Subskrybuj
Kulturoznawczyni, eseistka. Autorka książek: Wolność, równość, przemoc. Czego nie chcemy sobie powiedzieć (2019, nominacja do Nagrody Literackiej Gdynia) oraz Szczerość. O wyłanianiu się nowoczesnego porządku komunikacyjnego (2020)

Musk. Móc, chcieć, musieć

Elon Musk jest obiektem kultu. Sposób jego przedstawiania wpisuje się w długą tradycję bohaterów z legend, mitów i podań. Ale to tylko jedna strona medalu.

Już w wieku trzech lat dyskutował z dorosłymi i budował sensowne argumenty. „Jak to w ogóle możliwe, skoro nie masz dużo doświadczenia?” – zastanawiała się jego matka. W dzieciństwie był ofiarą rówieśniczego prześladowania, jedno z pobić zakończyło się kilkutygodniowym pobytem w szpitalu. Jako siedemnastolatek opuści dom ojca z jednym plecakiem ciuchów i książek, by wyruszyć na podbój świata. Już pierwszy start-up uczyni go milionerem, a jego pracownicy będą się zastanawiać, czy w przyszłości zostanie totalnym bankrutem czy najbogatszym człowiekiem na świecie. Dla takich jak on nie ma innej drogi.

Wiemy, jak się to skończyło. Po Zip2, stronie www zbierającej informacje o kontaktach w różnych miastach, Elon Musk zaangażował się w internetowe płatności i po niespełna czterech latach odsprzedał PayPala za 1,5 mld dolarów eBayowi. Potem już podejmował się tylko ambitniejszych projektów. Dzieci uwięzione w tajskiej jaskini? Inżynierowie Muska już projektują miniłódź podwodną, która bezpiecznie wywiezie je na powierzchnię. Musimy odejść od paliw kopalnych? Na scenę wjeżdża elektryczny samochód Tesla. Korki? Miliarder poprowadzi pod miastami innowacyjny hyperloop, próżniowe tunele dla elektrycznych pojazdów. Paraliż? Dzięki chipom wszczepionym do mózgu będzie można swobodnie komunikować się ze światem. Katastrofa klimatyczna? Mamy planetę B, kolonizacja Marsa nie jest już fantazją, w 2029 r. wyślemy tam pierwszą misję załogową.

„Myślę, że jest niesamowitym darem dla świata. Można stwierdzić, że to najlepszy lider chodzący po tej planecie” – mówi o Musku Dolly Singh, główna rekruterka w Spacex.

Podkaster Joe Rogan, znany z zapraszania ludzi z szerokiego politycznego spektrum (wliczając w to zwolenników teorii spiskowych, w tym antyszczepionkowców i denialistów klimatycznych), w rozmowie z Elonem snuje analogie między swoim gościem a sztuczną inteligencją, która przewyższając zwykłych ludzi, spędza z nimi trochę czasu, żeby „naprawić trochę tego gówna” (fix a bunch of shit). „Gotowość Muska do zmagania się z zadaniami niemożliwymi zmieniła go w idola [deity)] Doliny Krzemowej” – zauważa Ashlee Vance w  książce Elon Musk. Biografia twórcy PayPala, Tesli, SpaceX (tłum. Agnieszka Bukowczan-Rzeszut).

Nie jest zatem ani nadużyciem, ani przenośnią stwierdzenie, że Musk jest obiektem kultu. Sposób jego przedstawiania wpisuje się w  długą tradycję bohaterów z  legend, mitów i  podań  – od znaków i cudów w kołysce, przez opuszczenie domu i serię prób, aż po osiągnięcie sukcesu przekraczającego horyzonty zwykłych śmiertelników.

Są ludzie, którzy popularny w USA chrześcijański akronim WWJD (What would Jesus do) zastąpili skrótem WWED – What would Elon do? Co zrobiłby Elon?

Ale to tylko jedna strona medalu, jasna strona księżyca, ten lepszy profil.

Jak działa kult

Musk kreuje się na self-made mana rozpoczynającego od zera, zapominając wspomnieć, że jest dzieckiem współwłaściciela kopalni szmaragdów (matka Maye Musk opuściła Errola Muska z powodu przemocy i  wyprowadziła się wraz z Elonem do kraju urodzenia, Kanady; po paru latach chłopiec zdecydował się na powrót do RPA i zamieszkanie z ojcem, o którym potem wypowiadał się bardzo negatywnie). Miliarder znany jest ze złego traktowania pracowników – impulsywnie zwalnia, wybucha gniewem, oczekuje pracy po nocach i pełnego poświęcenia dla firmy (co po przyjęciu Twittera mogła obserwować globalna opinia publiczna zainteresowana losem platformy). Choć przez fanów jest prezentowany jako wynalazca i  założyciel kolejnych rewolucyjnych biznesów, w rzeczywistości raczej inwestuje w innowacyjne start-upy, wygryza założycieli i nadaje sobie taki tytuł, jaki mu się podoba – może to być „główny inżynier” (chief engineer) w SpaceX albo „technokról” (technoking) w Tesli. Ta ostatnia firma ma jawić się nawet nie jako rycerz, lecz elektryczny biały koń, który zbawi planetę, ale w rzeczywistości została ukarana przez Agencję Ochrony Środowiska za nieprawidłowe przechowywanie niebezpiecznych odpadów, a pracownik Martin Tripp ujawnił prasie, że w fabryce dochodzi do marnowania materiałów na ogromną skalę. Wspominając innowacyjny hyperloop, Musk powiedział swojemu biografowi, Ashlee’emu Vance’owi, że nie miał zamiaru go realizować; chodziło mu tylko o pokazanie, że istnieją inne rozwiązania techniczne (czytaj: właściwym celem było zablokowanie inwestycji w szybką kolej w Kalifornii, której powstanie mogłoby wpłynąć negatywnie na sprzedaż Tesli). Dzieci uwięzione w jaskini zostały uratowane dzięki doświadczonemu brytyjskiemu nurkowi Vernonowi Unsworthowi, który skrytykował akcję Muska jako „PR-ową sztuczkę” i zasugerował miliarderowi „wsadzenie jego łodzi podwodnej tam, gdzie boli” – w odpowiedzi Musk określił go mianem „pedo guy”, wyzwiskiem implikującym skojarzenia z pedofilią. Unsworth pozwał Muska o zniesławienie, lecz przegrał.

To tylko parę przykładów z brzegu, bo lista zarzutów jest naprawdę długa – od złożenia pierwszej żonie, z którą miał pięcioro dzieci, papierów rozwodowych za pośrednictwem terapeutki, przez tolerowanie molestowania seksualnego w pracy, po celowe manipulowanie giełdą za pomocą tweetów.

Dla wielu Musk jest symbolem oderwanej od realiów manipulacyjnej elity, odpowiednikiem Petera Isherwella z filmu satyrycznego Nie patrz w górę – biznesmena, który w imię zysku prywatyzuje ratowanie Ziemi, w czym ponosi spektakularną, acz nieosobistą klęskę (w obliczu zderzenia z kometą ewakuuje się na statku kosmicznym).

Lewicowa nienawiść wobec Elona Muska nie koncentruje się na nim jako takim, ale na wartościach i wyobrażeniach, które miliarder ucieleśnił – diagnozował Piotr Fortuna na łamach „Dwutygodnika”.

Tyle że podziw wielu wyznawców przedsiębiorczości stopniowo gaśnie w obliczu niekompetencji w przejęciu Twittera. W chwili kiedy ten artykuł się ukaże, kult Elona jako milionera innowatora może być już domeną garstki najwierniejszych. Gdybym zatem pracowała nad tekstem pod tytułem „Musk – technologiczny mesjasz czy cyniczny kapitalista?”, mogłabym mieć problemy – wniosek byłby zbyt oczywisty. Na szczęście go jednak nie piszę: bo niezależnie od aktualnej kondycji miliardera i mojego własnego zdania o nim uważam, że to źle postawione pytanie.

Czas odsłonić karty: sam Elon Musk nie bardzo mnie obchodzi. Nawet jeśli wzbudza moje negatywne uczucia, to nie jest on ich źródłem. Tak długo, jak długo nasza uwaga koncentruje się na nim, pozwalamy, by refleksja nad światem została sprowadzona do symbolicznej figury i jej moralnej oceny. Poddajemy się zatem logice filmu bohaterskiego, każącego nam operować w kategoriach jednostkowej sprawczości, dobra i zła, a nas ustawia w pozycji wyznawców, kibiców, demaskatorów czy sędziów. A więc ludzi, którzy definiują swoją rolę przez patrzenie na kogoś, kto działa, podczas gdy oni – to znaczy my – albo świecimy jego światłem odbitym, albo obnażamy go, zachowując przy tym „niewinność”.

Tymczasem warunkiem zaistnienia kultu jest nie tyle osoba, która chce być jego obiektem – takich aspirujących proroków, bohaterów i świętych w dobie ekonomii uwagi i mediów społecznościowych jest przecież na pęczki – ile są nimi ludzie gotowi przypisać danej osobie szczególne znaczenie, uznać ją za symbol czegoś większego. Obiekt kultu musi zatem odpowiadać na jakieś fantazje i lęki danej społeczności, przynosić pewien rodzaj emocjonalnej gratyfikacji. Musi „uosabiać” coś istotnego dla tych, którzy go uwielbiają, nienawidzą, krytykują.

Dlatego pisząc o Musku, nie chcę pozwolić sobie na łatwą egzotyzację. Uczucia, jakie wzbudza, uwidaczniają bowiem te aspekty naszej kultury, które na co dzień zinternalizowaliśmy (a internalizujemy je nawet wtedy, gdy na poziomie racjonalnym poddajemy je krytyce). Niczym Bronisław Malinowski zapraszam cię więc, czytelniku, do antropologicznej podróży, w której przyjrzymy się, w jaki sposób kluczowe dla tubylczego (czyli naszego!) społeczeństwa wartości, praktyki, afekty i  przekonania odbijają się w  mitologii bohatera kulturowego, jakim stał się Elon Musk. Pamiętaj tylko, by nie pozwolić sobie na luksus zbyt wielkiego dystansu – możesz być do niego podobny bardziej, niż myślisz.

Powrót do przyszłości

„Chcesz obudzić się rano i myśleć, że przyszłość będzie wspaniała – i o to chodzi w  cywilizacji zdolnej do podróży międzyplanetarnych. Chodzi o wiarę w przyszłość i przekonanie, że przyszłość będzie lepsza niż przeszłość” – głosi Musk na stronie SpaceX. Cokolwiek sądzilibyśmy o projekcie kolonizacji Marsa zakładającym serie nuklearnych wybuchów, by uczynić tamtejszy klimat przyjaźniejszy ludziom, to z pewnością swoją ambicją, rozmachem i wyobraźnią przekracza on logikę zastępowania telefonu sprzed roku „rewolucyjnym” modelem z lepszą rozdzielczością i większą pamięcią.

To swoisty paradoks ostatnich trzech dekad: poczuciu, że jesteśmy uczestnikami bezprecedensowej w swojej szybkości rewolucji technologicznej, towarzyszy uwiąd wiary w to, że technologia może stać się narzędziem pozytywnej zmiany społecznej. Anarchistyczny antropolog David Graeber w Utopii regulaminów. O technologii, tępocie i ukrytych rozkoszach biurokracji (tłum. Marek Jedliński) wskazuje, że ludzi urodzonych w latach 50. i  60. dławi wstydliwe rozczarowanie: w dzieciństwie byli przekonani, że jeszcze za swojego życia zobaczą latające samochody, kolonizację kosmosu i powszechną robotyzację. Tymczasem wpisana w  przekaz kulturowy obietnica nie została spełniona – w XXI w. mogą co najwyżej oglądać zapierające dech w  piersiach efekty komputerowe.

Zdaniem Graebera kluczowa zmiana w  relacji między rozwojem technologicznym a  przyszłością dokonała się w latach 70. XX  w. Wtedy to zrezygnowano z rozwijania projektów służących emancypacji szerokich mas na rzecz tworzenia symulacji albo wyrafinowanych systemów biurokratycznej kontroli – bo do tego, jego zdaniem, można sprowadzić informatykę. Towarzyszył temu uwiąd społecznej wyobraźni, od czasu porażki kontrkultury trenowanej w przekonaniu, że – cytując Margaret Thatcher  – „nie ma alternatywy” (doskonale zdają z tego sprawę Lata Annie Ernaux). Początek lat 90. XX  w. przyniósł upadek Związku Radzieckiego i  doktrynę „końca historii” Francisa Fukuyamy, opartą na wierze w bezalternatywność demokracji liberalnej.

Skończył się zatem (na chwilę?) dwubiegunowy obraz świata, co nie znaczy, że spadło zapotrzebowanie na figurę wroga. W tej roli miejsce komunistycznego imperium zajął islamski terrorysta. Monika Bobako w książce Islamofobia jako technologia władzy wskazuje, że istnienie Związku Radzieckiego wymuszało na państwach Zachodu wprowadzenie reform socjalnych. Tymczasem zorganizowanie wyobraźni społecznej wokół zagrożenia terroryzmem nie tylko nie wymaga żadnych koncesji na rzecz pracowników, ale pozwala ograniczać swobody obywatelskie i zacieśniać państwową inwigilację. Do tego Internet, w latach 90. ziemia obiecana wolności słowa, ruchów oddolnych i horyzontalnych relacji, w zaledwie dwie dekady przekształcił się w domenę globalnych monopoli zbierających najintymniejsze dane użytkowników. Owocem powyższych procesów jest to, co Mark Fisher nazwał „realizmem kapitalistycznym”: niemożność nie tyle nawet wprowadzenia, ile choćby pomyślenia alternatywnego wobec kapitalizmu systemu społecznego.

Ten stan wyobraźni znajduje odbicie w popkulturze ostatnich dwóch dekad. Technologia i nauka jawią się w nich przede wszystkim jako narzędzia manipulacji i podtrzymywania nierówności (wspomnijmy choćby Matrix, Igrzyska śmierci i serię Czarne lustro). Naukowcy są albo szalonymi krewniakami Wiktora Frankensteina, albo bezdusznymi funkcjonariuszami korporacji w białych kitlach, a w najlepszym razie kasandrami: przewidują katastrofę, jednak nie są zdolni jej zapobiec. Nawet ewidentny triumf nauki,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Filozofowie Doliny Krzemowej i przyszłość ludzkości