Czy w Łodzi byli flanerzy? A jeśli byli, to kim byli? Z jakich branż wywodzili się ci łódzcy flanerzy – domyślni, potencjalni – skąd ruszali na swoje cierpliwe obchody, wycieczki, maniakalne przechadzki? Czy flaner w Łodzi był artystą, na dodatek – świadomym bycia flanerem i artystą, czy może raczej kimś bardziej przyziemnym, reporterem prasy codziennej, powiedzmy, albo z lekka stukniętym naukowcem amatorem, którego zajmuje problemat cyrkulacji mas ludzkich w metropolii? Byli z Bałut czy z Chojen, ze Szlezyngu czy z Karolewa? Być może, jeśli byli, mieszkali w śródmieściu, w którejś z tych frymuśnych, dostojnych kamienic, i w śródmieściu zaczynali i kończyli trasę. Flaner w Łodzi mógł być Żydem, Polakiem i Niemcem. Albo Rosjaninem, urzędnikiem, którego car posłał na zachodnie rubieże imperium, i tenże desperacko próbuje w tym zadymionym, nieżyczliwym mu mieście nad Jasieniem i Łódką zrekonstruować sobie ukochany Sankt Petersburg i bulwar wzdłuż Newy. Niewykluczone, że byli i tacy, którzy wcale nie wywodzili się z profesjonalistów, flanerowali więc dla siebie, ale bez celu wyższego. Z domu wyganiała ich praktyczna mądrość starych almanachów i monografii antymelankolicznych, w których napisano, że chodzenie, zmęczenie chodem, zmienne widoki, jakich da się uświadczyć tylko podczas długiego chodzenia po okolicy, zagłuszają uprzykrzone głosy w głowie, koją duszę. Dlatego krążyli po Łodzi, byli flanerami.
***
Na pozór stawiam pytania, jakbym nie wiedział, lecz przecież zakładam w ciemno, że w Łodzi byli flanerzy, bo jest flaner symbolem i składową wielkiego nowoczesnego miasta tak jak krzykliwa reklama zewnętrzna, wysokopienna zabudowa, ulice, sensacja, tłum, ów benjaminowski „olbrzymi zbiornik elektryczności”, gazeta, dzielnice nędzy. „Miasto takie jak Londyn, po którym można wędrować godzinami, nie dochodząc nawet do początku końca (…) – jest przecież rzeczą osobliwą” (tłum. A. Długosz) – konstatował Fryderyk Engels w wydanym w 1845 r. Położeniu klasy robotniczej w Anglii. Flaner pojawił się, gdy miasto zogromniało, przez co stało się wyzwaniem, lunaparkiem atrakcji i niebezpieczeństw, zagadką, nowym krajobrazem, labiryntem, jaki, jak odkrywczo zauważał Benjamin, „(…) nie kryje już w swym wnętrzu jednego, lecz tuzin ślepych, wściekłych byków, w których paszcze wrzucać trzeba nie jedną tebańską dziewicę rocznie, lecz każdego ranka tysiące bladych szwaczek i niewyspanych subiektów” (tłum. I. Kania). Skoro więc Łódź była wielkim, nowoczesnym miastem, musiała wydać i flanera.
Sęk w tym, że natura flanera, mimo dekad pisania o flanerze – oraz flanerowaniu – pozostaje, uważam, niejasna, dość płynna, wielowymiarowa. Powrót do źródeł wiedzy o tej postaci, fenomenie społeczno-estetycznym, czyli lektura Baudelaire’a i Benjamina, a także lektura tego, co Benjamin miał do powiedzenia o Baudelairze w studium zatytułowanym O kilku motywach u Baudelaire’a, nie załatwia sprawy. Podobnie jak czytanie o flanerach berlińskich, nowojorskich, londyńskich, wszelakich.
„Poe w swoim Człowieku tłumu jako pierwszy i raz na zawsze utrwalił przypadek flâneura – człowieka, który całkowicie zrywa z typem filozoficznego spacerowicza i przybiera rysy niespokojnego, krążącego po społecznej puszczy wilkołaka” (tłum. I. Kania) – napisał Benjamin w Pasażach, ale już w rzeczonym studium baudelaire’owskim w jednym z przypisów rozwija taką oto finezyjną dygresję: „Około roku 1840 przez pewien czas należało do dobrego tonu wyprowadzanie żółwi na spacer w pasażach. Flâneur chętnie dostosowywał do nich swoje tempo” (tłum. A Lipszyc). A zatem równocześnie – żółw i wilkołak, snucie się i krążenie, nobliwość i rozdygotanie.
Tłum widzi flaner podwójnie, raz to więc groźna, lita masa, raz – fascynujące widowisko i kolektyw wielkomiejskich bliźnich. „Gdy poeta ulegał mocy, z jaką ów tłum go przyciągał, i jako flâneur stawał się jego częścią, nie opuszczało go przy tym poczucie jego nieludzkiej natury. Baudelaire staje się wspólnikiem tłumu i niemal w tej samej chwili się odeń oddziela” (tłum. A. Lipszyc) – odnotowuje Benjamin. Flaner wnika w tłum i wraz z tłumem sunie trotuarami wielkiego miasta, flaner trzyma się z boku ciżby, tłoku, zbiegowiska. Obie te wersje są prawdziwe.
„Aby się prawidłowo przechadzać, nie należy mieć nazbyt konkretnych zamiarów” (tłum. S. Lisiecka) – deklarował Franz Hessel, flaner i flanerolog, a do tego poeta, prozaik i berlińczyk.
Lecz przecież flaner ma, albo przynajmniej: miewa, konkretną misję. Albowiem bada miasto, obserwuje i podgląda tłum, jego natężony, uważny wzrok i słuch, niczym dłuto, rozłupują ludzką bryłę na pojedyncze gesty, scenki rodzajowe, detale wyglądu bądź wymowy, dzięki którym wie, z kim ma do czynienia – identyfikuje klasę społeczną, dzielnicę, charakter, fach.
***
Czy zatem w Łodzi byli flanerzy? Biblioteka Cyfrowa – Regionalia Ziemi Łódzkiej, aleksandryjski zbiór zdigitalizowanej prasy z epoki, właściwie kilku epok, od Łodzi fabrykanckiej przez Łódź międzywojenną i peerelowską aż po współczesną, zbiór tak zazwyczaj pomocny i hojny, w przypadku „flanera” tudzież „flâneura” sromotnie zawodzi. Gorzej – igra sobie z poszukiwaczem.
Bo oto ów klika, by na stronicach „Kurjera Łódzkiego” z listopada roku 1923 odnaleźć „flanera”, a okazuje się, iż sonar wyszukiwarki złowił fałszywe echo z głębin przeszłości i „flanera” tu nie ma, są – „flanele” (do tego m.in. szewioty mundurkowe, sukna i cajgi) ze Sklepu Bławatnego przy ul. Andrzeja 3.
Posłużenie się niespolszczonym wariantem interesującego mnie terminu przyniosło rezultaty, ale nader skąpe. „Echo” z roku 1933 w artykule Paryskie bulwary informuje, że „Każdy niemal paryżanin zachował swe cechy »flaneur’a« i gapia”. Cztery lata później „Orędownik” przynosi zaś opis przygotowań do Wystawy Międzynarodowej w Paryżu pióra „Dr. Lecha Niemojewskiego”, w tym i takie zdanie „Dreszcz musiał przechodzić każdego paryskiego flaneure’a, gdy mu mówiono, iż całe wybrzeże Sekwany oblepią pawilony, kioski i budki”.
W sukurs komuś, kto szuka śladów flanera – jego tropu odciśniętego na brukach Łodzi i książkach o Łodzi – nie przyjdą również dwa opasłe tomy antologii Budzi się Łódź…, łącznie to ponad 1400 stron!, jeden zestawiający „obrazy miasta w literaturze do roku 1939”, drugi – „obrazy miasta – między literaturą a publicystyką”. Choć niemało tutaj relacji z pokonywania Łodzi na własnych nogach – wizyt zarówno osób łódzkich, jak i zamiejscowych w parkach i fabrykach, na ulicach i dworcach, na Piotrkowskiej, Widzewie i Bałutach – to flanera właściwie nie uświadczysz. Wyjątkiem są wspomnienia Juliana Tuwima, w których ten wraca do czasów swojej młodości – „Uganianie się za dziewczynami wymagało włóczęgi po mieście. Byłem więc szlifbrukiem i flaneurem”. Reminiscencja rozwija się jednak w anegdotę obyczajową – Tuwim opowiada o młodzieńczym flirtowaniu w trakcie promenowania „Pietryną” – a nie w ewokację dni, gdy wprzęgał się z premedytacją w nurt wielkomiejskiego życia bądź z wystudiowaną pogardą zerkał na somnambuliczne, zzombiałe masy.
Ale pożytek z Tuwima choć taki, że to piękne, nieużywane już dzisiaj praktycznie słowo, „szlifbruk”, ponownie odsyła do pisarstwa Hessla, który w Sztuce spacerowania diagnozował: „Każdy z nas jest w głębi duszy trochę szlifbrukiem, który od czasu do czasu pragnie zapomnieć o niemiłych powodach różnych swoich ruchów i poruszać się całkiem bez powodu. Dla takich ludzi ulica staje się snem na jawie, a okna wystawowe nie ofertami, lecz krajobrazami (…)” (tłum. S. Lisiecka).
Bo ostatecznie być może to nie tylko rozliczne słabości mojego researchu, nie dość głębokiego i wytrwałego, podążającego niewłaściwymi ścieżkami, ale populacja flanerów – i flâneureów – była w Łodzi tak nikła, iż nie zostało po niej zbyt wiele świadectw.
Być może łódzki flaner przebrał się w wygodniejsze ciuchy łazika, szlifbruka, przechodnia, spacerowicza.
Spacerowiczem właśnie – „wielkim spacerowiczem i pogromcą jezdni” – mienił się niejaki Nowik. „Łodzinskij Listok” u kresu XIX w. publikował jego Etiudy łódzkiego spacerowicza, w których można było przeczytać m.in., że: „Właściwie to w Łodzi większość ulic, szczególnie Piotrkowska, mogłaby nosić nazwę ulicy św. Wita z powodu ciągłego przemieszczania się wielkich fur z towarami (…) i z uwagi na tłok na wąskich chodnikach. Cała masa przechodniów jest czymś zatroskana, dokądś się spieszy (…)” (tłum. T. Dąbrowski).
***
Czy to poniekąd wyjaśnia niską frekwencję flanerów w Łodzi? Obok komina, dymu i harmidru to „ruch” bowiem jest absolutnie żelaznym motywem w opowieściach o Łodzi, odkąd ta stała się wielkim miastem. Wszędzie można zatem przeczytać o ruchu, pędzie, gonitwie, istnym amoku, jaki widać i czuć na ulicach Łodzi oraz twarzach łodzian.
Ilja Erenburg w tekście o jakże znamiennym tytule Łódź biega nago po świecie stwierdzał: „cóż robić – każdemu się tutaj spieszy” (tłum. anonimowe). Aleksander Bolesław Cyps dodawał zaś: „Szereg taksówek pruje powietrze, unosząc ze sobą spieszących do fabryk dyrektorów większych i mniejszych fabryk, adwokatów, spieszących do sali sądowej – ludzi pracy na wyższych stanowiskach, dla których »czas to pieniądz«. Ci ludzie, pogrążeni we własnych myślach, obojętnie wodzą oczyma po ludziach tłoczących się na chodnikach”. Jest on również autorem po mistrzowsku esencjonalnego zdania, które oddaje charakter Łodzi nowoczesnej i kapitalistycznej: „Ustawiczne krążenie, ustawiczny ruch, komunikacja bez wytchnienia”. „Tym ruchem żyje Łódź” – to już Zygmunt Nowakowski w swojej Geografii serdecznej wydanej w roku 1931.
Czy można sobie wyobrazić flanera w takim otoczeniu? Nie miałby tu łatwego życia. Żółwie tempo jego ostentacyjnych parad, niewykluczona ekstrawagancja ubioru, deprymujące gesty prowokatora i godne natręta bałuszenie oczu najpewniej by odebrano jako agresję lub męczące dziwactwo znudzonego paniczyka. W Łodzi nie było na takie cuda czasu. Najważniejsze były tutaj czas i praca. Czas odmierzany rytmem zmian w gigantycznych szwalniach, przerażającym gwizdem świstawek fabrycznych, przyborem bess i hoss, terminem weksla, godziną odbioru towaru, frachtem bawełny. „Życie w Łodzi w ogóle nacechowane było pośpiechem. Wszystko było bardzo pilne” – wspominał Aleksander Mogilnicki, poeta i prawnik. Trudno więc o bardziej niesprzyjające flanerowi miasto. Zarazem Łódź jawi się jako naturalne jego środowisko.
Flaner w Łodzi byłby wiec sobą i kimś innym – flanerem zmutowanym w kogoś innego.
Kimś, kogo z Łodzią połączyła narkotyczna więź, uzależnienie od zgiełku i ludzi, kimś napędzanym ciekawością albo nostalgią, kimś, kto ubóstwia bywać „na mieście” i ubóstwia po tym mieście łazić, snuć się, chodzić, kursować. Widziałbym zatem flanera w felietonistach przedwojennych gazet, którzy ciągle kręcili się po ulicach za tematem, w autorach takich rubryk jak Kwiatki z bruku wielkomiejskiego czy W wirze wielkiego miasta, Karolu Hillerze i Witoldzie Wandurskim, którzy w połowie lat 20. uskuteczniali po Łodzi „wędrówki artystyczne”, fotografach Łodzi – od Wilkoszewskiego po Wacha – dziennikarzach „Odgłosów” opisujących wielkie gierkowskie inwestycje budowlane na dawnych przedmieściach (przy okazji rejestrowali też postępujący schyłek miasta drewniaków, kocich łbów, rynsztoków i gangów nożowniczych) czy zwykłych ludziach, którzy po latach wracali do siebie, odwiedzali ten obrócony w ruinę raj dzieciństwa i młodości, szwendali się po okolicy, z której ubyło już tak wielu i tak wiele. I jeszcze nocną faunę miasta – ćmy barowe, cierpiących na bezsenność, nieuleczalnie samotnych, trawionych przymusem natychmiastowego opuszczenia domu, uzależnionych od tego czy owego, wstępujących w miasto, by zaznać ratunku albo ryzyka.
***
Flaner, oczywiście, być może zniknął. Nie tylko z Łodzi, ale i z innych wielkich miast. Być może jednak niektórzy z nas zechcą być flanerami. Jeśli tak, nieoceniony Hessel przygotował dla nich zawczasu credo i plan: „Nie wysyłam cię, współczesny adepcie spacerów, w obce okolice ani po to, byś zwiedzał zabytki. Zwiedź swoje własne miasto, pospaceruj po swojej dzielnicy, przejdź się po kamiennym ogrodzie, przez który prowadzi cię twoja profesja, obowiązek i przyzwyczajenie. Doświadcz en passant historii kilkudziesięciu ulic. Poobserwuj całkiem mimochodem, jak wzajemnie przysparzają sobie życia i wysysają je z siebie, jak na zmianę albo w tym samym czasie stają się cichsze i bardziej ożywione, wytworniejsze i uboższe, bardziej zwarte i kruchsze, lub jak stare ogrody utrzymują się wysepkowato bądź też obumierają ściśnięte sąsiednimi murami ogniochronnymi. Doświadcz tego, jak i kiedy ulice stają się rozgorączkowane lub senne, gdzie życie zmienia się w narastający cyklicznie ruch, gdzie zaś w przyjemnie tłoczącą się ruchliwość” (tłum. S. Lisiecka).
_
Cytaty z Tuwima, Nowika, Erenburga, Cypsa, Nowakowskiego i Mogilnickiego za dwoma tomami antologii Budzi się Łódź… (Łódź 2020, Łódź 2022). Cytaty z Hessla za „Literaturą na Świecie” (nr 8–9 2001)