Poczułem na sobie czyjś przenikliwy wzrok. Piłem piwo na ganku taniego baru w grenlandzkim miasteczku Sisimiut. Byłem tam jedynym obcym, ale większość obecnych Inuitów albo nie zwracała na mnie uwagi, albo co jakiś czas zagadywała przyjaźnie. Tylko nie on. Siedzący w kącie facet dosłownie świdrował mnie wzrokiem. Po chwili wstał, podszedł do mnie i dość obcesowo, bez wyczuwalnej agresji, ale też bez wstępnych uprzejmości zapytał w miarę płynną, choć chyba rzadko używaną angielszczyzną: – Skąd jesteś? Co tu robisz? Odpowiedziałem, że z Polski i że pracuję jako przewodnik na statku, który właśnie tu przybił, ale nie miałem ochoty na żadną z restauracji pełnych turystów, bo lubię takie bezpretensjonalne spelunki, gdzie można spotkać miejscowych. Był tym wyraźnie podekscytowany, nawet zaczął coś mówić, po czym nagle umilkł i znowu wbił we mnie uważne spojrzenie. – Sulu! – Mikołaj… – Chodź ze mną! Teraz to ja zacząłem się baczniej przyglądać. Był pewnie koło pięćdziesiątki, dość drobny, bardzo żylasty. Ubranie trochę znoszone, ale czyste. I wspaniała twarz pełna niesamowitych zmarszczek. Trudno było oderwać od niego wzrok. Uznałem, że chyba nic mi nie grozi, i wyszliśmy z knajpy. Zaprowadził mnie przez uliczkę…
Dr nauk przyrodniczych, ekolog, polarnik oraz tłumacz. Autor Czochrałem antarktycznego słonia i książek popularnonaukowych dla dzieci: Pupy, ogonki i kuperki, Gęby, dzioby i nochale oraz Darwin. Opowieść o naszej wielkiej rodzinie