Subskrybuj
Weronika Gogola fot. Michal Majerník
Ur. w Nowym Sączu. Wyrastała w Olszynach, którym to postanowiła poświęcić swój debiut prozatorski Po trochu. Książka była nominowana do Nagrody Literackiej dla Autorki Gryfia, Nagrody Literackiej Nike, Nagrody Literackiej Europy Środkowej Angelus, zyskała nagrodę...

Czy istnieje coś takiego jak Europa Środkowa?

Czy istnieje coś takiego jak Europa Środkowa? Międlę ten temat niemal etatowo, kilka razy w roku na spotkaniach z panami w średnim wieku. Bardziej interesuje mnie jednak co innego: gdzie w tym wszystkim jestem ja, polska pisarka mówiąca po słowacku z bratysławskim akcentem? 

Tekst ukazał się w wydaniu papierowym pod tytułem Widok z kuchni Luciusa.


W kuchni Luciusa pachnie tak, jakby dopiero co zdjęto garnki z pieca. Przechodzę przez kolejne pomieszczenia i mam wrażenie, że przed chwilą ktoś tu był, zaraz na pewno wróci. Kiedy z domu Luciusa przechodzę do villa urbana, wrażenie tylko się potęguje. Stoły zapełnione po brzegi czekają na debatujących. Za chwilę zrobi się gwarno. Wielka, otwarta letnia kuchnia wychodzi szerokim oknem na pejzaż, którego ostatnia, niebieska nitka to kołyszące się w oddali blokowiska mojego miasta. Tak sobie to wyobrażam. To tylko jedna z wąskich, koloryzowanych tasiemek na horyzoncie, zupełnie teraz odrealniona.

W termach woda skacze po suficie, migocze, zapach chloru i skóry, rzędy skórzanych butów stoją na półkach, brakuje tylko zmęczonych stóp, które je wyzuły. Ale złudzenie pozostaje. Jak to możliwe? 30 minut drogi od mieszkania? 30 minut drogi z komunistycznego środkowoeuropejskiego osiedla i oto jestem w prawdziwym rzymskim mieście. Carnuntum, stolicy górnej Panonii. 15 km od Bratysławy. Pieczołowicie zrekonstruowany rzymski kwartał, postawiony na planach odkopywanych tu przez lata fundamentów, prawdziwych fundamentów, dający namacalne wrażenie życia codziennego starożytnych. Cywilizacji, która miała chronić świat przed barbarzyńcami, czyli moimi przodkami. Tymi zza Dunaju. Jestem córką barbarzyńców. Ale to tylko 15 km stąd. 15 km od Bratysławy. W muzeum Carnuntinum, umieszczonym kilka kilometrów od zrekonstruowanej rzymskiej dzielnicy, spoglądam na podobiznę cesarza Hadriana. Mówię do męża: spójrz, wygląda jak ty. Śmieje się. A przecież część jego rodziny pochodzi znad Małego Dunaju, chociaż część pochodzi również z Moraw, część z Niemiec, a część z Węgier. A jednak widzę te rysy. Widzę szerokie płaty policzków i zarys nosa. Wszystko, co nad Dunajem się kotłowało, nad Dunajem przecież zostało. Może to więc być ten środek, ten punkt odniesienia?

Koniec Europy Środkowej?

Ponieważ mówię po słowacku i mieszkam w Bratysławie, z której blisko i do Wiednia, i do Pragi, i do Budapesztu, stosunkowo często zaprasza się mnie do wzięcia udziału w dyskusjach na temat: „Czym jest dzisiaj Europa Środkowo-Wschodnia? Jak rozumiemy to pojęcie?”. Czasem nawet ktoś z organizatorów takich debat stara się być nieco prowokacyjny i śmiało stawia pytanie: „Czy Europa Środkowa ma sens?”. Drążenie tych pytań na stałe zapisało się w moim grafiku. Kilka razy w roku spotykam się z innymi, z reguły mężczyznami w średnim wieku, żeby międlić ten temat na scenie. Dlaczego międlić? Bo kręcimy się w kółko, próbując nie recyklować swoich spostrzeżeń, omijać dyskusje o Bizancjum i o szlaku bursztynowym, starać się rozszerzać perspektywę o kwestię Ukrainy, lecz nasze wnioski raczej są miałkie.

Nie ukrywajmy, że z reguły debaty te organizowane są nieco na wyrost, ponieważ często letnie festiwale finansowane są przez Grupę Wyszehradzką (V4, czyli Polskę, Węgry, Czechy i Słowację), która w zamian za mecenáš wymaga włączenia siebie samej w program. Mogłoby to być nawet zabawne, gdyby nie fakt, że w kuluarach już dawno dyskutuje się o zmierzchu koncepcji, która w nowym rozdaniu w Europie miała przydać nam łatkę inną niż „obszar postsowiecki”. Pojęcie Europy Środkowej ostatni raz było nam potrzebne właśnie po rozpadzie Związku Radzieckiego. I od tego czasu niczego nowego nie wymyśliliśmy. Niczego, co posłużyłoby nam za argument o naszej rzekomej wyjątkowości. Skoro go nie wymyśliliśmy, nie zdołaliśmy również przekonać do siebie Europy. Pamiętajcie, że ludzie tam po prostu są mili. Ale dla nich jesteśmy kłopotliwymi barbarzyńcami, którzy przyszli najeść się do wyłożonej piękną terakotą villa urbana. Kiedy w 2021 r. przeprowadzałam wywiad ze słowacką polityczką i byłą ambasadorką w Polsce Magdą Vášáryovą do zbioru Wyszehrad porwany. Rozmowy o Europie Środka, powiedziała mi: „V4 pozwoliło nam (…) wyraźniej zaistnieć w nowym porządku międzynarodowym. Przez pierwszych dziesięć lat po 1993 roku Zachód nas nie rozumiał, dziennikarze pisali, że nasza samodzielność nie ma żadnego sensu”. Integracja z Zachodem była więc jednym z kluczowych zadań grupy, próbą dowiedzenia, że należymy do tego samego klubu, w końcu ci podli Rzymianie doszli przecież aż tutaj. Skoro postawili swoje miasta, widzieli chyba w tej ziemi jakiś sens. Widzieli?

Po upadku komunizmu nikt pewnie nie zastanawiał się nad Górną Panonią, ale ja dzisiaj mogę. Bo międlę ten temat i bezradnie rozkładam ręce.

Nie wiem, czy oprócz tej narracji po zimnej wojnie pojawił się jakiś inny pomysł na Europę Środka. Być może była nim eurointegracja? Ale to był raczej cel, który obiecywał konkretne benefity, symboliczne wpisanie się na listę europejskiego dziedzictwa i ostateczne zerwanie ze wschodnim mirem. To był cel, obietnica, wyzwanie czy słowo, które weszło wraz z procesami eurointegracji: nowy projekt. Nie dotyczył on jednak tożsamości, tylko bezpieczeństwa i stabilizacji obszaru problematycznego, którym byliśmy. Staraliśmy się więc udowadniać, że jesteśmy zachodni na wszelkich szczeblach, podkreślając, że nasze produkty dorównują standardom europejskim, że nasza muzyka jest na europejskim poziomie i że klej Atlas i ceramika Koło to wszystko, czego Europa potrzebuje. Lecz oprócz Europy musieliśmy też trochę przekonywać siebie. Kto dziś jeszcze pamięta programy typu Europa da się lubić?

Ukraiński Złoty Graal

Poprzez te nieustanne próby udowadniania, że jesteśmy Zachodem, prawdopodobnie straciliśmy jedyną szansę, żeby wnieść do Europy rzeczywistego Złotego Graala, a więc: umiejętność zrozumienia Rosji. Pokazać Europie Zachodniej realność zagrożenia ze strony kraju, który po demontażu ZSRR nie miał przecież ochoty schodzić ze sceny. Kto był tutaj ekspertem? Ukraina. Oksana Zabużko w rozmowie, którą przeprowadzałam z nią w tym roku w ramach festiwalu Ypsalon w Trnawie, mówiła o potrzebie nauczania Europy „odporności na rosyjski blef”.

Gdybym więc z dzisiejszej perspektywy miała oceniać przyczyny niepowodzeń i kryzysu koncepcji Grupy Wyszehradzkiej, która, chcąc nie chcąc, przy zagadnieniu Europy Środka nasuwa mi się jako pierwsza – chociaż wiem, że jest to odpowiedź instant, odpowiedź zafałszowana, bo niepełna, są przecież Bałkany, są przecież kraje nadbałtyckie, jest przecież rozumiejąca Rosję Finlandia, a nie nazywamy ich nazbyt często państwami środka – gdybym z dzisiejszej perspektywy miała jednak powiedzieć, dlaczego ta koncepcja się nie powiodła, chociaż mogła, powiedziałabym, jako osoba po studiach ukrainoznawczych, że zrobiliśmy dla Ukrainy za mało. Skupiliśmy się na swoim miejscu w Europie, na złudnej próbie odnalezienia dialogu między sobą, dialogu, który był pewnym mitem, nostalgicznym wyobrażeniem o byłej monarchii, jak karczmy z szyldem „c.k.”, dialogu, którego w rzeczywistości być może nigdy nie było, choć istniała polifonia języków przecież, polifonia, którą sama romantyzuję. Skupiliśmy się na kręceniu się w kółko, zamiast zadać sobie pytanie, z jaką propozycją wyjść Europie naprzeciw. Propozycją, której nie dostanie od nikogo innego.

Jak słusznie zauważa Zabużko, jedynie Ukraińcy pokazali, że są narodem absolutnie odpornym na rosyjski „blef”. A mówimy o państwie mającym za sobą tak ogromną traumę jak Wielki Głód (o którym należało milczeć przez dziesięciolecia), rozstrzelane odrodzenie, łagry. Ukraińcy w ramach swojej własnej, tworzącej się na nowo tożsamości nie międlili traum, tylko małymi krokami, najpierw rewolucją na granicie z 1990 r., potem poprzez pomarańczową rewolucję, rewolucję na Majdanie i wreszcie odpowiedzią na atak Rosji stopniowo dokonali tego, czego nie były w stanie dokonać inne kraje środka. Zintegrowali się. Przez lata, również w polskich tłumaczeniach, wychodziło mnóstwo publikacji dowodzących istnienia dwóch Ukrain, zupełnie do sobie nieprzystawalnych. Nawet intelektualiści ukraińscy, spadkobiercy fenomenu stanisławowskiego, z lubością podkreślali te różnice między cywilizowanym człowiekiem galicyjskim a nieokiełznanym, na poły zmutowanym homo sovieticusem. Mimo wszelkich inżynierii społecznych, niesprzyjających czynników zewnętrznych, a nawet wbrew swoim intelektualistom Ukraińcy potrafili jednak się skonsolidować, podczas gdy rozłam społeczeństwa w Polsce czy na Słowacji jest odczuwalny niemalże każdego dnia.

Wróćmy do koncepcji Grupy Wyszehradzkiej. Vášáryová we wspomnianym wywiadzie przyznaje, że głównym, a dzisiaj już zapomnianym zadaniem specjalnym stawianym przed grupą było usunięcie struktur militarnych ZSRR z „nowej” poszerzonej Europy. Zrozumilo, jak to się powie po ukraińsku. Tylko co potem? Cóż, znowu zajęliśmy się sobą. Oczywiście po zmianie systemowej wszyscy pogrążeni byliśmy w zapaści, a o demokracji wiedzieliśmy tyle, że na Słowacji przeprowadzono konkursy na ministrów, jak przeprowadza się wybory miss, o czym pisałam w książce Ufo nad Bratysławą. Polska poprzez swoje doświadczenia historyczne ma wyraźnie określony stosunek do Rosji, podczas gdy Słowacja według badań jest jednym z najbardziej rusofilskich krajów Europy. Nie było jednak przez lata między nami próby dialogu, próby zrozumienia, dlaczego tak jest. Polacy pytają tylko, z fałszywą troską, jak to możliwe. Jak to możliwe, że Słowacy są rusofilami? Nie znają bowiem kompletnie słowackiego kontekstu historycznego, w którym Rosja odgrywała zupełnie inną rolę niż w Polsce. To przecież Madziarzy i ambicje Królestwa Węgier, które Słowaków widziało tylko jako mieszkańców Górnych Węgier, stanowiły główną przeszkodę w tworzeniu się niezależnej słowackiej tożsamości – to nie rusyfikacja zatem, lecz madziaryzacja stała im na przeszkodzie. Oczywiście sprowadzanie słowackiego rusofilstwa tylko do kwestii madziarskiej jest uproszczeniem – mamy jeszcze kwestię awansu społecznego w czasach socjalizmu i wiele innych przyczyn – jednak pamięć o szerszym kontekście historycznym w tych zatroskanych polskich pytaniach o rusofilstwo jest tutaj kluczowa. Lata sowieckiego zvezu również nie wystarczyły, żeby ten obszar zatonął w ramionach fałszywego braterstwa i nauczył się czegoś o sobie nawzajem. Skupiliśmy się każdy na swojej narracji, a te nie zawsze były zbieżne.

Zaprzepaściliśmy zatem szansę bycia mediatorem pomiędzy Europą, której brakuje orientacji w tematach wschodnich, a przy tym kuszona jest konkretnymi propozycjami ze strony Rosji, i Ukrainą, która odczytuje Rosję jak nikt inny.

My rozumiemy Ukrainę lepiej od Europy, a Ukraina rozumie Rosję lepiej niż my. Być może taki scenariusz przyniósłby nam korzyści. Lecz dzisiaj jest już za późno. Dzisiaj widzimy dobrze, że Europa woli trzymać nas w rezerwie, a Ukrainę szanuje, choć tylko z daleka. Śle jej te wszystkie obietnice, ale to przecież tylko ochłapy uwagi. Pozwala wykrwawiać się dziesiątkom tysięcy ludzi, ginących również za nich. Bo procedury pomocowe trwają niesłychanie długo, są niesłychanie ostrożne, a wojna toczy się w innym rytmie.

Zaprzepaściliśmy swoją szansę również na poziomie naszego ego – mogliśmy stać się ważnymi graczami, a nie słomianymi chachłami w europarlamencie, z których zachodni internet robi memy. Przede wszystkim jednak mogliśmy uchronić Ukrainę. Ktoś powie, że trudno było przekonać Zachód świeżo po skończeniu zimnej wojny do konieczności eurointegracji Ukrainy. Desowietyzacja może przebiegła sprawnie u nas, jednak w Ukrainie nie było mowy o szybkim usunięciu armii radzieckiej (rosyjskie wojska na Krymie stacjonowały przecież aż do momentu aneksji), a poza tym Ukraina w latach 90. nie była Ukrainą z dzisiaj. Nie, nie była. Nie twierdzę, że te procesy miały czy mogły zacząć się od zaraz, ale mierziło mnie zawsze, że w dyskusji o tym, kto jest bardziej europejski: Turcja czy Ukraina, dla Europy zawsze wygrywała ta pierwsza. Pora przeto zadać sobie niewygodne pytanie: kim dla Europy w obliczu wojny w Ukrainie jesteśmy my, pozostałe kraje demoludów? Jesteśmy poduszkami powietrznymi. Jeśli Rosja zaatakuje, to my przyjmiemy na siebie siłę uderzeniową. Czy jesteśmy więc zasiekami Europy? Peryferiami, na których wciąż walczą ze sobą wielkie imperia? „Frontem nawet w czasie pokoju”, jak pisze w zbiorze esejów o Słowacji Ľubomír Lipták? Ziemią, na której „nawet wówczas, kiedy nikt o konflikcie zbrojnym nie słyszał: wątpliwości stanowią zdradę, ostrożność jest tchórzostwem, wahanie – pułapką, rozum – źródłem spekulacji, narzekanie – buntem” (tłum. M. Bystrzak).

Jesteśmy dla Zachodu jak ość

W Bratysławie trudno o tym nie myśleć, kiedy w ponury, mglisty listopadowy dzień przechadzam się po opuszczonym i opanowanym przez dziką roślinność areale bazy rakietowej, która nigdy nie została oddana do użytku. Bo nie zdążyła. System sowiecki padł szybciej, niż zdążyła mu się przysłużyć. Dziś spacer ten przypomina tani horror klasy B albo planszę z jakiejś starej strzelanki, ciężko jednak zapomnieć o tym, że my też mieliśmy być mięsem armatnim w wielkiej wojnie ZSRR z Zachodem. Kiedy nad brzegiem Dunaju widzimy się jak co roku przy jednym z bunkrów, który jest popularnym miejscem letnich spotkań przy ognisku, ta myśl pojawia się z tyłu głowy. Kilka kilometrów do Hainburgu, 15 km od Carnuntum.

I kiedy po raz kolejny jadę na jakieś spotkanie, w którym będę w zasadzie w sposób sfingowany rekonstruować imitację żywego zainteresowania odpowiedzią na pytanie, jakie jest znaczenie pojęcia Europa Środkowa, wszystko jedno, czy to w Ołomuńcu, Rimawskiej Sobocie, Budapeszcie czy Krakowie, znowu będę udawać, że mam nadzieję, iż znajdę niesłychanie bystrą odpowiedź, a przecież jestem sobie tylko gdybającą pisarką. Kiedy więc po raz kolejny zostanę wezwana na scenę, żeby dywagować na ten temat, w nagrodę za wysiłek otworzę własne pytanie, podstawowe pytanie, które mielę w żarnach swojej czaszki codziennie, bo prowadzę przecież wielokulturowy dom, zadam sobie to pytanie, odbiję się potem od niego i spróbuję zaaplikować je na całe zagadnienie, zadam sobie to proste pytanie: gdzie w tym wszystkim jestem ja? Występująca tu jako polska pisarka, mówiąca po słowacku z bratysławskim akcentem, jak mam im to powiedzieć?

Drodzy państwo, przepraszam państwa najmocniej, ale coś takiego jak Europa Środkowa nie istnieje.

Rozumieją państwo, jesteśmy sobie tutaj my, kraje Grupy Wyszehradzkiej, nie zaprosiliśmy nikogo z Północy, a przecież z Bałtykiem nie kończy się środek Europy. A może jednak? Nie zaprosiliśmy też nikogo z Serbii czy Chorwacji, sami państwo wiedzą czemu, nie ma sensu komplikować tej dyskusji. Nie zaprosiliśmy też Słoweńców, co akurat chyba jasne, bo przecież im jako jedynym się udało, oni jako jedyni weszli do Europy, ale o tym lepiej nie mówić głośno, przepraszam. Choć oczywiście moglibyśmy zadać sobie pytanie, dlaczego Słoweńcy wyszli na tym najlepiej. Ano dlatego, że odcięli się od tego całego chłamu, za przeproszeniem. Tak, szanowni państwo, powiem państwu bez ogródek: dla tych z Zachodu będziemy zawsze Ost. Jak ość. Tak, mitOst, tak się nazywają wszystkie programy edukacyjne, mające szerzyć na naszych ziemiach – czy mogę powiedzieć „naszych ziemiach”? – nazwijmy to tak umownie, na naszych ziemiach – ducha zachodniej kultury. Programy dla młodzieży z Białorusi, Ukrainy, Słowacji, Czech i Polski, szanowni państwo, również z Polski! Dla nich będziemy Ost, dla nich będziemy problematyczną ością, z którą trudno się obchodzić, na którą trzeba uważać, żeby nie stanęła w gardle, żeby nie dokonała żadnej niebezpiecznej przewrotki. Będą mówić Central Europe, będą nawet mówić East-Central Europe, ale z czystej kurtuazji, żeby nie niszczyć swoich poduszek powietrznych, swoich airbagów, szanowni państwo, żeby nie niszczyć airbagowych uczuć.

Nasza mentalność jest wschodnia i taka pozostanie. Jesteśmy Europą Wschodnią, dopóki nie potrafimy się zorganizować oddolnie, dopóki nie będziemy ze wszystkim wychodzić na agorę, dopóki niczym w villa urbananie będziemy roztrząsać problemów otwarcie, razem. Wtedy, wtedy może będziemy mogli powiedzieć – nie jesteśmy Europą Wschodnią. Lecz nie stanie się to, dopóki będziemy potrzebować silnego przywódcy, mocarnego władcy, dyktującego nam warunki, a przecież potrzebujemy, nasze społeczeństwa, społeczeństwa, w których wyrastamy, wciąż potrzebują, a protesty na ulicach, chociaż tak liczne i imponujące, są tylko dowodem na to, że jesteśmy archipelagami, być może nieco większymi niż kiedyś, być może rozrastającymi się, ale wciąż pływającymi w morzu, które krzyczy: my chcemy wodza! my chcemy wodza! To przecież model na wskroś wschodni, nie da się temu zaprzeczyć.

Gdzie w tym wszystkim jestem ja? Przecież to nie jest tak, że opowiadanie o tym, czym jest Europa Środkowa, stało się moją rutyną, ponieważ jestem w tym temacie ekspertką. Nie. Wiem dobrze, dlaczego zapraszają właśnie mnie. Jestem najtańsza. Mieszkam najbliżej, mówię po słowacku, w związku z czym organizatorzy mogą znacznie zaoszczędzić, do jednego spotkania potrzebują tylko jednego tłumacza. Cztery osoby uczestniczące w spotkaniu, cztery perspektywy, ale tylko trzy języki i zawsze jeden tłumacz, zawsze ten sam, niezrównany pan G. Kovács László, czasem na biuletynach festiwalowych podpisywany László Kovács, w zależności od tego, gdzie odbywa się spotkanie, bo nawet kolejność zapisu nie jest u nas taka sama. Z panem Kovácsem znamy się nie od dziś, za każdym razem dzielimy się nowinkami ze swojego życia, ja pokazuję mu zdjęcia córki, on pokazuje mi zdjęcia swoich kwiatów w ogrodzie. Pan Kovács jest słowackim Węgrem, urodzonym w byłej Czechosłowacji. Tłumaczy więc z czeskiego, węgierskiego i słowackiego. Patrzę na niego i myślę sobie, że jeśli szukać tego, czym tak naprawdę Europa Środkowa miałaby dla mnie być, odpowiedź znajduję właśnie w jego osobie.

Kogucik na dachu

Choć po ośmiu latach życia w Krakowie mit galicyjski przygniótł mnie na tyle mocno, że wolałabym uciekać od cysorza pana, to przecież w szukaniu odpowiedzi na pytanie o środek ciężkości nie potrafię pozbyć się (pisząc te słowa, bezwiednie chciałam użyć słowackiego sformułowania zbaviť sa) wspomnienia o monarchii austro-węgierskiej. Tylko czy Polska w tym zakresie się mieści? Czy Polska jako całość jest przystawalna do państw takich jak Czechy, Słowacja i Węgry? Nie, nie jest. W tej szklanej kuli nie ma miejsca dla Polski. Galicja i Spisz nie są tutaj argumentem, dla większości Polaków są przecież egzotyczne, tak jak dla mnie, dziewczyny z Pogórza Ciężkowickiego, egzotyczny jest Szczecin. I czasem myślę sobie, że może w szkole też podrzucono nam wielki blef, że może łatwiej byłoby Polsce z państwami bałtyckimi, może to jest ten środek? Kto wie…

Przyszłam na świat nad Dunajcem. Od urodzenia byłam przede wszystkim tutejsza. I dopiero w szkole uczyłam się patriotyzmu, rzewnego, dziecięcego. A dzisiaj, kiedy piszę „my”, łapię się na tym, że czasami nie wiem, czy myślę o Polakach, Słowakach czy o Morawiakach nawet. Prawie codziennie zadaję sobie pytanie: gdzie w tym wszystkim jestem ja? Czy chciałabym się nazywać polską pisarką? Pod tym szyldem przecież występuję. Oczywiście piszę po polsku, ale czy język jest tutaj jedyną kategorią? Zwłaszcza że ta moja polszczyzna kruszy się codziennie, deformuje, podlega wpływom, rozbija swoje struktury, wyuczone schematy. Od kilku lat przy pisaniu towarzyszy mi uczucie niepewności. Podaję w wątpliwość każde napisane zdanie. Czy tak aby powie się po polsku? Czy tak się w Polsce mówi? Nie chodzi tylko o szyk ani o leksykę, chodzi też o filozofię myślenia, chociaż raczej powinnam powiedzieć: organizację myślenia, przelot skojarzeń i metafor, bo jeśli ten przelot nasącza się językiem słowackim, automatycznie też nasącza się węgierskim, bo przecież są tutaj zespolone. I kiedy nawet myślę o Máraiu, to nie myślę o nim jako o pisarzu węgierskim, tylko o pisarzu koszyckim, a więc udomawiam go. Podobnie jak Bartóka, który spacerował przecież tymi samymi ulicami Pozsony co ja. Wszystkie te przecięcia budują jakąś bryłę, którą roboczo mogłabym nazwać swoją Europą Środkową. W Bratysławie znajduję nawet tablicę upamiętniającą ukraińskiego filozofa Skoworodę, od którego przed laty pochwyciłam i wniosłam w swoje życie jedno słówko: istyna. A potem słyszę starą jugosłowiańską piosenkę ze słowami „Boli me moja prazdnina, boli me moja sudbina, boli me moja istyna”. Próbuję znaleźć jakieś polskie słowa, jednak nie mogę. Dosłownie brzmiałoby to: „Boli mnie moja pustka” (ale to nie jest wystarczające słowo), „Boli mnie mój los” (ale to nie jest wystarczające słowo), „Boli mnie moje ja” (i to też nie jest wystarczające słowo).

Zbieram więc słowa i pieśni jak krople i próbuję przyszpilić je do tej prazdniny, do pustki, która nie potrafi odpowiedzieć mi na pytanie, gdzie w tym wszystkim jestem ja.

Najprędzej czułabym się jak kogucik na dachu, o którym pisze w swojej książce P.S. mój przyjaciel Jakub Juhász, kiedy opisuje słowackie południe, kiedy tuła się po Novohradzie, poszukuje chyba czegoś podobnego. Kogucik na dachu, który w zależności od tego, jak zawieje wiatr, obraca się, kręci, a potem powraca do punktu wyjścia i tylko dzięki tej chwiejności jest w stanie przetrwać wszystko. Jakub Juhász przywdziewa płaszcz poety Sándora Petőfiego, którego pomnik stoi w parku, gdzie chodzę z córką, ale popiersie tego samego poety, tak samo ważnego dla Węgrów i Słowaków, stoi również w Tarnowie, 30 km od wioski, w której przeżyłam całe dzieciństwo. Jakub Juhás, a potem w ramach eksperymentu po węgiersku, Jakub Juhász, słowacki pisarz, którego wydaje zawsze czeski wydawca, wydaje go w Czechach, ale po słowacku, z węgierskim zapisem nazwiska, Jakub przemierza mapę środka i ląduje aż w Rumunii, węszy, lecz przecież nie znajduje odpowiedzi, jest tylko kogucikiem. Zbiera dźwięki, nagrywa je i wydaje w swoim eksperymentalnym wydawnictwie mappa i kiedy spotykamy się przez przypadek w Budapeszcie, to tylko w knajpie Gólya, bo gólya po węgiersku znaczy bocian, a my jesteśmy blaszanymi bocianami, które przycupnęły na dachu. Jakub zbiera dźwięki ze świata i robi z nich muzykę. Ja zbieram piosenki i słowa i przewiązuję przez nie włóczkę. Sprawdzam, jaka figura geometryczna powstanie. Jest oczywiście tak, że kiedy przebywam we Lwowie, w Bratysławie, Krakowie, Budapeszcie, Wiedniu, Belgradzie i Trieście nawet, czuję się jak w domu. Wiem, że to uczucie złudne, że to tylko architektura, która została wybudowana przez tę samą grupę mistrzów, zaplanowana przez wielkie imperium habsburskie, żebym ja, po latach, ja barbarka, dodajmy, żebym po latach mogła czuć się jak w domu.

Wolę więc ufać granicom, które wytyczali tacy jak ja, tutejsi. Granicom, które wydreptali sami. Ślady, które po sobie zostawili, są różnorakie. Pokonywali imponujące odległości. Kiedy w Użhorodzie, siekając cebulę do „prawdziwego rusińskiego lecza”, mój przyjaciel, niegdyś rusynksyj separatyst, nauczyciel akademicki, sypiąc na skrzące się na maśle płatki cebuli suszoną madziarską paprykę, śpiewa na całe gardło Czerwena róża trojaka, rzucając między jedną zwrotką a drugą, że to najważniejsza w jego sercu pieśń, chociaż kolejne słowa brzmią „mala ja muża pyjaka” (miałam ja męża pijaka), to jednak „y” u niego nie brzmi tak jak to rusnacke „y”, rzucane jak twarda ołowiana kulka z ust w Preszowie, w którym kilka lat od wieczoru nad użhorodzkim rusnackim leczem usłyszę tę samą pieśń, choć melodia będzie nieco inna. Dla mnie najważniejsze będzie odkrycie, że Czerwena róża trojaka odbyła kiedyś podróż stąd do Użhorodu, a może odwrotnie, naciągam więc włóczkę i mocno zaciskam. A kiedy w tym samym Preszowie śpiewam: „Uastovička včas rano šteboce, jasné slunko vychodí, pozri, milá, do mesta Lembergu, de sa Janík prechodí ” (Jaskółka szczebioce wcześnie rano, jasno słońce wschodzi, spójrz, miła, w stronę miasta Lembergu, gdzie twój Janek chodzi), naciągam nitkę ze Słowacji aż do Lwowa, wysiadam na Vokzalu, schodzę w dół ulicą Horodocką, do piwnicy w Pałacu Mystectw, gdzie próbę ma Jankiel i jego Lemko Bluegrass Band. Ćwiczą właśnie piosenkę Bukovyno, ty zelena, którą śpiewam w Małych Karpatach, kiedy w kwietniu wszystkie potoki się uruchamiają i w ciągu jednej nocy wybucha zieleń, bo ona zawsze wybucha z dnia na dzień. Naciągam więc włóczkę. Pinezki z pieśni i z języka. Bo w języku tych wydreptanych śladów najwięcej, śladów pomniejszych barbarzyńców, które mówią o jakiś zamierzchłych spotkaniach z tzw. maziarzami albo o zakupach w Mukaczewie. I kiedy poganiam swoją córkę, mówiąc „šup, šup, šup, šupito”, wiem przecież, że nie mówię po słowacku, ale po włosko-słowacku. Oczyma wyobraźni znów jestem w Trieście, gdzie kawa jest gorzka i przepalona. Subito presto, natychmiast, już. I przecież mieszkam w Bratysławie, ale równocześnie mieszkam w Račisdorfie, na šinwegu piję piwo, ale to przecież nie šinweg, a schöne weg, piękna ulica, to przecież moja ulica. Włóczki tworzą już siatkę, coraz większą siatkę, a ja wciąż powtarzam sobie, gdzie w tym wszystkim jestem ja. I czy nie jestem mešuge?

Oś jest we mnie

Wracam do domu Luciusa jak do bezpiecznej klamry, spaceruję po doskonale wymyślonym rzymskim mieście, 15 km od bunkrów z II wojny światowej, gdzie mieści się arena dla gladiatorów. I zastanawiam się. Czy jestem pisarką galicyjską, skoro wolę spędzać wolne dni w Mikulovie niż w Lanckoronie? Czy jestem pisarką polską? Chociaż pinezki wysypują się na stół, wciąż przecież piszę po polsku. Jestem może pisarką austro-węgierską? Czy tak w ogóle mogę się nazywać? Dawno, dawno temu, jeszcze przed swoim debiutem, opuściwszy Pałac Mystectw we Lwowie, spotykam polskiego pisarza Szczerka i o piątej nad ranem śpiewamy Hercegovinę. A potem znowu spotykamy się nad Dunajem, w Bratysławie, Pozsony, Pressburgu, zwał jak zwał, z ukraińskim pisarzem Prochaśką, którego nazwisko przecież nie jest ukraińskie, jest zaolziańskie, i znowu śpiewamy coś bałkańskiego, Sa o Roma babo babo, bo przecież jeszcze są romskie włóczki, porozciągane wszędzie tam, gdzie dotarli Romowie, i przeciągam nić z Zaolzia aż do Iwano-Frankiwska, gdzie urodził się Taras. Czy w pisaniu będziemy sądzeni według tego samego klucza? Czy to jest ten środek? Możemy nazywać się autorami austro-węgierskimi? A może jesteśmy pisarzami karpackimi? Czy to właściwe określenie?

Kolejna pętelka i znów Panonia. Czyje dziedzictwo jest moim dziedzictwem? Jestem tylko barbarką stawiającą panelaki na zgliszczach wielkiej cywilizacji? Czy Carnuntum to też moja spuścizna?

Kiedyś podobała mi się koncepcja peryferii albo oka cyklonu, miejsca zderzeń, bitew, trzaskających dziejów. Napięta cięciwa łuku karpackiego. Zawsze w gotowości. Tylko czy za każdym razem, kiedy pytamy o Europę Środkową, musimy przyjmować pewien etap dziejów i odbijać się od niego? Przecież sama to robię. Jestem jak karpacka kołomyjka. Chcę tej tożsamości i nie chcę. Kręcę się w szaleńczym tempie, wiruję jak dzyga, czyli nakręcany ręcznie bączek. Każdy z punktów odniesienia jest tylko rozwibrowanym kolorem. Imperium Rzymskie, barbarzyńcy po drugiej stronie Dunaju, wielka monarchia habsburska, państwa byłego Związku Radzieckiego, wszystko to tylko rozmyte w ruchu kolory. Oś jest wszędzie tam, gdzie się kręcę. Oś jest we mnie. Chciałabym przede wszystkim czuć się ekstatyczną, pozbawioną siły odśrodkowej dzygą.

A czy chciałabym zgrabnie odpowiedzieć na pytanie, gdzie dzisiaj jest Europa Środkowa, jeśli jest? Chyba już nie potrzebuję. Kołomyjka to niebezpieczny taniec.

Artykuł pojawił się w numerze: Zodiakary, tarociary i gnostycy