niemczech – postrzegano raczej jako siły ograniczające wolność. Oświecenie musiało podjąć z nimi trudny spór. Pomyślmy tu chociażby o Ephraimie Lessingu, którego przypowieść o pierścieniach, poświęcona stosunkom między religiami[1], do dziś jest materiałem edukacyjnym w szkołach, oraz o jego zaciętej polemice z hamburskim pastorem Johannem Melchiorem Goezem, która skończyła się ocenzurowaniem pism dramaturga i nałożonym nań zakazem publikacji. Co ciekawe, to właśnie owa proklamowana wolność religii była tym, co wzbudzało w Kościołach zgorszenie, albowiem obejmowała ona także prawo wyznawania innych odłamów chrześcijaństwa i innych religii – a tego prawa nie chciano, ot tak po prostu, przyznać obywatelowi.

Powstały zwłaszcza w niemieckim protestantyzmie związek tronu i ołtarza oraz interpretowana z tej perspektywy doktryna dwóch królestw doprowadziły do tego, że w XIX w. umysły wyzwolone w coraz większym stopniu postrzegały wiarę chrześcijańską jako religię służącą wychowywaniu posłusznych poddanych. Nie było więc przypadkiem, że myśl Karola Marksa oraz program powstającej wówczas socjaldemokracji łączyły się ściśle z tendencjami krytycznymi wobec religii czy wręcz ateistycznymi. Wraz z przejęciem władzy w Rosji przez bolszewików, a później – po II wojnie światowej – wraz z zaprowadzeniem rządów komunistycznych w Europie Wschodniej to, co kiedyś zaczynało się jako ruch emancypacyjny, sprzęgło się nierozdzielnie z doświadczeniem niewoli i terroru – a w konfrontacji z owym doświadczeniem to właśnie w wierze chrześcijańskiej odkrywaliśmy perspektywę wolnościową.

 

Wobec narodowego socjalizmu

Kościoły ewangelickie w NRD, w których zostałem uformowany, miały swoje duchowe korzenie w Kościele Wyznającym (Bekennende Kirche) czasów narodowego socjalizmu. Po zwycięstwie nad Niemcami hitlerowskimi został on uznany przez radziecką administrację wojskową za organizację oporu wobec rządów Hitlera. Co prawda, w czasach narodowego socjalizmu nie był on w żadnym razie popierany przez większość chrześcijan ewangelickich, ale po wojnie to z jego szeregów wywodziły się najbardziej znaczące osobistości zasiadające we władzach kościelnych. W październiku 1945 r. Kościoły protestanckie w Niemczech (we wszystkich strefach okupacyjnych, włącznie z radziecką!) powołały do życia Kościół Ewangelicki w Niemczech (Evangelische Kirche in Deutschland, EKD). Podczas tego założycielskiego spotkania przyjęto także tekst Sztuttgarckiego Wyznania Winy, w którym stwierdzano: „Z wielkim bólem mówimy: za naszą sprawą wiele krajów i narodów doświadczyło bezbrzeżnych cierpień. Świadectwo składane często wobec naszych gmin wypowiadamy teraz w imieniu całego Kościoła. Co prawda, przez długie lata walczyliśmy w imię Jezusa Chrystusa przeciwko duchowi, który swój straszliwy wyraz znalazł w narodowosocjalistycznych rządach przemocy, ale musimy wziąć na siebie winę za to, że nie byliśmy wyznawcami odważniejszymi, nie modliliśmy się ufniej, nie wierzyliśmy radośniej i nie kochaliśmy goręcej”.

To sprawiło, że Kościoły w radzieckiej strefie okupacyjnej nie zostały wywłaszczone, zezwolono na reaktywację ich instytucji, włącznie z pewną liczbą ośrodków kształceniowych, i w dużej mierze dzięki temu mogły swą działalność prowadzić niezależnie. Możliwość utrzymywania własnych instytucji edukacyjnych, wolnych od bezpośredniego wpływu państwa i partii na treści nauczania, była w obrębie świata komunistycznego – poza Polską – zjawiskiem wyjątkowym. Pejzaż oświaty kościelnej, realizującej niezależne od państwa plany nauczania, sięgał od szkół przygotowujących do posługi diakonackiej do działania w sferze socjalnej oraz pracy z młodzieżą, od szkół dla katechetów po studia teologiczne na uczelniach pozostających własnością kościelną (chociaż nie mogły się oficjalnie określać w ten sposób, ale pod względem programów i jakości nauczania w niczym nie ustępowały fakultetom teologicznym na uniwersytetach zachodnioniemieckich). Właśnie te uczelnie teologiczne były ostoją wolności, ponieważ otwarty i swobodny dyskurs był na nich możliwy w stopniu gdzie indziej w NRD nieznanym.

Istotną rolę odegrała tu Deklaracja Teologiczna z Barmen, przyjęta w 1934 r., której druga teza brzmi: „Tak jak Jezus Chrystus jest obietnicą odpuszczenia wszystkich naszych grzechów, tak i z samą powagą jest On także zdecydowanym Bożym roszczeniem w odniesieniu do całego naszego życia; poprzez Niego doświadczamy radosnego wyzwolenia z bezbożnych więzów tego świata ku wolnej i wdzięcznej służbie dla Jego stworzenia. Odrzucamy fałszywą naukę, jakoby istniały obszary naszego życia, w których nie bylibyśmy własnością Jezusa Chrystusa, lecz innych panów, obszary, w których nie mielibyśmy potrzebować Jego usprawiedliwienia i uświęcenia”[2].

To wezwanie, by uznać Jezusa Chrystusa za Pana nad całym życiem, a więc także nad życiem społecznym i politycznym, by uczynić Go swoim punktem odniesienia, miało dla nas, żyjących w społeczeństwie komunistycznym, wielkie znaczenie. Ważna była tu także postać Dietricha Bonhoeffera, który jako chrześcijanin widział ścisły związek między wiarą i odpowiedzialnością za świat. Nie tylko uczyniło go to przeciwnikiem Hitlera, lecz doprowadziło do czynnego oporu. Bonhoeffer był pacyfistą. Został nim również po II wojnie światowej mój ojciec, były oficer Wehrmachtu. Jak wielu chrześcijan podzielaliśmy zasadnicze przekonanie, że środki militarne w epoce atomu nie rozwiążą żadnych konfliktów. Dlatego z taką czcią odnosiliśmy się również do Martina Luthera Kinga i głoszonej przezeń idei oporu wolnego od przemocy. Tu znajdowaliśmy istotny punkt orientacyjny dla zaangażowania społecznego. Sprzeciw wobec dyskryminacji i niezgoda na odmawianie nam prawa do współodpowiedzialności za rzeczywistość społeczną stały się dla mnie już bardzo wcześnie istotnym, osadzonym w protestantyzmie, drogowskazem życiowym.

 

Dom pastorski

Ponieważ mój ojciec był pastorem ewangelickim, wyrastałem w NRD na protestanckiej plebanii. Społeczne zadania Kościoła w państwie komunistycznym sprawiały, że plebania odgrywała wciąż jeszcze znaczącą rolę.

Zgodnie z obowiązującą ideologią, religia i Kościół miały w coraz większej mierze należeć wyłącznie do przeszłości. Państwo socjalistyczne nie czekało jednak na to, by religia rzeczywiście obumarła, lecz uważało za swój obowiązek ów stan przyspieszyć – i odniosło w tych działaniach godny uwagi sukces, jeśli wziąć pod uwagę, że dziś w Niemczech Wschodnich Kościoły liczą przeciętnie trzy razy mniej członków niż Kościoły w Niemczech Zachodnich. Kto wyrastał w domu pastorskim, żył zatem w całkowicie własnym świecie, różnym od tego na zewnątrz – z jednej strony w jakimś stopniu wykluczony i izolowany, zarazem jednak, z drugiej, odgrodzony skutecznie od powszechnego nacisku, jakiemu poddawano obywateli. Nawet jeśli gminy straciły na liczebności, plebania pozostawała często centrum wspólnoty. Tu spotykali się ludzie, którzy motywowani wiarą chrześcijańską, akcenty rozkładali w swoim życiu inaczej, niż to ustaliły partia i państwo.

W kościołach świadomie podtrzymywano i pielęgnowano związek między Wschodem i Zachodem. Każda gmina ewangelicka w NRD miała na zachodzie Niemiec gminę partnerską, co wiązało się z odwiedzinami i różnorakimi kontaktami. W ten sposób gminy stawały się wyspami, na których w naturalny sposób doświadczano także więzi narodowych – niezależnie od tego, że zapewne większość, podobnie jak ja sam, nie sądziła, że dożyje kiedykolwiek zjednoczenia państw niemieckich.

W ciągu całego okresu istnienia NRD nie było rzeczą przyjętą, by dzieci z rodzin pastorskich wstępowały do państwowych organizacji dziecięcych i młodzieżowych, naznaczonych ideologią komunistyczną, jak Młodzi Pionierzy czy Wolna Młodzież Niemiecka, ani uczestniczyły – obok konfirmacji – w świeckich ceremoniach wkroczenia w wiek młodzieńczy (Jugendweihe),  choć się to niekiedy zdarzało. Kto się od tego uchylał, miał jednak mniejsze szanse na uzyskanie wykształcenia i rozwój zawodowy. Wiele dzieci z rodzin pastorskich doświadczało przy tym w szkole pewnego osamotnienia i boleśnie tę sytuację przeżywało. By się wybić, musiały często wykazywać się lepszymi wynikami niż inni. Mimo to wielokrotnie odmawiano im dostępu do wyższego wykształcenia. Także ja nie mogłem zdawać matury w szkole państwowej. Na szczęście jednak istniały już wówczas kościelne placówki oświatowe, umożliwiające uzyskanie niezależnej od państwa – i przez nie nieuznawanej – matury, zdobycie zawodu w sferze pracy socjalnej oraz studia teologiczne.

Domy pastorskie przypominały w jakiejś mierze mieszczańskie wyspy z własnymi tradycjami oraz środowiskiem ideowym i życiowym, niepoddanym dyrektywom zewnętrznym. Widać to było także po często bardzo bogatych bibliotekach, których sporą część stanowiły wydawnictwa zachodnie. Kościoły były jedynymi samoorganizującymi się instytucjami, na które państwo nie miało bezpośredniego wpływu. Gminy kościelne, a zwłaszcza domy pastorskie, postrzegano jako oazy wielkiej wolności duchowej. Tu było miejsce dla samodzielnego myślenia, swobodnej rozmowy i otwartego dyskursu. To wyjaśnia także, dlaczego w latach 1989–1990 tak wielu zaangażowanych chrześcijan i pastorów odegrało ważną rolę w pokojowej rewolucji i w czasach, które nastąpiły potem.

 

Niemieckie dyskusjeJuż jako młody człowiek uczestniczyłem w…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Geny. Projektowanie czy loteria?