Tłumaczył Michał Rogalski
Zwykle kiedy opowiadam o zagadkowej i gorzkiej historii judaizmu, uciekam się do zwrotu „bliskość z Bogiem”. Jakie znaczenie może przypisywać tym słowom dorosła i racjonalna osoba u schyłku tysiąclecia? Czy mogą mieć inny sens niż ten metaforyczny, narracyjny lub konwencjonalnie wspomnieniowy (historyczny) i czy, co gorsza, da się je poddać poważnej analizie? Postawa ateistyczna ma za sobą solidne argumenty. Stoicka trzeźwość i przytomne żądanie dowodów, które się z nią wiążą, zasługują na szacunek.
Wobec cierpienia
Jak zawsze sednem problemu jest teodycea. Jeśli Bóg istnieje, to dlaczego godzi się na rażącą niesprawiedliwość i okropieństwa ludzkiego losu? Może jest złośliwym tyranem torturującym, poniżającym, głodzącym i zabijającym mężczyzn, kobiety i dzieci „jako chłopce muchy” (tłum. W. Dzieduszycki). A może raczej bóstwem o ograniczonej lub wyczerpanej potędze. Choć idea ułomnego lub bezsilnego Boga przenika moje dzieła literackie, to sama w sobie graniczy z absurdem. Od wieków próby „wyłożenia ludziom spraw bożych” sięgały po okrutny paradoks wolności. Mężczyznom i kobietom dano wolność wyboru i działania, a to pozwala także wyrządzać innym i sobie samym zło. Bo i jak inaczej miałyby istnieć zasługi czy odpowiedzialność? Powstały legendy o zadośćuczynieniu: za niesprawiedliwe cierpienia przyznaje się w nich wieczne nagrody. Jednak żadna z trzech powyższych narracji – ani diaboliczna, ani bezsilna, ani zadośćuczyniająca – nie odwołuje się do rozumu. Każda na swój sposób obraża inteligencję i poczucie moralności. Pytanie i odpowiedź zadane podczas tortur i powieszenia głodującego dziecka w Auschwitz („Gdzie jest teraz Bóg?”, „Bóg jest tym dzieckiem”) jest z kolei mniej lub bardziej mdlącą dawką antropomorficznego patosu. Argument z krzyża, doktryna o odkupieniu przez ofiarę i zamianie kozła ofiarnego z człowieka – Abraham i Izaak – na chrześcijańskiego Boga Ojca i jego jednorodzonego Syna może przekonać tylko przekonanych. Dziwne jest i to, że ta argumentacja – poza wybranym Zachodem – była niedostępna dla większej części upadłej ludzkości. Żaden przypadek nadprzyrodzonego objawienia czy interwencji, żadna wiadomość ze świata przekraczającego śmiertelność nie okazały się nigdy, w żadnym opartym na dowodach badaniu empirycznym lub logicznym, niczym więcej jak tylko wytworem ludzkiej wyobraźni lub dyskursu. Sprawa jest równie stara co presokratyk Ksenofanes: gdyby bydło przyjmowało istnienie boga (może i przyjmuje), ów bóg miałby rogi i kopyta. Ten sam pogląd z zimnym okrucieństwem rozumu powtarza Hobbes w Lewiatanie (I, 12): „Za bogów uważano mężczyzn, kobiety, ptaka, krokodyla, cielę, psa, węża, cebulę, pory” (tłum. Cz. Znamierowski).
Powody takich rozrzutnych fantazji nie są bynajmniej tajemnicze. W ludzkiej psychice nie brak miejsca na infantylizm, irracjonalizm, napady lęku i wstrząsy poczucia winy.
Miliony mieszkańców naukowo-technologicznego Zachodu kierują się w codziennym życiu wskazówkami astrologii.
Trzynastego dnia miesiąca nie wstawaj z łóżka bez drobnego egzorcyzmu. Traktuj czarne koty jak coś nieco demonicznego i zadrżyj, słysząc burzę. Póki co wciąż jesteśmy w żłobku możliwej ewolucji. Tęsknimy za nianią, równocześnie się jej bojąc. Przeświadczenie o kosmicznej samotności, podobno nieintuicyjna hipoteza doskonale przypadkowego, „bezsensownego” porządku naturalnego („bezsensownego” dla garstki hominidów w przypadkowym zakątku jednej z wielu galaktyk) jest dla znakomitej większości z nas nie do zniesienia. Pragniemy świadka naszego byle brudu – niech się i nawet rwie do jego sądzenia. W chorobie, psychicznej lub materialnej niedoli, kiedy nasze dzieci umierają na naszych oczach, zanosimy wołania. To, że nasz krzyk trafia w pustkę, że jest zupełnie naturalnym, może nawet terapeutycznym, odruchem, ale niczym więcej, jest niemal nie do wytrzymania. Niewątpliwie wiara w zmartwychwstanie Elvisa Presleya i modlitwy zanoszone przy jego neonowym grobie dają ukojenie i nadzieję jego wyznawcom.
Z punktu widzenia tego świata religie instytucjonalne znacząco przyczyniły się do wielu okrucieństw historii. Niezliczone pokolenia, wspólnoty etniczne i grupy społeczne były prześladowane, zniewalane, masakrowane i siłą nawracane w imię wskazań doktryny. Kręta, ale wyraźna droga wiedzie od średniowiecznych pogromów do nazistowskich obozów śmierci. Islam zabijał od swych początków. Banalne jest spostrzeżenie, że wojny religijne i tępienie herezji krucjatami należą do najbrutalniejszych i najbardziej kosztownych przedsięwzięć w dziejach. Także dzisiaj, czy to w Irlandii Północnej, czy w Bośni, czy na Bliskim Wschodzie, czy w Indonezji, szaleją konflikty religijno-ideologiczne. Ateizm nie zna ani herezji, ani „świętych wojen” (wulgarny idiom). Nic w jego prywatnej, pozbawionej instytucjonalizacji strukturze nie nawołuje do nienawiści. Z samej swojej natury nie wymaga nawracania. Rzadkie przypadki „wymuszanego ateizmu”, np. tego stalinowskiego, są prostą imitacją i głupią parodią kościołów państwowych. Nie sposób także wykazać, że postępowanie wierzących pod presją sankcji i obietnic religii jest lepsze niż zachowania ateisty lub humanisty agnostyka. Chciwość i hipokryzja kwitną w społeczeństwach żyjących w cieniu synagog, kościołów i meczetów, z kolei przyzwoitość i wynikająca z własnych decyzji oraz zobowiązań moralność to także sekularne wartości. Z tego powodu Iwan Karamazow, będąc świadkiem braku reakcji Boga na zachłostanie niewinnego dziecka na śmierć (rzecz powtarzająca się codziennie, tysiącami), dokonuje słynnego zwrócenia mu „biletu wejścia”. Żeby było jasne, nie ma cienia dowodu, że człowiek w ogóle kiedykolwiek taki bilet dostał.
Wobec nauki
Wszystko to klasyczne ustalenia. Kompleksowość, weryfikowalność i siła przewidywań darwinizmu dodały im ciężaru (choć nie zniknęły uparte znaki zapytania). Zbliża się koniec milenium, a kosmologia i astrofizyka dostarczają coraz spójniejszych, potwierdzonych eksperymentalnie modeli stworzenia. Pojęcie „początku” zyskuje własną matematykę. Pytanie, „co było przed” nanosekundami Wielkiego Wybuchu, nie ma sensu. Uderzając w niepokojąco augustyński ton, kosmologowie postulują, że czas zaczyna istnieć razem z właściwym mu kosmosem – a kosmosów całkiem prawdopodobnie jest niezliczona mnogość, każdy z własną charakterystyką czasoprzestrzenną, „strunami” kolejnych wymiarów materii i antymaterii, zaś żaden z nich nie stanowi wyróżnionego dzieła stworzenia. Kwestia tego, co „przed”, dręczy nas uparcie tylko dlatego, że ludzkie rozumowanie jest uwięzione w atawistycznej grze językowej. Długo po Koperniku trzymamy się „zachodu” i „wschodu” słońca (lądowanie na Księżycu prowokuje do mówienia o wschodzie i zachodzie Ziemi).
Tworzenie w laboratoriach samoreplikujących się cząsteczek, manipulowanie DNA w imię socjogenetycznych założeń – wyeliminowanie chorób dziedzicznych, klonowanie armii – są w zasięgu ręki. Tego rodzaju zmiany będą wymagały od nas rewizji pojęciowego alfabetu. Wszystko, co przez tysiąclecia stanowiło budulec teologicznych i teleologicznych narracji, utraci na znaczeniu lub zostanie gruntownie przeformułowane, niezależnie czy to deistyczny postulat stworzenia wszystkiego przez boskiego architekta, czy myślenie w kategoriach osobistego, jednostkowego przeznaczenia.
Jak zmieni się status ontologiczny ludzkiego życia i osobowości, jeśli zaczną być multiplikowane, ulepszane i kontrolowane w laboratorium, w zinformatyzowanym banku nasienia?
Świadomość na razie jeszcze jest nieuchwytnym zagadnieniem. Sięgając po podstarzałe wyrażenia – niewykluczone, że ironicznie – biochemicy, neurofizjologowie, genetycy i psychologowie kliniczni określają kwestię świadomości mianem „Świętego Graala”. Dziś to kluczowy cel ich poszukiwań. Znalezienie odpowiedzi będzie wymagało czasu i geniuszu, ale, jak twierdzi Francis Crick, nie ma powodu, aby sądzić, że problem jest nierozwiązywalny. Sięgając po frazę, której buńczuczna dwuznaczność i arogancja rozgościły się w języku, nauki przyrodnicze, owe „teorie wszystkiego”, zdołają wkrótce poznać „umysł Boga” (Hawking). Co oznacza tyle, że w niedługim czasie zdobędą teoretyczne i eksperymentalne poznanie neurochemii organizmów, które z prymitywnego i tymczasowego braku lepszych słów wymyśliły sobie „Boga”. Przywołam Hobbesa, raz jeszcze: „Cześć boską oddawali też swemu własnemu rozumowi pod nazwą muz; swej własnej niewiedzy pod nazwą Fortuny; swej własnej chuci pod nazwą Kupidyna; swemu własnemu gniewowi pod nazwą Furii; swoim własnym członkom pod nazwą Priapa…”.
Pragnąłbym zgodzić się na te przenikliwości. Nie jestem w stanie oprzeć się ich spokojnej sile. Pociągają za sobą egzystencjalne konsekwencje, które uważam za wyzwalające – zwłaszcza w kwestii śmierci. Przy naszym terapeutyzującym podejściu śmiertelnie chorzy, starzy ludzie pożerają coraz więcej zasobów, czasu i energii młodych. Na horyzoncie rysuje się żałosna gerontokracja. Wystarczy raz poczuć zapach strachu i moczu na oddziale geriatrycznym albo usłyszeć bezradny krzyk osoby chorej na alzheimera, żeby zrozumieć okropne – pochłaniające nie tylko pacjentów – marnotrawstwo sztucznie podtrzymywanego życia. Dryfowanie przez ból w kierunku bycia rośliną oznacza zbezczeszczenie w sobie i w innych wartości, jaką jest tożsamość. Ateizm przyznaje każdemu prawo wyboru. Żaden zaświat się w to nie włącza i nie dostaje prerogatyw. Żadne mistyczne, z góry wyznaczone powołanie – „Bóg dał mi życie i tylko On może zdecydować, kiedy przyjdzie zwrócić ten dar” – nie odgrywa w tym roli. Czy istnieje fanatyzm bardziej złowieszczy niż utrzymywanie przy życiu tych, którzy chcieliby odejść? Kiedy przyjdzie czas, pragnę wyjść po swojemu.
Mówiąc krótko, chciałbym móc pozbyć się archaicznych gier językowych czy wręcz „patologii mowy” przynależnych światopoglądowi religijnemu. Chciałbym móc wyrosnąć z tej „dziecięcej choroby” (sformułowanie Lenina, ale mogłoby wziąć się też od Freuda) i dojrzeć do czysto racjonalnego, naturalistycznego porządku, który odpowiada jedynie wobec rozumu i samotności.
W dobrym towarzystwie
Listy są nudne i niczego nie dowodzą. Ale jak inaczej miałbym wytłumaczyć się z moich „wahań” (elegancki termin zaproponowany „błądzącym” przez Majmonidesa)? Przecież każde wyliczenie wybitnych umysłów, analitycznych i myślowych zdolności przekraczających normę musi uwzględniać – ograniczmy się do zachodniej tradycji – Sokratesa, Platona, Arystotelesa, Augustyna, Pascala (który pod wieloma względami posiada pierwszorzędną wrażliwość naukową), Newtona i Immanuela Kanta. Z kolei tam, gdzie rozumne diagnozy próbują liczyć się z dokonaniami potężnej siły wyobraźni czy też „dowodzenia” przez przykład, skorowidz odwołań obejmuje Dantego, Tołstoja i Dostojewskiego. „Bożą obecność” wykazano w pracach Kartezjuszy, Einsteinów i Wittgensteinów. Chyba nie trzeba kontynuować? Teza jest oczywista: to, co w naszym dziedzictwie „najlepszego pomyślano i stworzono” [best that has been thought and formed], z pewnymi charakterystycznymi wyjątkami (Szekspir?) jest w ten czy inny sposób nadpisane na boskiej obecności, na nieempirycznym wymiarze rzeczywistości, z którego czerpie. Nie ma Bacha ani Beethovena, ani Michała Anioła bez tej dodatkowej gwarancji. Polemika jest nie mniej trywialna: owe wielkie autorytety coraz wyraźniej należą do przeszłości. Stanowią świadectwo pewnego etapu w postępującej biochemicznej ewolucji homo (wciąż nie całkiem) sapiens sapiens. Trocki obiecywał przecież, że wyrośniemy nawet z Goethego czy Arystotelesa.
Dostrzegam dumną logikę tej kontrargumentacji, uważam ją jednak za wadliwą. W naukach ścisłych i stosowanych postęp podlega weryfikacji. Z kolei założenie, że ja albo ktokolwiek inny nabywamy – na mocy samego tylko kontekstu społeczno-intelektualnego lub upływu bardzo krótkiego czasu – zdolności do analitycznej refleksji i wglądu w naturę człowieka, które okazują się rozleglejsze i wnikliwsze (bo nie powiem „zupełnie inne”) niż bystrość Platona, Dantego lub Pascala, wydaje mi się skrajnie wątpliwe. Podobnie jak zbliżone stwierdzenie, że tego rodzaju mężczyźni i / lub kobiety byli ofiarami zbiorowej iluzji, zgodnie przyjętych przesądów, które logika nazywa „błędami kategorialnymi” (pomyleniem jednej gry językowej z inną). Nie przekonuje mnie mniemanie, że wyrośliśmy ze Spinozy lub Kanta i teraz inaczej opowiadamy nasze historie. Tak, wiem, wszelkie argumenty z autorytetu są podejrzane (choć plenią się i w naukach ścisłych). Niemniej jeśli mielibyśmy sobie swobodnie dobierać myślowe towarzystwo, to wśród tego, co do wyboru, przeważają wierzący. Odrzucenie tego stanu rzeczy i przypisywanie spostrzeżeniom takich osób wyłącznie retorycznego lub antykwarycznego znaczenia oznacza uznanie większej części naszej cywilizacji za niebyłą.
Tylko czy nie taki skutek miały właśnie „nieobecność Boga” w Auschwitz i śmierć dziecka na oddziale onkologicznym?
Przywoływanie wspomnianego porządku – ogromnie intuicyjnego, ale pustego logicznie – wypełnia metafizykę, sztukę, literaturę i muzykę, którymi żyłem. Zakłada się w nich, że nieustannie dochodzi do niewytłumaczalnego cudu bardzo osobistych spotkań i relacji określonego rodzaju. W końcu nie tylko na Zachodzie większość ludzkich wytworów – duchowych, materialnych, intelektualnych – powstaje „ku większej chwale Bożej”. Ad maiorem Dei gloriam. Oresteja Ajschylosa i Timajos Platona; księgi Hioba i Psalmów; świątynie w Paestum i nasze katedry; Augustyńskie Wyznania i Dantejska Komedia; kaplica Sykstyńska oraz Missa solemnis. Wyobraźmy sobie krajobrazy wokół nas bez miejsc kultu; wyobraźmy sobie sztuki plastyczne i muzykę bez odniesień do wiary; wyobraźmy sobie filozofię i metafizykę, od presokratyków po Heideggera, którym brakuje nakierowania na…, badań nad… i debaty o doświadczeniu religijnym, pierwszych zasadach i pierwszym poruszycielu. Przywoływałem już Szekspira jako możliwy i rażący wyjątek. W jego sztukach brak jakiegokolwiek identyfikowalnego stanowiska religijnego, a jednak „pytanie o Boga” – czasami – pojawia się tam z całą grozą: w Królu Learze, w niejasnych przypowieściach o zbawieniu przez trwające do końca uczucie. Nie da się z tego jednak ulepić żadnego credo.
Świętość muzyki
Wszędzie indziej różnorakie estetyki i dyskursy filozoficzne naszej tradycji proklamują, alegoryzują, zgłębiają i narratywizują „czekanie na Godota”. Zwłaszcza muzyka jest czule uwikłana w takie sugerowanie. Znaczna jej część jest w powszechnym mniemaniu „święta”. Dotyczy to zarówno kantat Bacha i Mozartowskiego Requiem, jak symfonii Mahlera i kantyków Brittena, tyle że ten związek równocześnie mocniej je przenika i jest trudniejszy do uchwycenia. Jak próbowałem pokazać, u większości z nas muzyka, którą cenimy i która zamieszkuje nas w sposób niezastępowalny, prowadzi do pogłębienia wrażliwości na emocje nazywane przez psychologów „uczuciami oceanicznymi”. Czujemy się „porwani”, „uniesieni” równie onieśmielająco i ekstatycznie jak Mikołaj Podszewka. Tylko jak i…