Powietrze w mieście Dżuba przepełniała elektryzująca energia. Tysiące ludzi krzyczało z radości, machało flagami, tańczyło przy dźwiękach bębnów. Dziesięć lat temu, 9 lipca 2011 r., mieszkańcy Sudanu Południowego świętowali utworzenie własnego państwa – udało im się oddzielić od Republiki Sudanu po najdłuższej wojnie domowej w Afryce, która trwała z przerwami od 1955 r.
Dziennikarz Abraham Garang był również pełen nadziei. Podobnie jak inni wierzył, że niepodległość w końcu przyniesie pokój. Walki między północą – obszarem obecnego Sudanu – a południem, gdzie teraz leży Sudan Południowy, toczyły się od XVII w. Już wtedy powstałe wokół Nilu islamskie królestwa usiłowały przejąć żyzne tereny – jedne z najpłodniejszych w Afryce – zamieszkane przez pasterskie plemiona.
Podziały wśród ludności pogłębiły się po utworzeniu brytyjsko-egipskiego kondominium pod koniec XIX w. Początkowo północne i południowe regiony były zarządzane oddzielnie: południe z większością chrześcijan i animistów na modłę brytyjskich kolonii we wschodniej Afryce, a północ, gdzie przeważa ludność muzułmańska, zgodnie z modelem egipskim. W 1946 r. Brytyjczycy zdecydowali się scalić kondominium pod naciskiem żądań północnych elit. Arabski stał się językiem urzędowym. Południowe elity, posługujące się angielskim, zostały postawione przed faktem dokonanym. Północ była faworyzowana również w okresie dekolonizacji – Brytyjczycy oddali władzę politykom w Chartumie. Rząd niepodległego od 1956 r. Sudanu nie planował utworzenia państwa federalnego. Wykluczenie południowych elit z polityki doprowadziło do wybuchu I wojny domowej w Sudanie. Sudan Południowy wywalczył autonomię dopiero w 2005 r., początkowo na sześć lat. W 2011 r. – zgodnie z postanowieniami pokojowymi – odbyło się referendum, w którym mieszkańcy południa zadecydowali o swoim losie.
Jednak upragniona niepodległość nie przyniosła najmłodszemu państwu na świecie pokoju. Już po dwóch latach przemoc wybuchła ponownie, kiedy prezydent Salva Kiir oskarżył wiceprezydenta Rieka Machara o próbę przeprowadzenia zamachu stanu. Spór o władzę między Macharem z grupy Nuer a Kiirem z grupy Dinka przerodził się w konflikt etniczny, który trwał z przerwami do 2018 r. i pochłonął tysiące ofiar. Ponad 2 mln ludzi z 12-milionowej populacji zostało zmuszonych do poszukiwania schronienia w krajach sąsiednich: Sudanie, Ugandzie, Etiopii, Kenii i Republice Konga. To z Sudanu Południowego pochodzi obecnie najwięcej uchodźców w Afryce. Według danych UNHCR 68% uchodźców ucieka z zaledwie pięciu krajów: Syrii (6,6 mln), Wenezueli (3,7 mln), Afganistanu (2,7 mln), Sudanu Południowego (2,2 mln) i Myanmaru (ponad milion).
Upragniona niepodległość nie przyniosła najmłodszemu państwu na świecie pokoju. Już po dwóch latach przemoc wybuchła ponownie.
Kolejne 2 mln mieszkańców Sudanu Południowego stały się uchodźcami wewnętrznymi: musieli opuścić dom, ale zostali w kraju. Część z nich schroniła się w ONZ-owskich bazach. Niektórzy przebywają w nich do dziś.
– Boją się, że nie poradzą sobie poza ośrodkiem. W wyniku konfliktu stracili wszystko, a rząd nie oferuje realnej pomocy – opowiada Abdo, który prosi o niepodawanie prawdziwego imienia ani żadnych szczegółów na jego temat ze względów bezpieczeństwa. – Ludzie czują się oszukani. Liczyli na to, że politycy będą walczyć o ich prawa. A oni od lat spierają się o władzę.
###banner###
„Sytuacja w kraju wciąż jest niestabilna”, mówi John Gatjoul w materiale filmowym organizacji Lekarze bez Granic. Gatjoul pracuje jako specjalista ds. zdrowia psychicznego w Bentiu – największym obozie dla uchodźców w Sudanie Południowym. „Nie mogę opuścić ośrodka. Mógłbym zostać zamordowany. Walki wygasły, ale ludzie wciąż giną”.
Tykająca bomba
Mimo podpisania porozumienia pokojowego w 2018 r. bojówki wspierające prezydenta Kiira i wiceprezydenta Machara (który wrócił na stanowisko w ubiegłym roku) wciąż dokonują gwałtów i grabieży na ludności cywilnej. Są również odpowiedzialne za zabójstwa i tortury oraz rekrutację dzieci-żołnierzy. Ataki nasiliły się w tamtym roku. Dlatego większość przesiedleńców, w tym Gatjoul, woli nie opuszczać stref bezpieczeństwa. „Jeszcze daleko nam do pokoju. Potrzebujemy co najmniej kolejnych dziesięciu lat”.
Najmłodsze państwo świata nie jest wyjątkiem. Konflikty w Afryce, zwłaszcza w obrębie Sahelu, gdzie leży Sudan Południowy, nie wygasają. „I szybko nie wygasną”, stwierdziła Patricia Danzi, poprzednia regionalna dyrektorka Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża podczas konferencji prasowej pod koniec 2020 r. „Poza tym wybuchają nowe konflikty”.
A poprzedni rok miał być przełomowy – Unia Afrykańska liczyła, że inicjatywa „Uciszyć broń” mająca na celu „zakończenie wszystkich wojen, konfliktów wewnętrznych, przemocy uwarunkowanej płcią i zapobieżenie ludobójstwu na kontynencie do 2020 r.” przyniesie rezultaty. Zdaniem Danzi organizacja musiałaby dokonać cudu, aby urzeczywistnić te cele.
W Sudanie Południowym broń jest wszechobecna i łatwo dostępna. – To normalne w kraju, który jest pogrążony w konflikcie od dziesięcioleci – opowiada mi Abraham Garang przez WhatsApp. – Sudan Południowy to tykająca bomba.
Garang przebywa obecnie w Kampali. Jest na urlopie zdrowotnym. Po roku nieskutecznej terapii w Sudanie Poudniowym – lekarzom nie udało się ustalić przyczyny choroby, a przepisywane leki nie przynosiły ulgi ani poprawy – postanowił leczyć się w Ugandzie.
– Od razu stwierdzili, że cierpię na neuropatię! Sudańska służba zdrowia jest w opłakanym stanie. Brakuje infrastruktury. Przykro na to patrzeć. Bo Sudan Południowy to bogaty kraj, ale jest łupiony przez polityków.
Bogactwo najbiedniejszego kraju świata – mniejsze PKB per capita ma tylko Burundi – tkwi w zasobach naturalnych. Trzy czwarte złóż ropy naftowej byłego Sudanu znajduje się obecnie na terenie Sudanu Południowego. Gospodarka kraju jest w 98% uzależniona od wydobycia tego surowca.
„Sudańska służba zdrowia jest w opłakanym stanie. Brakuje infrastruktury. Przykro na to patrzeć. Bo Sudan Południowy to bogaty kraj, ale jest łupiony przez polityków.”
Korupcja w państwach bogatych w złoża surowców naturalnych to powszechne zjawisko, zaznacza stowarzyszenie Transparency International. W 2020 r. Sudan Południowy ulokował się na ostatnim miejscu Indeksu Percepcji Korupcji, razem z Somalią, gdzie występują m.in. rudy uranu, żelaza, cyny, złota, srebra, gipsu oraz ropa naftowa. W pierwszej dziesiątce najbardziej skorumpowanych państw świata znajdują się jeszcze cztery państwa afrykańskie: Sudan, Libia, maleńka Gwinea Równikowa w Afryce Środkowej, gdzie wydobywa się m.in. ropę, złoto i diamenty, oraz Demokratyczna Republika Konga – drugie pod względem powierzchni i trzecie pod względem liczby ludności państwo Afryki z obfitymi złożami diamentów.
Poziom nadużyć w słabo zorganizowanych krajach, które mają nikłe doświadczenie w gospodarowaniu surowcami – jak w Sudanie Południowym – jest przy tym większy. W najmłodszym państwie świata na wydobyciu i eksporcie surowców bogacą się nieliczni, chociaż ustawa o zarządzaniu dochodami z ropy naftowej z 2012 r. zakłada, że 3% zysków powinno trafiać do społeczności mieszkających na terenach wydobycia surowca. Ale tak się nie dzieje. W 2018 r. Sudd Instytut, który prowadzi badania na rzecz „sprawiedliwego i dostatniego Sudanu Południowego”, obliczył, że rząd zalega z wypłatą 305 mln dolarów amerykańskich.
Niestabilne granice
Społeczności wiedzą, gdzie znajdują się zasoby ropy i złota. W zeszłym roku rywalizacja o te tereny przyczyniła się do natężenia przemocy. Walki wybuchły m.in. w hrabstwie Pibor, które do ubiegłego roku stanowiło część stanu Jonglei. Przekształcenie go w jeden z trzech obszarów administracyjnych wywołało niezadowolenie wśród przywódców Jonglei, o czym przypomniał zarządca hrabstwa Pibor Joshua Konyi w wywiadzie dla platformy „The New Humanitarian”. Niestabilne granice administracyjne są zarzewiem konfliktów od momentu uzyskania niepodległości w 2011 r. – Niektórzy nie uznają zmian. W rezultacie przedstawiciele jednej grupy etnicznej przeganiają przedstawicieli innych ze „swojego” terytorium, mówi Garang. Do tego logika podziału państwa na stany-hrabstwa-bomas (które można porównać do polskiego podziału na województwa, powiaty i gminy) pozostaje niejasna, co prowadzi do różnych interpretacji, pisze Peter Justin, badacz z holenderskiego Centrum Badań nad Afryką. „Niektórzy twierdzą, że granice między tymi jednostkami powinny być ustalane według linii etnicznych, aby autochtoni mieli prawo do terytoriów. Inni natomiast uważają, że ziemie należą się grupie większościowej”. Justin zaznacza, że takie konflikty mogą przybierać gwałtowny obrót, bo władze nie podejmują dostatecznych kroków w celu rozwiązania ani załagodzenia sporów. Część konfliktów o ziemie ma jeszcze głębsze korzenie: należy ich szukać w kolonialnej przeszłości. Granice administracyjne brytyjsko-egipskiego kondominium utworzono arbitralnie. W większości przypadków wyznaczały je główne drogi, co powodowało, że część terenów nie miała określonych linii demarkacyjnych. Przesiedlenia ludzi były na porządku dziennym. Obecnie „szereg społeczności nadal rości sobie prawo do ziemi, którą musiało wcześniej opuścić. Jednocześnie próbuje umocnić wpływy na »nowej ziemi«”, pisze Justin. Zdaniem Garanga konfliktów tak czy inaczej nie sposób uniknąć – zasoby w Sudanie Południowym są ograniczone: brakuje wody, żywności. Ludzie nie otrzymują…