Subskrybuj
Judith Butler fot. Elliott Verdier/The New York Times/East News
Filozofka, tłumaczka, pisarka; opublikowała: Polityka poza formą. Ontologiczne uwarunkowania poststrukturalistycznej filozofii polityki (2012), Linie kobiecości. Jak różnica płciowa przekształciła literaturę i filozofię? (2016) i Życie, które mówi. Nowoczesna wspólnota i zwierzęta (2017) oraz książkę prozatorską O pochodzeniu rodziny (2018)

Genderowa heretyczka

Większość humanistów może pozazdrościć Judith Butler sławy. Dlaczego jednak współtwórczyni teorii queer ma dziś aż tylu przeciwników?

Osoby chcące 8 listopada 2017 r. wziąć udział w konferencji poświęconej demokracji, zorganizowanej w São Paulo przez prywatną instytucję non profit Serviço Social do Comércio (SESC), mogły natknąć się na widok osobliwy, choć dziś już chyba bardziej znajomy niż przed siedmioma laty. Grupa protestujących – biorąca udział w wystąpieniu zorganizowanym przez szereg brazylijskich organizacji prawicowych – paliła kukłę przyodzianą w różowy stanik i mającą (co ukazywała wydrukowana fotografia przyklejona w miejscu twarzy) wyobrażać Judith Butler, współorganizatorkę* wspomnianej konferencji. Filozofki – i tego, co ona sobą reprezentuje, a jest to od pewnego czasu znacznie więcej niż głoszona przez nią teoria – bronili lewicowi kontrdemonstranci. Policja musiała oddzielić obie grupy kordonem z żółto-czarnej taśmy. Protestujący pojawili się również na lotnisku, gdy Butler, wraz ze swoją partnerką, profesorką nauk politycznych Wendy Brown, opuszczały Brazylię. Doszło do przepychanek między nimi a przypadkowymi obserwatorami, chcącymi, jak relacjonuje filozofka, „ochronić nas przed tym napastowaniem”.

Większość humanistów może tylko pozazdrościć Butler takiej sławy. François Soyer, historyk z Uniwersytetu Southampton, napisał na Twitterze: „Kiedy można mieć pewność, że nasze badania rzeczywiście wywierają wpływ? Wtedy, gdy motłoch dzierżący Biblie i krzyże pali wyobrażającą nas kukłę przed mającym się odbyć naszym seminarium”.

Być może spalenie in effigie (łac. w obrazie), co bywało losem heretyków, którzy zdołali zbiec inkwizycji lub zmarli przed schwytaniem, to rzeczywiście swego rodzaju nobilitacja. Taka ostra reakcja pozwala wierzyć, że abstrakcyjne i nieprzystępne idee mimo wszystko zmieniają świat i mogą być uznane za groźne – na co filozofowie mają dziś coraz mniejszą nadzieję.

Opór wobec „zdrowego rozsądku”

Sława Butler poza akademią wynika głównie z tego, że przeciwnicy „ideologii gender” uczynili ją twarzą zagrożenia, z którym walczą. Uczynili to zaś – jak mają w zwyczaju – zniekształcając jej myśl do kompletnie nierozpoznawalnej postaci. Główny padający z ich strony zarzut głosi, że Butler neguje realność płci biologicznej, chcąc zastąpić ją kategorią gender – identyfikacji arbitralnej, oderwanej od biologicznej rzeczywistości i tym samym szkodliwej tak pod względem teoretycznym (bo niezgodnym z tym, co ma głosić nauka), jak praktycznym (bo szkodliwym dla „rodziny” lub dla kobiet i feminizmu). Bardzo trudno dyskutować z tego rodzaju tezami – głównie dlatego, że nie są one nawet błędne, stanowią raczej zlepek propagandowych haseł. Ich kulturowe oddziaływanie wynika z tego, że są powtarzane często i głośno, wytwarzając hałas, który coraz częściej zastępuje debaty intelektualne.

Próba wyjaśnienia, co „tak naprawdę” mówi Butler, prawdopodobnie nie wpłynie w żaden sposób na natężenie tego hałasu. Sytuację komplikuje dodatkowo fakt, że nawet w obrębie akademii język prac Butler uznawano za szczególnie hermetyczny.

Liczne krytyczki – m.in. Martha Nussbaum i Nancy Fraser – uznały na tej podstawie, że teorie Butler są szkodliwe dla feminizmu jako ruchu politycznego, a także że stanowią przykład „złej teorii” – przy czym oba zarzuty, choć w zasadzie odrębne, są w ich tekstach nierozłączne. Wtórowała im redakcja pisma „Philosophy and Literature”, która w 1998 r. przyznała Butler główną nagrodę w organizowanym przez siebie konkursie na najgorsze zdanie w tekście teoretycznym. Zdanie to, zawarte w artykule opublikowanym w piśmie „Diacritics”, brzmi następująco: „Przejście od strukturalistycznego ujęcia, zakładającego, że kapitał strukturyzuje stosunki społeczne w sposób względnie homologiczny, do ujęcia hegemonii, w którym relacje władzy podlegają powtarzaniu, zbiegają się i artykułują, wprowadziło czasowość do myślenia o strukturach i było oznaką przejścia od teorii althusserowskiej, uznającej całości strukturalne za właściwe obiekty teoretyczne, do nowej koncepcji hegemonii jako związanej z przygodnymi ośrodkami i strategiami reartykulacji władzy”.

Czy jest lekkie i dobrze napisane? Na pewno nie. Czy mogłoby być prostsze? Pewnie tak. Ale czy jest bezsensowne? Czy można by je przepisać, zastępując hermetyczne terminy – jak „kapitał”, „strukturyzacja” czy „hegemonia” – terminami z języka potocznego, np. „gospodarka”, „wpływanie” czy „władza”? Zwolennicy krytyki współczesnej teorii zawartej w Modnych bzdurach Alana Sokala i Jeana Bricmonta uznaliby pewnie, że nic by w ten sposób nie straciło.

Jednak trudny język wielu współczesnych tekstów humanistycznych nie zawsze jest tylko wyborem stylistycznym, wynikiem decyzji autorów, by zamaskować prostą treść za pomocą skomplikowanego stylu i w ten sposób sprawiać wrażenie mądrzejszych, niż są w rzeczywistości.

„Kapitał” jako siła kształtująca całą rzeczywistość społeczną nie jest (jak zakłada za Marksem Butler) tym samym co „gospodarka”, będąca tylko jednym z elementów tej rzeczywistości. „Strukturyzacja” z kolei nie jest po prostu wpływaniem jednej rzeczy na inną – jest sposobem, w jaki całość społeczna nadaje sobie wewnętrzny porządek, wytwarzając określone relacje między swoimi częściami. Hegemonia zaś (termin ten Butler przejęła od Antonio Gramsciego) to sposób, w jaki klasa panująca podporządkowuje sobie inne klasy za pomocą środków politycznych i kulturowych, sprawiając, że jej partykularny punkt widzenia zaczyna się jawić jako uniwersalny – czy też „zdroworozsądkowy”. Owszem, teoria posługująca się terminami technicznymi, których znaczenie trzeba znać, zanim zacznie się z nią obcować, nie jest przystępna, nawet dla ogółu osób wykształconych. Humanistyka, porzucając język potoczny, niewątpliwie ryzykuje – nie tylko zawężeniem grupy potencjalnych czytelników, ale i zatarciem się granicy między konstruowaniem nowych pojęć a popadaniem w żargon. Zarazem jednak zyskuje coś cennego – możliwość mówienia o „obiektach teoretycznych”, których język potoczny nie potrafi uchwycić. On sam jest bowiem tylko wynikiem długotrwałej walki o hegemonię – o to, by pewne terminy wydawały się wszystkim oczywiste i jasne, choć wcale takie nie są. Sama Butler tak komentowała decyzję o przyznaniu jej wspomnianej nagrody: „Humaniści bez wątpienia powinni umieć wyjaśniać, jak ich prace opisują i wpływają na codzienne życie. Zarazem jednak są oni zobowiązani do kwestionowania zdrowego rozsądku, przyglądania się milczącym założeniom i proponowania nowego spojrzenia na znajomy świat”.

Stała biologia, zmienna kultura?

Takimi zdroworozsądkowymi terminami, które w rzeczywistości stanowią skutki działania hegemonii, są płeć, mężczyzna i kobieta, a także, od stosunkowo niedawnych czasów, hetero- i homoseksualność. Wczesne prace Butler: Uwikłani w płeć (1990) i Bodies that Matter (Ciała, które znaczą, 1993), poświęcone są właśnie ukazywaniu, jakie mechanizmy wytwarzają te kategorie wraz z ich pozorną oczywistością i jak możemy te mechanizmy demontować.

Teoria feministyczna kwestionowała oczywistość kategorii kobiecości i męskości od samego swojego początku.

Już w Wołaniu o prawa kobiety Mary Wollstonecraft (1792) znajdziemy tezę, że wrodzone rzekomo różnice między kobietami i mężczyznami są wynikiem zarówno celowego wychowania, jak i tego, że dzieci, naśladując od bardzo wczesnego wieku dorosłych z otoczenia, nieświadomie internalizują normy genderowe. „Nie rodzimy się kobietami – stajemy się nimi” (tłum. G. Mycielska) – pisała w roku 1949 Simone de Beauvoir w Drugiej płci, dowodząc, że kobiecość to kulturowy konstrukt, a nie kategoria „naturalna” czy biologiczna. „Lesbijki nie są kobietami” (tłum. R. Majka) – rozwijała tę myśl Monique Wittig, zwracając uwagę na związek identyfikacji genderowej i heteroseksualności jako nierozłącznych elementów heteropatriarchatu w tekście Hetero-umysł (1980). Większość analiz feministycznych do końca lat 70. XX w. (gdy zaczęły się ukazywać pierwsze teksty Donny Haraway) posługiwała się, explicite lub domyślnie, dychotomią płeć biologiczna (sex)–płeć kulturowa (gender).

Z jednej strony była ona użyteczna, ponieważ pozwalała na denaturalizację szkodliwych przekonań i praktyk dotyczących kobiet, na wykazanie, że mają one historyczny, społeczny i polityczny – czyli, domyślnie, podatny na przekształcenia – charakter. Z drugiej strony jednak wymagała uznawania przyrody i społeczeństwa czy kultury za dwie oddzielone od siebie dziedziny, i założenia, że społeczeństwo / kultura jest dziedziną bardziej płynną i dynamiczną niż przyroda. Innymi słowy, zakładano, że najlepszym sposobem zakwestionowania danej opresyjnej normy dotyczącej płci będzie dowiedzenie jej społecznego (czyli skonstruowanego) charakteru. Nie znaczy to, że teoretyczki feministyczne nie pisały o biologii. Jednak założenie o istnieniu dwóch dziedzin sprawiało, że mogły tylko zwracać uwagę na uprzedzenia (podyktowane przez społeczne normy, od których działania biolodzy nie są przecież wolni) kryjące się za doborem określonych założeń badawczych czy wyrażające się w interpretacji wyników eksperymentów. Sama nauka, o ile uwolnić ją od takich obcych w gruncie rzeczy jej naturze uprzedzeń, jawiła się nadal jako przedsięwzięcie wolne od wartościowania i obiektywne w tradycyjnym sensie. Feministyczna filozofia nauki i epistemologia feministyczna, stawiające od lat 80. pytanie o status prawdy naukowej w sposób nieco inny, niezakładający dychotomii wytwarzanych norm społecznych i istniejącej niezależnie od nas prawdy, pozostawały długo poza głównym nurtem teorii feministycznej – znalazły się w nim właściwie dopiero w XXI w.

Butler, której punktem wyjścia jest wspomniane założenie o oddzieleniu przyrody i społeczeństwa, postawiła sobie jednak inne pytania: jak działa sama społeczna norma genderowa? Co sprawia, że jest skuteczna? Dlaczego tak często wydaje nam się naturalna? I co umożliwia nam jej kwestionowanie, stawianie jej oporu?

Siła powtórzeń

Odpowiedź na wszystkie te pytania brzmi, w uproszczeniu: norma jest wytwarzana, działa i jest możliwa do podważenia dzięki powtórzeniom. Stawiając tę tezę, Butler czerpie z dwóch źródeł: pojęcia wypowiedzi performatywnych Johna L. Austina i koncepcji tożsamości jako efektu wytwarzanego przez szereg powtórzeń, zaproponowanej przez Jacques’a Derridę. Po skrzyżowaniu dają one początek koncepcji performatywności płci.

Wypowiedź performatywna to taka, która jest działaniem, czyli której samo sformułowanie stwarza pewien stan rzeczy.

Przytaczany często przykład zdania „ogłaszam was mężem i żoną” ukazuje, jakie warunki umożliwiają skuteczność performatywu: każdy może wypowiedzieć to zdanie, ale nie zawsze skutkuje ono powstaniem legalnego związku małżeńskiego – dzieje się tak tylko wtedy, gdy wypowie je urzędnik stanu cywilnego albo duchowny w określonej sytuacji. Performatywy są zatem skuteczne tylko dzięki istnieniu całej społecznej infrastruktury: instytucji takich jak prawo czy religia oraz norm społecznych sprawiających, że te instytucje w praktyce uznajemy. Jak podkreśla Butler, performatywem jest też wypowiedziane po narodzinach dziecka zdanie „to chłopiec! / to dziewczynka!” – stanowi ono nie tyle opis stanu faktycznego, ile przypisanie dziecku określonej tożsamości. Jak jednak utrzymywał Derrida, żadna norma czy konwencja nie pojawiają się na świecie ukształtowane od razu – zyskują one swoją moc dzięki aktom powtarzania wyrażających je wypowiedzi, przy czym nie da się ustalić punktu, w którym łańcuch wypowiedzi zaczyna wytwarzać skuteczną normę – wydaje się, że norma istniała „od zawsze”, że jest czymś oczywistym.

Jedno zdanie nie wystarcza zatem, by tożsamość płciowa w pełni się ukształtowała. Stanowi tylko pierwsze ogniwo długiego łańcucha performatywów wytwarzających tożsamość chłopca / mężczyzny i dziewczynki / kobiety na kolejnych etapach życia. Do performatywów tych należą: sposób, w jaki odnoszą się do nas rodzice; rodzaj gramatyczny, jakiego używają inni, zwracając się do nas; ubrania, które wybieramy; język ciała, który często nieświadomie przybieramy, wchłaniając z otoczenia informacje o tym, jaki jest właściwy sposób poruszania się kobiety czy mężczyzny. „Owe akty, gesty, realizacje są, mówiąc ogólnie, w tym sensie performatywne, że istota bądź tożsamość, którą rzekomo wyrażają, jest fabrykacją, wytworzoną i podtrzymywaną dzięki cielesnym znakom oraz innym środkom dyskursywnym. (…) Innymi słowy, akty i gesty, artykułowane i realizowane pragnienia stwarzają pozór, że istnieje wewnętrzny i organizujący rdzeń kulturowej płci” (tłum. K. Krasuska) – pisze Butler w Uwikłanych w płeć.

Zauważmy, że konstrukt społeczny, jakim jest tożsamość płciowa, ma charakter „dyskursywny”.

Choć teoria Butler nie jest formą redukcjonizmu językowego, język jest dla niej wzorcem umożliwiającym mówienie o tym, co niejęzykowe: rzeczywistość materialna jest w tej teorii obecna tylko wtedy, gdy przybiera postać „cielesnych znaków”. Jak zobaczymy później, ma to określone konsekwencje.

Norma genderowa, którą wcielamy, jest więc tylko efektem licznych powtórzeń. Oznacza to, że nie sposób powtarzać w sposób absolutnie wierny. Nie ma uprzedniego wzorca, którego naśladowaniem byłyby wszystkie późniejsze powtórzenia. W gruncie rzeczy nie tyle wcielamy coś wobec naszych gestów uprzedniego, ile stwarzamy normę, na drodze jej naśladowania. Poczucie, że istnieje jedna norma, to tylko złudzenie wytworzone przez proces powtarzania: jest ona widmem, które nigdy się nie zmaterializuje. Dlatego nikt nie jest w stanie zrealizować kulturowych ideałów męskości i kobiecości: zawsze coś będzie „nie tak”, zawsze staramy się „nie dość” albo „za bardzo”. Skazuje nas to na brak poczucia bezpieczeństwa, ale też umożliwia sprawczość, ponieważ umożliwia przekształcanie normy. Nie ma wprawdzie żadnego bezpiecznego gruntu wolnego od oczekiwań genderowych, z którego moglibyśmy przypuścić atak na utrudniające nam życie normy; już zawsze znajdujemy się w zasięgu ich działania. Jednak fakt, że to my je odtwarzamy, zapewniając im skuteczność, sprawia również, że możemy je wykorzystać przeciw nim samym.

Z tego właśnie powodu w centrum uwagi Butler znajdują się praktyki, które celowo powtarzają normę genderową „źle” – „nieudane” performatywy wydobywające na jaw nienaturalność normy, przede wszystkim „drag”, stanowiący celową i nierzadko ironiczną imitację wyglądu i zachowań – prezentacji genderowej kojarzonej na ogół z inną płcią biologiczną.

„Drag, imitując konkretną kulturową płeć, nieuchronnie w ogóle obnaża…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Historie, z których się składasz