Środek tygodnia, godziny pracy. W osiedlowej aptece kolejka kilku osób. Mężczyzna przede mną prosi o środki na uspokojenie. Kobieta w okienku obok – o to samo, tylko żeby nie przeszkadzały w prowadzeniu samochodu. Jest wczesny grudzień, ale pogoda bardziej przypomina jesień niż zimę. A w tym roku zima, mróz, są nam potrzebne bardziej niż kiedykolwiek. Mróz pozwoli przeprowadzić kontrofensywę, odzyskać ziemie zajęte przez Rosjan jeszcze w lutym i marcu. Przed chłodem w okopach można się schronić, choć nie jest to łatwe. Przed wilgocią – nie. Obrazy, które docierają z frontu, nie różnią się niczym od tych z filmów o I wojnie światowej: żołnierze o czarnych twarzach brodzą po kolana w błocie. Jest 288. dzień pełnoskalowej inwazji rosyjskiej na Ukrainę. Sama wojna z Rosją zaczęła się jednak wiele wcześniej.
Początek
– Pamiętasz pierwszy dzień wojny? – pytam syna przy obiedzie. – Jak mogę pamiętać, byłem wtedy zupełnie mały – odpowiada, a ja dopiero po chwili orientuję się, że ma na myśli 2014 r., kiedy Rosjanie okupowali Krym, weszli do Doniecka i Ługańska. Wojna w Ukrainie wypełniła już dwie trzecie jego dotychczasowego życia. W odróżnieniu od większości swoich rówieśników z innych krajów wie, jak się zachować w czasie alarmu powietrznego, czym się różni Javelin od NLAW-a, a większość swojego kieszonkowego przeznacza na donaty, czyli zbiórki na rzecz armii. To on 24 lutego wstał pierwszy z nas wszystkich i obudził nas tą informacją. – Wstałem wcześniej niż zwykle, chciałem sprawdzić, czy będzie trening, więc wszedłem na grupę naszej drużyny. A tam chłopaki piszą, że wojna wybuchła. Nie mogłem uwierzyć, dopiero jak zobaczyłem orędzie prezydenta, zrozumiałem, że to nie żart.
Wybuch wojny był równocześnie spodziewany i zaskakujący. Sytuacja od dłuższego czasu była napięta, na ulicach rozdawano ulotki, co spakować na wypadek przymusowej ewakuacji. Przy granicy z Ukrainą gromadziły się rosyjskie wojska. Widać je było doskonale na zdjęciach satelitarnych, codziennie podawano nowe liczby: 100 tys., 150 tys.… Widać było jednak także, że nie mają zaplecza, logistyki, szpitali polowych. Kto tak słabo przygotowany rozpoczyna wojnę? Analitycy uspokajali, że chodzi prawdopodobnie o zaostrzenie sytuacji na Donbasie. Ataku spodziewaliśmy się 16 lutego, tak przewidywali eksperci. Jednak tego dnia nic się nie wydarzyło, a Władimir Cziżow, rosyjski przedstawiciel przy UE, oświadczył, że wyklucza rosyjski atak w najbliższych tygodniach. Powiedział też, że „wojny rzadko zaczynają się w środę”. Odetchnęliśmy z ulgą. Nie na długo. W czwartek 24 lutego rano na Kijów spadły pierwsze rakiety, 25 lutego zaś na przedmieścia stolicy dotarły rosyjskie czołgi. Wróg zajął położone pod Kijowem miejscowości, których nazwy jeszcze długo będą budziły grozę: Bucza, Irpiń. W sąsiednim Hostomelu Rosjanie zniszczyli dumę ukraińskiego lotnictwa: największy samolot na świecie, AN-225 „Mrija” („Marzenie”).
Na początku wojna była przede wszystkim niewiadomą. Trzymaliśmy się więc tego, co znane. To był akurat tłusty czwartek, więc zrobiłam jak co roku faworki. W przyśpieszonym tempie szukaliśmy rozdawanych jeszcze kilka dni temu ulotek z instrukcją, co pakować do schronu, a co na ewakuację, uczyliśmy się, jak się zachować w czasie alarmów powietrznych, które były kilka razy dziennie, gdzie w różnych typach budynków są najbezpieczniejsze miejsca w razie bombardowań, z czego zrobić koktajl Mołotowa. Jak działać w czasie ataku chemicznego chlorem, a jak przy skażeniu amoniakiem. Czym są „skrzydlate rakiety” i „głupie bomby”. Jak szybko do naszego miasta dojedzie czołg, ile czasu potrzebuje rakieta. Oglądaliśmy zjawiskowo piękne i śmiertelnie niebezpieczne eksplozje bomb fosforowych, zakazanych przez konwencję genewską, lecz zrzucanych przez Rosjan na ukraińskie miasta. Ta wiedza przesuwała się ze wschodu na zachód wraz z uchodźcami. Pierwszymi nauczycielami byli przesiedleńcy z Donbasu, którzy mieli już doświadczenie z roku 2014. Potem ci, którzy przyjeżdżali na zachód z oblężonego Mariupola czy bombardowanego Charkowa. Wszystko było nowe, trochę straszne. Każdy miał swój próg strachu, o którym wcześniej nie wiedział. „Ta wojna odkrywa przede mną wciąż nowe i nowe głębiny strachu, do których, jak się okazuje, jestem zdolna…” – napisała w sieci społecznościowej Elwira z Kijowa. Ktoś stracił bliskich i sam otarł się o śmierć, innym wystarczył przenikający wszystko wokół dźwięk syren alarmowych, żeby podjąć decyzję o wyjeździe. 13-letnia Nastia, którą mama z narażeniem życia wywiozła z Mariupola, nie bała się syren alarmowych, w ogóle nie kojarzyła ich z zagrożeniem. W Mariupolu od początku inwazji nie było prądu i mieszkańcy orientowali się tylko po odgłosach wybuchów. – Bardziej bałam się naszej matematyczki – powiedziała mi na samym początku znajomości. – Ale jej już nie ma. Któregoś dnia mój syn powiedział mi, że widział w internecie zdjęcia człowieka z krwawą plamą zamiast głowy. Poprosiłam, żeby więcej takich rzeczy nie oglądał. – Mamo, ale ja nie chciałem. Samo mi wyskoczyło.
Dla mnie przerażająca była wówczas perspektywa tego, że wojna może ciągnąć się miesiącami. Wiele osób, podobnie, jak ja, oczekiwało, że wszystko skończy się jeszcze wczesną wiosną.
Pierwsze dni to były tłumy uchodźców na granicach, na dworcach i tych, którzy nie wyjechali, koczujących na peronach metra, szukających schronienia w miastach zachodniej Ukrainy, ludzi okaleczonych fizycznie i psychicznie, opowiadających mrożące krew w żyłach historie, ściskające za gardło i jeżące włosy na głowie. SMS-y do krewnych i znajomych, gdzie są, czy nie potrzebują pomocy lub schronienia. Fala empatii, organizacja transportów, przyjmowanie i wysyłanie pomocy humanitarnej, przygotowywanie w domu koktajli Mołotowa, plecenie siatek maskujących, układanie planów A, B i C na różne scenariusze rozwoju wojny. To był też czas śledzenia informacji z frontu niemalże w trybie online, bez odrywania oczu od ekranu. Wiele schematów powtarzało dokładnie wydarzenia II wojny światowej, mimo woli porównywaliśmy swoje położenie z tym, co przeżyli nasi rodzice czy dziadkowie. Moi bliscy niechętnie odpowiadali o swoich losach w czasie wojny. Wierzyli, że nasze pokolenie będzie pierwszym, które urodzi się i umrze w czasie pokoju, że te traumatyczne doświadczenia w niczym mu się nie przydadzą, że to zamknięty rozdział. Bardzo żałowałam, że tej wiedzy nie posiadam. Jednocześnie bardzo potrzebowaliśmy wsparcia i dobrych wiadomości. Pamiętam swoją złość na jednego ze znajomych z Polski, który przysłał mi, w najlepszej wierze, ostrzeżenie: „Uciekajcie, Rosjanie będą gwałcić i torturować, zamykać ludzi w obozach, jak w czasie II wojny światowej”. Po kilku miesiącach odkryto pierwsze masowe groby cywilnych ofiar, z rękami związanymi na plecach i dziurą od kuli z tyłu czaszki…
Niespodziewane sukcesy
Początkowo Ukraińcy postawili sobie cel, aby utrzymać obronę przez 10 dni. Dziś, po niemal roku wojny brzmi to absurdalnie, ale pokazuje doskonale, jakie nastroje panowały w pierwszych dniach: walczymy sami, przeciwko jednej z najpotężniejszych armii świata, nie mamy co liczyć na pomoc z zewnątrz, bo nie opłaca się jej nawet wysłać – za kilka dni będzie po wszystkim, jak w Gruzji. Stało się jednak nieoczekiwane: Ukraińcy pokazali, że honor jest ważniejszy niż życie. Z pomocą wojskowym coraz częściej wychodzili cywile, organizowały się oddziały obrony terytorialnej, przed komisjami poborowymi stały kolejki. Ożył kozacki mit, ludzie przypomnieli sobie swoich przodków, którzy w walce o wolność wykazywali się nie tylko odwagą, ale i fantazją czy brawurą, a wiara, że w ich żyłach płynie ta sama kozacka krew, dodawała sił. Historie o pierwszych bohaterach tej wojny były wręcz niewiarygodne: o pogranicznikach z Wyspy Węży, którzy w niecenzuralnych słowach odpowiadają kapitanowi rosyjskiego krążownika, rolnikach kradnących Rosjanom czołgi, mieszkance Kijowa, która strąciła wrogi dron za pomocą słoika kiszonych pomidorów. Odwagi i wiary dodawała postawa prezydenta, który odmówił ewakuacji i pozostawał w Kijowie. Ten, którego przed wojną krytykowano za zbytnią sympatię dla Rosjan, słaby ukraiński, za dzielenie społeczeństwa, za aktorską przeszłość i niedostateczne obeznanie w sprawach polityki, teraz zrobił najlepsze, co mógł: stał się twarzą walczącego i zjednoczonego wobec agresji narodu. Zawsze z kilkudniowym zarostem, zamienił garnitur na polar w kolorze khaki i bojówki, wyznaczając nowe trendy w wojennym dress-codzie, odwiedzał przyfrontowe miasta. Stał się dokładnym przeciwieństwem zawsze otoczonego armią ochroniarzy Putina, który nawet na wielkim festynie patriotycznym wystąpił… w klatce z kuloodpornego szkła.
Ukraińcy szybko odkryli, że dysponują dużo potężniejszą bronią niż przygotowywane w garażach koktajle Mołotowa – a jest nią śmiech. W odpowiedzi na zmasowane ataki „ruskich trolli” zasypywali internet memami, komiksami i filmikami pokazującymi najeźdźców jako źle wyposażonych, bezradnych, obdartych czmoniów, których łatwo wyprowadzić w pole. Kradnących pralki i patrzących kwadratowymi oczyma na toaletę ze spłuczką, którymi z dalekiego Kremla dowodzi wiecznie pijany, ale pocieszny jak bohater kreskówki gen. Denaturov. Czy z taką armią można przegrać?
Za pierwszymi sukcesami w wojnie informacyjnej pojawiły się pierwsze sukcesy na froncie. Uchodźcy zaczęli po trochu wracać do domów we Lwowie, w Kijowie, Odessie, a nawet praktycznie codziennie ostrzeliwanym Charkowie. Wtedy wojna weszła w nową fazę. Nie mogąc utrzymać przewagi na froncie, Rosjanie nasilili terror wobec ludności cywilnej, zaczęły się zmasowane ostrzały miast, głównie infrastruktury energetycznej. To jednak tylko jeszcze bardziej ludzi rozzłościło, niż złamało. Już podczas pierwszego blackoutu – braku prądu w całym mieście – we Lwowie przy świetle świec działały kawiarnie, a z czasem ludzie nauczyli się funkcjonować i w takich warunkach. Do łask wróciły kaflowe piece i kominki, przed sklepami i kawiarniami terkoczą generatory. W praktyce można zobaczyć, jak działa społeczna odpowiedzialność biznesu: szereg sklepów i knajp udostępnia bezpłatnie miejsce, w którym można się ogrzać, wypić herbatę, doładować telefon. Do jednego z marketów budowlanych kobieta z sąsiedztwa przyszła z własną maszynką do mielenia mięsa, żeby skończyć rozpoczęty obiad, nauczycielka prowadziła lekcje online ze sklepu, a w osiedlowym punkcie grzewczym chłopak szył coś dla wojska na przenośnej maszynie.
Zjednoczeni
Uważam, że wojna w niewielkim stopniu zmieniła Ukraińców. Raczej – poza całym złem, które przyniosła – skłoniła do refleksji, pozwoliła dotrzeć do swojego prawdziwego „ja”, dostrzec, jaka mentalna przepaść różni Ukraińców od Rosjan, odpowiedzieć na fundamentalne pytania: kim jestem? Jakie wartości są dla mnie ważne? Ile jestem gotów dla nich poświęcić? Na co mnie stać w dniu próby? Kto jest przyjacielem, a kto wrogiem? Ukraina mimo woli bardzo się odizolowała od reszty świata. Nagle wszędzie zrobiło się daleko, podróż do Warszawy, która wcześniej zabierała 40 minut, teraz trwa kilkanaście godzin. O dalszych wyjazdach, o wypoczynku mało kto myśli. Nie można zrobić sobie wakacji od wojny. Wiele osób straciło dorobek życia czy choćby źródło stałego utrzymania. Ci, których jeszcze stać, nie mają zupełnie ochoty na wypoczynek, kiedy na wschodzie walczą i giną znajomi oraz krewni. Coraz mniej też mamy wspólnych tematów z przyjaciółmi z zagranicy, bo ile można rozmawiać o wojnie. Nawet ci najbardziej wspierający mają swoje życie, w którym wybuchy kojarzą się tylko z fajerwerkami, w którym nie trzeba planować prac domowych zgodnie z grafikiem przerw w dostawach prądu. My, nawet w miastach daleko od frontu, wciąż żyjemy ze świadomością, jak wysoka jest cena za nasze codzienne spokojne życie, że wojna wciąż zabiera najlepszych, podczas gdy po drugiej stronie giną czmonie i kryminaliści. Często spotykamy się też z niezrozumieniem: „niby wojna, ale paznokcie pomalowane”; „niby wojna, a w Kijowie jeżdżą na hulajnogach”; „co to za wojna, jak działają kawiarnie i pijecie sobie w najlepsze kawkę”. Ludzie z innych krajów nie zawsze rozumieją, że jest front, gdzie toczą się walki, jest strefa przyfrontowa i jest reszta kraju, która stanowi zaplecze dla frontu, pracuje na PKB (które i tak w roku 2022 zanotowało spadek ok. 33%), wspiera walczących materialnie i moralnie. Zachowanie drobnych rytuałów życia codziennego pozwala nie zwariować w nowej, tragicznej rzeczywistości. Salony manicure działały nawet w tunelach charkowskiego metra, gdzie ludzie koczowali w pierwszych miesiącach wojny. Władze ukraińskie starają się ograniczyć napływ złych wiadomości, straty na froncie nie są podawane do wiadomości publicznej. Ale kiedy wolontariusze zbierają pieniądze na samochód dla brygady frontowej, a potem przychodzi wiadomość, że nie będzie komu go odebrać – z brygady wszyscy zginęli – nie da się uciec od rzeczywistości.
Wiele osób dopiero w momencie wybuchu wojny poczuło przynależność do narodu ukraińskiego. Na nowy poziom weszła dyskusja, co to znaczy być Ukraińcem. W szeregi ochotników stanęli także przedstawiciele licznych mniejszości zamieszkujących kraj: Polaków, Węgrów, Żydów. Wspólnota polityczna i cywilizacyjna okazała się silniejsza od podziałów narodowościowych i historycznych zaszłości.
Dotychczasowe doświadczenie Ukrainy to doświadczenie kraju podzielonego, o różnej historii, religii na wschodzie i na zachodzie kraju, podział na ukraińskojęzycznych na zachodzie i rosyjskojęzycznych na wschodzie i południu: na prozachodnich i prorosyjskich, na Majdan i Antymajdan. Tymczasem wojna pokazała, że te podziały były w dużej mierze stereotypowe: uważany za jedno z najbardziej prorosyjskich miast na wschodzie Charków od początku stawiał zacięty opór najeźdźcom, co przypłacił ogromnymi zniszczeniami, zwłaszcza położonego na północy blokowiska Sałtiwka. Właśnie tam mieszkała Waleria, którą poznałam w Charkowie rok wcześniej. Była moją przewodniczką po tym mieście i sama, choć z pochodzenia Rosjanka, miała poglądy proukraińskie. Kiedy napisałam do niej 24 lutego z pytaniem, czy jest bezpieczna, nieoczekiwanie odpisała mi po ukraińsku. Nie wiem, jak na ten wybór zareagowali jej rodzice urodzeni w sąsiednim Biełgorodzie, po rosyjskiej stronie granicy, ale wiem, że wojna rozerwała bardzo wiele więzów rodzinnych. Z dnia na dzień dzieci i rodzice, bracia i siostry stanęli po różnych stronach barykady. Nie tylko ci z rodzin mieszanych, lecz także Ukraińcy, którzy od lat mieszkają w Rosji, dali się złapać w pułapkę rosyjskiej propagandy. Początkowo ukraińska inteligencja liczyła na reakcję ze strony inteligencji rosyjskiej, na protesty, potępienie działań wojennych. Nawoływano do tego, żeby rozmawiać ze swoją rodziną i znajomymi w Rosji jak najwięcej, wierząc, że nie są oni w pełni świadomi tego, co się dzieje w Ukrainie. Sądzono, że istnieją gdzieś „dobrzy Rosjanie”, którzy są po naszej stronie. Takie myślenie jednak szybko przyniosło rozczarowanie, jak w przypadku jednej pani, która zadzwoniła do cioci do Petersburga, żeby usłyszeć: „Nawet jeśli to prawda, że zrzucamy na wasze miasta rakiety, to przecież robimy to z miłością, dla waszego dobra!”.
We Lwowie również mieszkają Rosjanie. Nie jest ich wielu, ale mają swoje towarzystwo kulturalne im. Puszkina i cerkiew prawosławną, podporządkowaną Moskwie. W większości są to potomkowie ludzi osiadłych we Lwowie po II wojnie światowej: funkcjonariuszy sowieckich służb, a także inżynierów czy innych specjalistów sprowadzanych z różnych części ZSRR. Ich dzieci i wnuki najczęściej też były rosyjskojęzyczne, choć niekoniecznie prorosyjskie. Wielu z nich 24 lutego natychmiast przeszło na język ukraiński, jak moi znajomi – z całej rodziny rosyjskojęzyczny pozostał tylko… pies, który nie zdążył jeszcze opanować poleceń w nowym języku.
Rosyjskie Towarzystwo we Lwowie budziło wiele emocji po 2014 r. – dyskutowano, czy takie organizacje mają w ogóle prawo bytu w Ukrainie. Nie brakowało głosów, żeby nie mieszać kultury z polityką, przecież to tylko staruszkowie, którzy raz w tygodniu czytają wspólnie „wielką rosyjską literaturę” i niczemu nie są winni. W 2022 r. jeden z kierowników towarzystwa został zatrzymany za przekazywanie Rosjanom lokalizacji jednostek wojskowych we Lwowie i okolicach, m.in. dokładnego planu międzynarodowego poligonu w Jaworowie, gdzie w wyniku ostrzału zginęło później 61 osób, a 160 zostało rannych. Zdrajcy byli w każdym regionie, Rosja od wielu lat budowała siatkę swojej agentury w Ukrainie – ludzi, którzy mieli wpływać na nastroje społeczne, a w odpowiednim momencie być gotowi do przejęcia władzy. Nie wszystko poszło zgodnie z planem, paradoksalnie Ukraińcom pomogła… korupcja. Miliony wysyłane z Rosji po prostu rozpłynęły się gdzieś w powietrzu, a prorosyjscy politycy wypoczywali na egzotycznych wyspach i pławili się w luksusach w swoich pałacach. Korupcja jest nieodłącznym elementem ukraińskiego krajobrazu. Walkę z nią rozpoczęto po wydarzeniach na Majdanie, jednak na razie nie przyniosła zadowalających rezultatów. Zmiany następują powoli, ponieważ skala problemu jest ogromna, korupcja w Ukrainie ma charakter systemowy, nie wystarczy „przestać dawać łapówek”. Ci, którzy uważali, że zniknie ona wraz z wybuchem wojny, wobec rosyjskiego zagrożenia, byli naiwnymi idealistami. „Myśleliście, że kraj się zmieni w jeden dzień, lecz to niemożliwe” – można było przeczytać komentarze w internecie.
Tylko do końca lata policja ukraińska rozpoczęła 370 śledztw związanych z kradzieżą pomocy humanitarnej. Największym echem odbiła się sprawa z Zaporoża, ponieważ podejrzanymi w niej są miejscowe władze, ludzie prezydenta Zeleńskiego. Przedmiotem śledztwa jest kradzież pomocy humanitarnej o objętości 389 wagonów kolejowych, 220 ciężarówek i 22 kontenerów morskich o łącznej wartości kilkuset milionów hrywien.
Po zwycięstwie?
Ukraińcy mają świadomość, że po zakończeniu wojny – a mówiąc to, używają zwrotu „po zwycięstwie”, nie „po wojnie” – przyjdzie stoczyć jeszcze jedną walkę, o Ukrainę uczciwą, wolną od korupcji, przyjazną dla życia, bezpieczną, taką, o jakiej teraz marzą. Chcą ją zbudować dla siebie, dla swoich dzieci, a także dla tych, którzy polegli, żeby ich ofiara nie była bezsensowna. To dług tych, którzy przeżyją, i ta odpowiedzialność przed poległymi jest teraz często tematem dyskusji. Na samym początku wojny do Lwowa przeniosła się prywatna Charkowska Szkoła Architektury. Kształci przyszłych urbanistów i architektów, ludzi, którzy za kilka lat będą odbudowywać kraj po zniszczeniach wojennych. Mimo konieczności przeprowadzki, dostosowania się do nowych realiów, mimo trudności z finansowaniem i ciągłych alarmów powietrznych, które przerywają zajęcia, ważne jest, że szkoła działa i stawia na możliwość kształcenia w Ukrainie i dla Ukrainy. Jej założyciel Oleg Drozdow, jeden z najwybitniejszych współczesnych architektów ukraińskich, już myśli wraz z kolegami po fachu o odbudowie. Dyskusje krążą jednak nie wokół stylów, technologii czy projektów – w pierwszej kolejności trzeba opracować transparentny system wykorzystania pieniędzy, które będą przychodziły z zagranicy. Żeby zostały dobrze wydane i żeby inwestorzy mieli pewność, że nie trafią do prywatnych kieszeni. Żeby Ukraina po zwycięstwie była wiarygodnym partnerem. O tym, że do tego droga jeszcze daleka, świadczy los jednej z prac słynnego brytyjskiego graficiarza Banksy’ego. Artysta, poruszony wydarzeniami w Ukrainie, przyjechał anonimowo na tereny dotknięte działaniami wojennymi i stworzył kilka prac w ukraińskich miastach. Nie przyszło długo czekać, jak grupa młodych ludzi wycięła jeden z murali prosto ze ściany wraz z warstwą styropianu, który był pod spodem. Złoczyńców zatrzymano na miejscu, jednak po tym incydencie zaczęto zastanawiać się nad postawieniem przy pozostałych pracach artysty ochrony lub szklanego ogrodzenia. Nie tak Ukraińcy chcieliby się kojarzyć, zwłaszcza po tym jak świat obiegły wiadomości o ich odwadze i brawurowych wyczynach na wojnie, kiedy nareszcie Ukraina zyskała w oczach świata własną tożsamość, przestała być anonimowym postsowieckim państwem gdzieś na rubieżach Europy, położonym między Bałkanami i Kaukazem, kiedy do ukraińskiego pochodzenia i związków z Ukrainą chętnie przyznają się publicznie celebryci, jak Mila Jovovich, Leonardo DiCaprio, Steven Spielberg, Mila Kunis, a 1,3 mln osób z całego świata rozpoczęło naukę języka ukraińskiego za pośrednictwem popularnej aplikacji mobilnej.
Jeśli spytać samych Ukraińców, czym jest dla nich ta wojna, odpowiedzi będą różne, ale jedna szczególnie utkwiła mi w pamięci: „Dla mnie ta wojna to triumf prostego Ukraińca i naszego społeczeństwa, ale przytłaczająca globalna porażka cywilizacji jako takiej”.