Karolinie i Marcelinie
Gdy 22 lata temu rozstawałem się z partnerem, na odchodnym usłyszałem: „To był bardzo dobry związek, ale niestety zabrakło w nim dzieci”. Faktycznie, w naszej budowanej intuicyjnie quasi‐mieszczańskiej relacji doszliśmy wówczas do ściany – uratować nas mogły tylko wspólny kredyt, biznes lub potomstwo. Fantazjowaliśmy nawet, że jedna z naszych przyjaciółek, prowadząca życie wielce rozrywkowe, zjawi się pewnego dnia z becikiem i oznajmi: „Jak chcecie, to bierzcie”. I chyba dobrze, że tak się nie stało, bo ojcem byłbym zapewne marnym i toksycznym. Umierać z niepokoju, gdy nie wrócą na czas ze szkoły? Rzutować na nie własne chore ambicje i zadręczać je swym „wiecznym zmartwieniem”? Wydawać pieniądze na kursy angielskiego albo lekcje fortepianu i tenisa zamiast na książki lub fajanse? Bez szans, to z pewnością by nie wyszło. Zresztą dzieciaki znajomych zajmują mnie najwyżej przez 15 minut, po których nudzę się i zaczynam robić dobrą minę do złej gry. Podobno własne traktuje się inaczej, jednak tego już nie sprawdzę. Czy aby jednak na pewno?
Doktorvater – ojciec…