Tekst ukazał się w wydaniu papierowym pod tytułem Widok z kuchni Luciusa.
W kuchni Luciusa pachnie tak, jakby dopiero co zdjęto garnki z pieca. Przechodzę przez kolejne pomieszczenia i mam wrażenie, że przed chwilą ktoś tu był, zaraz na pewno wróci. Kiedy z domu Luciusa przechodzę do villa urbana, wrażenie tylko się potęguje. Stoły zapełnione po brzegi czekają na debatujących. Za chwilę zrobi się gwarno. Wielka, otwarta letnia kuchnia wychodzi szerokim oknem na pejzaż, którego ostatnia, niebieska nitka to kołyszące się w oddali blokowiska mojego miasta. Tak sobie to wyobrażam. To tylko jedna z wąskich, koloryzowanych tasiemek na horyzoncie, zupełnie teraz odrealniona.
W termach woda skacze po suficie, migocze, zapach chloru i skóry, rzędy skórzanych butów stoją na półkach, brakuje tylko zmęczonych stóp, które je wyzuły. Ale złudzenie pozostaje. Jak to możliwe? 30 minut drogi od mieszkania? 30 minut drogi z komunistycznego środkowoeuropejskiego osiedla i oto jestem w prawdziwym rzymskim mieście. Carnuntum, stolicy górnej Panonii. 15 km od Bratysławy. Pieczołowicie zrekonstruowany rzymski kwartał, postawiony na planach odkopywanych tu przez lata fundamentów, prawdziwych fundamentów, dający namacalne wrażenie życia codziennego starożytnych. Cywilizacji, która miała chronić świat przed barbarzyńcami, czyli moimi przodkami. Tymi zza Dunaju. Jestem córką barbarzyńców. Ale to tylko 15 km stąd. 15 km od Bratysławy. W muzeum Carnuntinum, umieszczonym kilka kilometrów od zrekonstruowanej rzymskiej dzielnicy, spoglądam na podobiznę cesarza Hadriana. Mówię do męża: spójrz, wygląda jak ty. Śmieje się. A przecież część jego rodziny pochodzi znad Małego Dunaju, chociaż część pochodzi również z Moraw, część z Niemiec, a część z Węgier. A jednak widzę te rysy. Widzę szerokie płaty policzków i zarys nosa. Wszystko, co nad Dunajem się kotłowało, nad Dunajem przecież zostało. Może to więc być ten środek, ten punkt odniesienia?
Koniec Europy Środkowej?
Ponieważ mówię po słowacku i mieszkam w Bratysławie, z której blisko i do Wiednia, i do Pragi, i do Budapesztu, stosunkowo często zaprasza się mnie do wzięcia udziału w dyskusjach na temat: „Czym jest dzisiaj Europa Środkowo-Wschodnia? Jak rozumiemy to pojęcie?”. Czasem nawet ktoś z organizatorów takich debat stara się być nieco prowokacyjny i śmiało stawia pytanie: „Czy Europa Środkowa ma sens?”. Drążenie tych pytań na stałe zapisało się w moim grafiku. Kilka razy w roku spotykam się z innymi, z reguły mężczyznami w średnim wieku, żeby międlić ten temat na scenie. Dlaczego międlić? Bo kręcimy się w kółko, próbując nie recyklować swoich spostrzeżeń, omijać dyskusje o Bizancjum i o szlaku bursztynowym, starać się rozszerzać perspektywę o kwestię Ukrainy, lecz nasze wnioski raczej są miałkie.
Nie ukrywajmy, że z reguły debaty te organizowane są nieco na wyrost, ponieważ często letnie festiwale finansowane są przez Grupę Wyszehradzką (V4, czyli Polskę, Węgry, Czechy i Słowację), która w zamian za mecenáš wymaga włączenia siebie samej w program. Mogłoby to być nawet zabawne, gdyby nie fakt, że w kuluarach już dawno dyskutuje się o zmierzchu koncepcji, która w nowym rozdaniu w Europie miała przydać nam łatkę inną niż „obszar postsowiecki”. Pojęcie Europy Środkowej ostatni raz było nam potrzebne właśnie po rozpadzie Związku Radzieckiego. I od tego czasu niczego nowego nie wymyśliliśmy. Niczego, co posłużyłoby nam za argument o naszej rzekomej wyjątkowości. Skoro go nie wymyśliliśmy, nie zdołaliśmy również przekonać do siebie Europy. Pamiętajcie, że ludzie tam po prostu są mili. Ale dla nich jesteśmy kłopotliwymi barbarzyńcami, którzy przyszli najeść się do wyłożonej piękną terakotą villa urbana. Kiedy w 2021 r. przeprowadzałam wywiad ze słowacką polityczką i byłą ambasadorką w Polsce Magdą Vášáryovą do zbioru Wyszehrad porwany. Rozmowy o Europie Środka, powiedziała mi: „V4 pozwoliło nam (…) wyraźniej zaistnieć w nowym porządku międzynarodowym. Przez pierwszych dziesięć lat po 1993 roku Zachód nas nie rozumiał, dziennikarze pisali, że nasza samodzielność nie ma żadnego sensu”. Integracja z Zachodem była więc jednym z kluczowych zadań grupy, próbą dowiedzenia, że należymy do tego samego klubu, w końcu ci podli Rzymianie doszli przecież aż tutaj. Skoro postawili swoje miasta, widzieli chyba w tej ziemi jakiś sens. Widzieli?
Po upadku komunizmu nikt pewnie nie zastanawiał się nad Górną Panonią, ale ja dzisiaj mogę. Bo międlę ten temat i bezradnie rozkładam ręce.
Nie wiem, czy oprócz tej narracji po zimnej wojnie pojawił się jakiś inny pomysł na Europę Środka. Być może była nim eurointegracja? Ale to był raczej cel, który obiecywał konkretne benefity, symboliczne wpisanie się na listę europejskiego dziedzictwa i ostateczne zerwanie ze wschodnim mirem. To był cel, obietnica, wyzwanie czy słowo, które weszło wraz z procesami eurointegracji: nowy projekt. Nie dotyczył on jednak tożsamości, tylko bezpieczeństwa i stabilizacji obszaru problematycznego, którym byliśmy. Staraliśmy się więc udowadniać, że jesteśmy zachodni na wszelkich szczeblach, podkreślając, że nasze produkty dorównują standardom europejskim, że nasza muzyka jest na europejskim poziomie i że klej Atlas i ceramika Koło to wszystko, czego Europa potrzebuje. Lecz oprócz Europy musieliśmy też trochę przekonywać siebie. Kto dziś jeszcze pamięta programy typu Europa da się lubić?
Ukraiński Złoty Graal
Poprzez te nieustanne próby udowadniania, że jesteśmy Zachodem, prawdopodobnie straciliśmy jedyną szansę, żeby wnieść do Europy rzeczywistego Złotego Graala, a więc: umiejętność zrozumienia Rosji. Pokazać Europie Zachodniej realność zagrożenia ze strony kraju, który po demontażu ZSRR nie miał przecież ochoty schodzić ze sceny. Kto był tutaj ekspertem? Ukraina. Oksana Zabużko w rozmowie, którą przeprowadzałam z nią w tym roku w ramach festiwalu Ypsalon w Trnawie, mówiła o potrzebie nauczania Europy „odporności na rosyjski blef”.
Gdybym więc z dzisiejszej perspektywy miała oceniać przyczyny niepowodzeń i kryzysu koncepcji Grupy Wyszehradzkiej, która, chcąc nie chcąc, przy zagadnieniu Europy Środka nasuwa mi się jako pierwsza – chociaż wiem, że jest to odpowiedź instant, odpowiedź zafałszowana, bo niepełna, są przecież Bałkany, są przecież kraje nadbałtyckie, jest przecież rozumiejąca Rosję Finlandia, a nie nazywamy ich nazbyt często państwami środka – gdybym z dzisiejszej perspektywy miała jednak powiedzieć, dlaczego ta koncepcja się nie powiodła, chociaż mogła, powiedziałabym, jako osoba po studiach ukrainoznawczych, że zrobiliśmy dla Ukrainy za mało. Skupiliśmy się na swoim miejscu w Europie, na złudnej próbie odnalezienia dialogu między sobą, dialogu, który był pewnym mitem, nostalgicznym wyobrażeniem o byłej monarchii, jak karczmy z szyldem „c.k.”, dialogu, którego w rzeczywistości być może nigdy nie było, choć istniała polifonia języków przecież, polifonia, którą sama romantyzuję. Skupiliśmy się na kręceniu się w kółko, zamiast zadać sobie pytanie, z jaką propozycją wyjść Europie naprzeciw. Propozycją, której nie dostanie od nikogo innego.
Jak słusznie zauważa Zabużko, jedynie Ukraińcy pokazali, że są narodem absolutnie odpornym na rosyjski „blef”. A mówimy o państwie mającym za sobą tak ogromną traumę jak Wielki Głód (o którym należało milczeć przez dziesięciolecia), rozstrzelane odrodzenie, łagry. Ukraińcy w ramach swojej własnej, tworzącej się na nowo tożsamości nie międlili traum, tylko małymi krokami, najpierw rewolucją na granicie z 1990 r., potem poprzez pomarańczową rewolucję, rewolucję na Majdanie i wreszcie odpowiedzią na atak Rosji stopniowo dokonali tego, czego nie były w stanie dokonać inne kraje środka. Zintegrowali się. Przez lata, również w polskich tłumaczeniach, wychodziło mnóstwo publikacji dowodzących istnienia dwóch Ukrain, zupełnie do sobie nieprzystawalnych. Nawet intelektualiści ukraińscy, spadkobiercy fenomenu stanisławowskiego, z lubością podkreślali te różnice między cywilizowanym człowiekiem galicyjskim a nieokiełznanym, na poły zmutowanym homo sovieticusem. Mimo wszelkich inżynierii społecznych, niesprzyjających czynników zewnętrznych, a nawet wbrew swoim intelektualistom Ukraińcy potrafili jednak się skonsolidować, podczas gdy rozłam społeczeństwa w Polsce czy na Słowacji jest odczuwalny niemalże każdego dnia.
Wróćmy do koncepcji Grupy Wyszehradzkiej. Vášáryová we wspomnianym wywiadzie przyznaje, że głównym, a dzisiaj już zapomnianym zadaniem specjalnym stawianym przed grupą było usunięcie struktur militarnych ZSRR z „nowej” poszerzonej Europy. Zrozumilo, jak to się powie po ukraińsku. Tylko co potem? Cóż, znowu zajęliśmy się sobą. Oczywiście po zmianie systemowej wszyscy pogrążeni byliśmy w zapaści, a o demokracji wiedzieliśmy tyle, że na Słowacji przeprowadzono konkursy na ministrów, jak przeprowadza się wybory miss, o czym pisałam w książce Ufo nad Bratysławą. Polska poprzez swoje doświadczenia historyczne ma wyraźnie określony stosunek do Rosji, podczas gdy Słowacja według badań jest jednym z najbardziej rusofilskich krajów Europy. Nie było jednak przez lata między nami próby dialogu, próby zrozumienia, dlaczego tak jest. Polacy pytają tylko, z fałszywą troską, jak to możliwe. Jak to możliwe, że Słowacy są rusofilami? Nie znają bowiem kompletnie słowackiego kontekstu historycznego, w którym Rosja odgrywała zupełnie inną rolę niż w Polsce. To przecież Madziarzy i ambicje Królestwa Węgier, które Słowaków widziało tylko jako mieszkańców Górnych Węgier, stanowiły główną przeszkodę w tworzeniu się niezależnej słowackiej tożsamości – to nie rusyfikacja zatem, lecz madziaryzacja stała im na przeszkodzie. Oczywiście sprowadzanie słowackiego rusofilstwa tylko do kwestii madziarskiej jest uproszczeniem – mamy jeszcze kwestię awansu społecznego w czasach socjalizmu i wiele innych przyczyn – jednak pamięć o szerszym kontekście historycznym w tych zatroskanych polskich pytaniach o rusofilstwo jest tutaj kluczowa. Lata sowieckiego zvezu również nie wystarczyły, żeby ten obszar zatonął w ramionach fałszywego braterstwa i nauczył się czegoś o sobie nawzajem. Skupiliśmy się każdy na swojej narracji, a te nie zawsze były zbieżne.
Zaprzepaściliśmy zatem szansę bycia mediatorem pomiędzy Europą, której brakuje orientacji w tematach wschodnich, a przy tym kuszona jest konkretnymi propozycjami ze strony Rosji, i Ukrainą, która odczytuje Rosję jak nikt inny.
My rozumiemy Ukrainę lepiej od Europy, a Ukraina rozumie Rosję lepiej niż my. Być może taki scenariusz przyniósłby nam korzyści. Lecz dzisiaj jest już za późno. Dzisiaj widzimy dobrze, że Europa woli trzymać nas w rezerwie, a Ukrainę szanuje, choć tylko z daleka. Śle jej te wszystkie obietnice, ale to przecież tylko ochłapy uwagi. Pozwala wykrwawiać się dziesiątkom tysięcy ludzi, ginących również za nich. Bo procedury pomocowe trwają niesłychanie długo, są niesłychanie ostrożne, a wojna toczy się w innym rytmie.
Zaprzepaściliśmy swoją szansę również na poziomie naszego ego – mogliśmy stać się ważnymi graczami, a nie słomianymi chachłami w europarlamencie, z których zachodni internet robi memy. Przede wszystkim jednak mogliśmy uchronić Ukrainę. Ktoś powie, że trudno było przekonać Zachód świeżo po skończeniu zimnej wojny do konieczności eurointegracji Ukrainy. Desowietyzacja może przebiegła sprawnie u nas, jednak w Ukrainie nie było mowy o szybkim usunięciu armii radzieckiej (rosyjskie wojska na Krymie stacjonowały przecież aż do momentu aneksji), a poza tym Ukraina w latach 90. nie była Ukrainą z dzisiaj. Nie, nie była. Nie twierdzę, że te procesy miały czy mogły zacząć się od zaraz, ale mierziło mnie zawsze, że w dyskusji o tym, kto jest bardziej europejski: Turcja czy Ukraina, dla Europy zawsze wygrywała ta pierwsza. Pora przeto zadać sobie niewygodne pytanie: kim dla Europy w obliczu wojny w Ukrainie jesteśmy my, pozostałe kraje demoludów? Jesteśmy poduszkami powietrznymi. Jeśli Rosja zaatakuje, to my przyjmiemy na siebie siłę uderzeniową. Czy jesteśmy więc zasiekami Europy? Peryferiami, na których wciąż walczą ze sobą wielkie imperia? „Frontem nawet w czasie pokoju”, jak pisze w zbiorze esejów o Słowacji Ľubomír Lipták? Ziemią, na której „nawet wówczas, kiedy nikt o konflikcie zbrojnym nie słyszał: wątpliwości stanowią zdradę, ostrożność jest tchórzostwem, wahanie – pułapką, rozum – źródłem spekulacji, narzekanie – buntem” (tłum. M. Bystrzak).
Jesteśmy dla Zachodu jak ość
W Bratysławie trudno o tym nie myśleć, kiedy w ponury, mglisty listopadowy dzień przechadzam się po opuszczonym i opanowanym przez dziką roślinność areale bazy rakietowej, która nigdy nie została oddana do użytku. Bo nie zdążyła. System sowiecki padł szybciej, niż zdążyła mu się przysłużyć. Dziś spacer ten przypomina tani horror klasy B albo planszę z jakiejś starej strzelanki, ciężko jednak zapomnieć o tym, że my też mieliśmy być mięsem armatnim w wielkiej wojnie ZSRR z Zachodem. Kiedy nad brzegiem Dunaju widzimy się jak co roku przy jednym z bunkrów, który jest popularnym miejscem letnich spotkań przy ognisku, ta myśl pojawia się z tyłu głowy. Kilka kilometrów do Hainburgu, 15 km od Carnuntum.
I kiedy po raz kolejny jadę na jakieś spotkanie, w którym będę w zasadzie w sposób sfingowany rekonstruować imitację żywego zainteresowania odpowiedzią na pytanie, jakie jest znaczenie pojęcia Europa Środkowa, wszystko jedno, czy to w Ołomuńcu, Rimawskiej Sobocie, Budapeszcie czy Krakowie, znowu będę udawać, że mam nadzieję, iż znajdę niesłychanie bystrą odpowiedź, a przecież jestem sobie tylko gdybającą pisarką. Kiedy więc po raz kolejny zostanę wezwana na scenę, żeby dywagować na ten temat, w nagrodę za wysiłek otworzę własne pytanie, podstawowe pytanie, które mielę w żarnach swojej czaszki codziennie, bo prowadzę przecież wielokulturowy dom, zadam sobie to pytanie, odbiję się potem od niego i spróbuję zaaplikować je na całe zagadnienie, zadam…