Subskrybuj
Eseista, publicysta, redaktor w Wydawnictwie Czarne, publikował m.in. w „Dwutygodniku”, „Polityce” i „Piśmie”. Autor książki o afektach i złudzeniach w późnym kapitalizmie Moja osoba. Eseje i przygody (2020). Intensywnie pracuje nad książką o Łodzi i okolicach

Wmiastowstąpienie

Julian Tuwim wspominał swoją łódzką młodość: „Uganianie się za dziewczynami wymagało włóczęgi po mieście. Byłem więc szlifbrukiem i flaneurem”.

Czy w Łodzi byli flanerzy? A jeśli byli, to kim byli? Z jakich branż wywodzili się ci łódzcy flanerzy – domyślni, potencjalni – skąd ruszali na swoje cierpliwe obchody, wycieczki, maniakalne przechadzki? Czy flaner w Łodzi był artystą, na dodatek – świadomym bycia flanerem i artystą, czy może raczej kimś bardziej przyziemnym, reporterem prasy codziennej, powiedzmy, albo z lekka stukniętym naukowcem amatorem, którego zajmuje problemat cyrkulacji mas ludzkich w metropolii? Byli z Bałut czy z Chojen, ze Szlezyngu czy z Karolewa? Być może, jeśli byli, mieszkali w śródmieściu, w którejś z tych frymuśnych, dostojnych kamienic, i w śródmieściu zaczynali i kończyli trasę. Flaner w Łodzi mógł być Żydem, Polakiem i Niemcem. Albo Rosjaninem, urzędnikiem, którego car posłał na zachodnie rubieże imperium, i tenże desperacko próbuje w tym zadymionym, nieżyczliwym mu mieście nad Jasieniem i Łódką zrekonstruować sobie ukochany Sankt Petersburg i bulwar wzdłuż Newy. Niewykluczone, że byli i tacy, którzy wcale nie wywodzili się z profesjonalistów, flanerowali więc dla siebie, ale bez celu wyższego. Z domu wyganiała ich praktyczna mądrość starych almanachów i monografii antymelankolicznych, w których napisano, że chodzenie, zmęczenie chodem, zmienne widoki, jakich da się uświadczyć tylko podczas długiego chodzenia po okolicy, zagłuszają uprzykrzone głosy w głowie, koją duszę. Dlatego krążyli po Łodzi, byli flanerami.

 

***

Na pozór stawiam pytania, jakbym nie wiedział, lecz przecież zakładam w ciemno, że w Łodzi byli flanerzy, bo jest flaner symbolem i składową wielkiego nowoczesnego miasta tak jak krzykliwa reklama zewnętrzna, wysokopienna zabudowa, ulice, sensacja, tłum, ów benjaminowski „olbrzymi zbiornik elektryczności”, gazeta, dzielnice nędzy. „Miasto takie jak Londyn, po którym można wędrować godzinami, nie dochodząc nawet do początku końca (…) – jest przecież rzeczą osobliwą” (tłum. A. Długosz) – konstatował Fryderyk Engels w wydanym w 1845 r. Położeniu klasy robotniczej w Anglii. Flaner pojawił się, gdy miasto zogromniało, przez co stało się wyzwaniem, lunaparkiem atrakcji i niebezpieczeństw, zagadką, nowym krajobrazem, labiryntem, jaki, jak odkrywczo zauważał Benjamin, „(…) nie kryje już w swym wnętrzu jednego, lecz tuzin ślepych, wściekłych byków, w których paszcze wrzucać trzeba nie jedną tebańską dziewicę rocznie, lecz każdego ranka tysiące bladych szwaczek i niewyspanych subiektów” (tłum. I. Kania). Skoro więc Łódź była wielkim, nowoczesnym miastem, musiała wydać i flanera.

Sęk w tym, że natura flanera, mimo dekad pisania o flanerze – oraz flanerowaniu – pozostaje, uważam, niejasna, dość płynna, wielowymiarowa. Powrót do źródeł wiedzy o tej postaci, fenomenie społeczno-estetycznym, czyli lektura Baudelaire’a i Benjamina, a także lektura tego, co Benjamin miał do powiedzenia o Baudelairze w studium zatytułowanym O kilku motywach u Baudelaire’a, nie załatwia sprawy. Podobnie jak czytanie o flanerach berlińskich, nowojorskich, londyńskich, wszelakich.

„Poe w swoim Człowieku tłumu jako pierwszy i raz na zawsze utrwalił przypadek flâneura – człowieka, który całkowicie zrywa z typem filozoficznego spacerowicza i przybiera rysy niespokojnego, krążącego po społecznej puszczy wilkołaka” (tłum. I. Kania) – napisał Benjamin w Pasażach, ale już w rzeczonym studium baudelaire’owskim w jednym z przypisów rozwija taką oto finezyjną dygresję: „Około roku 1840 przez pewien czas należało do dobrego tonu wyprowadzanie żółwi na spacer w pasażach. Flâneur chętnie dostosowywał do nich swoje tempo” (tłum. A Lipszyc). A zatem równocześnie – żółw i wilkołak, snucie się i krążenie, nobliwość i rozdygotanie.

Tłum widzi flaner podwójnie, raz to więc groźna, lita masa, raz – fascynujące widowisko i kolektyw wielkomiejskich bliźnich. „Gdy poeta ulegał mocy, z jaką ów tłum go przyciągał, i jako flâneur stawał się jego częścią, nie opuszczało go przy tym poczucie jego nieludzkiej natury. Baudelaire staje się wspólnikiem tłumu i niemal w tej samej chwili się odeń oddziela” (tłum. A. Lipszyc) – odnotowuje Benjamin. Flaner wnika w tłum i wraz z tłumem sunie trotuarami wielkiego miasta, flaner trzyma się z boku ciżby, tłoku, zbiegowiska. Obie te wersje są prawdziwe.

„Aby się prawidłowo przechadzać, nie należy mieć nazbyt konkretnych zamiarów” (tłum. S. Lisiecka) – deklarował Franz Hessel, flaner i flanerolog, a do tego poeta, prozaik i berlińczyk.

Lecz przecież flaner ma, albo przynajmniej: miewa, konkretną misję. Albowiem bada miasto, obserwuje i podgląda tłum, jego natężony, uważny wzrok i słuch, niczym dłuto, rozłupują ludzką bryłę na pojedyncze gesty, scenki rodzajowe, detale wyglądu bądź wymowy, dzięki którym wie, z kim ma do czynienia – identyfikuje klasę społeczną, dzielnicę, charakter, fach.

 

***

Czy zatem w Łodzi byli flanerzy? Biblioteka Cyfrowa – Regionalia Ziemi Łódzkiej, aleksandryjski zbiór zdigitalizowanej prasy z epoki, właściwie kilku epok, od Łodzi fabrykanckiej przez Łódź międzywojenną i peerelowską aż po współczesną, zbiór tak zazwyczaj pomocny i hojny, w przypadku „flanera” tudzież „flâneura” sromotnie zawodzi. Gorzej – igra sobie z poszukiwaczem.

Bo oto ów klika, by na stronicach „Kurjera Łódzkiego” z listopada roku 1923 odnaleźć „flanera”, a okazuje się, iż sonar wyszukiwarki złowił fałszywe echo z głębin przeszłości i „flanera” tu nie ma, są – „flanele” (do tego m.in. szewioty mundurkowe, sukna i cajgi) ze Sklepu Bławatnego przy ul. Andrzeja 3.

Posłużenie się niespolszczonym wariantem interesującego mnie terminu przyniosło rezultaty, ale nader skąpe. „Echo” z roku 1933 w artykule Paryskie bulwary informuje, że „Każdy niemal paryżanin zachował swe cechy »flaneur’a« i gapia”. Cztery lata później „Orędownik” przynosi zaś opis przygotowań do Wystawy Międzynarodowej w Paryżu pióra „Dr. Lecha Niemojewskiego”, w tym i takie zdanie „Dreszcz musiał przechodzić każdego paryskiego flaneure’a, gdy mu mówiono, iż całe wybrzeże Sekwany oblepią pawilony, kioski i budki”.

W sukurs komuś, kto szuka śladów flanera – jego tropu odciśniętego na brukach Łodzi i książkach o Łodzi – nie przyjdą również dwa opasłe tomy antologii Budzi się Łódź…, łącznie to ponad 1400 stron!, jeden zestawiający „obrazy miasta w literaturze do roku 1939”, drugi – „obrazy miasta – między literaturą a publicystyką”. Choć niemało tutaj relacji z pokonywania Łodzi na własnych nogach – wizyt zarówno osób łódzkich, jak i zamiejscowych…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Co z ciebie wyrośnie