Odrzuciłem chrześcijaństwo w wieku 14 lat: wywołałem oburzenie mojej babci, gdy odmówiłem przystąpienia do bierzmowania w wierze katolickiej, w której wzrastałem. Po części stały za tym kwestie intelektualne: dlaczego kochający i wszechmogący Bóg miałby stworzyć świat, w którym jest tak wiele cierpienia? Po części powodem były kwestie natury etycznej: był to czas, gdy zastanawiałem się nad swoją seksualnością i niewłaściwe wydawało mi się zabranianie osobom homoseksualnym wchodzenia w miłosną relację z tymi, którzy ich pociągają. Przede wszystkim jednak chrześcijaństwo jawiło mi się jako religia w bardzo małym stopniu uduchowiona. Niewiele wynosiłem z nudnych kościelnych nabożeństw i wszystko to wydawało mi się nakierowane jedynie na usatysfakcjonowanie starego faceta w obłokach, co z kolei miało umożliwić dostanie się do nieba. Naukę i filozofię uznałem za bardziej racjonalny sposób nadania sensu życiu, co ostatecznie doprowadziło mnie do zostania profesorem filozofii.
Pomimo odrzucenia religii zawsze miałem zmysł religijny, przeczucie, że u podstawy wszystkiego jest głębsza rzeczywistość, coś, co William James nazwał „czymś więcej”. Z tym „czymś więcej” łączyłem się jednak na swój własny sposób, przez medytację i obcowanie z przyrodą. Innymi słowy: byłem jednym z „uduchowionych, ale niereligijnych”.
Wszechświat dostrojony do człowieka?
W takim stanie trwałem przez parę dekad. Czułem się szczęśliwy w tym klubie. W moim życiu nie odczuwałem „wyrwy po Bogu”. Ostatnio jednak parę rzeczy uległo zmianie. Pierwsza to kwestia intelektualna. Większość moich kolegów filozofów przekonały albo argumenty za bardzo tradycyjną ideą Boga, albo ateistyczne argumenty w stylu Richarda Dawkinsa. Doszedłem do wniosku, że obydwie strony debaty mają do pewnego stopnia rację.
W kwestii ateizmu pozostaję nadal przekonany, że cierpienie, które znajdujemy we wszechświecie, jest potężnym dowodem przeciwko istnieniu kochającego i wszechmogącego Boga. Uznałem jednak, że istnieją poważne racje przemawiające za czymś boskim. Jedną z nich jest to, jak bardzo prawa fizyki są dostrojone do życia: zaskakujące odkrycia ostatnich dziesięcioleci, że pewne stałe fizyczne, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, są idealnie dopasowane do zaistnienia życia. Drugą racją jest psychofizyczna harmonia, niesamowita równowaga między świadomością a działaniem, którą zakłada każda ewolucyjna teoria dotycząca charakteru naszego świadomego doświadczenia. Wszystko to przedstawiłem w mojej ostatniej książce pod tytułem Why? The Purpose of the Universe (Dlaczego? Cel wszechświata, 2023).
Obecnie skłaniam się ku hipotezie, którą poważnie brał pod uwagę John Stuart Mill: istnienie dobrego Boga o ograniczonych możliwościach.
Ta hipoteza jest w stanie zarówno wytłumaczyć niedoskonałości naszego wszechświata – poprzez przyjęcie ograniczonych możliwości Boga – jak i uwzględnić niewiarygodnie dobre własności naszego wszechświata, choćby wspomniane wyżej psychofizyczne dopasowanie oraz harmonia. Być może Bóg wolałby stworzyć inteligentne życie w jednej chwili, przez tchnienie w pył, jak opisuje to Księga Rodzaju. Jednak faktycznie jedynym sposobem, w jaki potrafił stworzyć życie, było powołanie do istnienia wszechświata z odpowiednimi prawami fizyki, z którego ostatecznie ewoluuje inteligentne życie. Bóg stworzył najlepszy świat, jaki mógł stworzyć.
Drugą zmianą było odkrycie wielkiej różnorodności w obrębie samego chrześcijaństwa. Wiele lektur i rozmów z chrześcijańskimi myślicielami dało mi głębsze zrozumienie jego mistycznych tradycji oraz radykalnych korzeni. Nie zmieniłem zdania na temat religijności, którą odrzuciłem w młodości. Obecnie myślę jednak, że istnieją takie wersje chrześcijaństwa, jakie dobrze pasują do Boga o ograniczonych możliwościach, w którego obecnie wierzę.
Ostateczna zmiana dokonała się wraz z dostrzeżeniem wartości, jaką stanowi duchowa wspólnota. Bycie „uduchowionym, ale niereligijnym” może oznaczać rodzaj samotności, z jakim niełatwo sobie poradzić. Religia obejmuje rytuały i praktyki, które łączą ludzi w przestrzeni i czasie, naznaczając pory roku i ważne momenty w życiu – narodziny, małżeństwo, dojrzewanie, śmierć – tworząc więź między społeczeństwem a boskością. Czuję się bardziej szczęśliwy i bliższy boskości, jeśli mogę łączyć się z nią, pozostając w relacji z innymi.
Świat obecny w Bogu
Koncepcja Boga, którą poznałem jako dziecko, była czymś całkowicie odłączonym od wszechświata. Istnieją jednak wersje hipotezy Boga, które nie postrzegają tych spraw w dwubiegunowy sposób. Niektórzy panteiści uważają, że „Bóg” i „wszechświat” to po prostu różne słowa na określenie tego samego. Wydaje się, że to jedynie specyficznie opakowany ateizm. Istnieją jednak również panenteiści, którzy co prawda nie utożsamiają całkowicie Boga i wszechświata, ale też nie są to dla nich rzeczywistości w pełni odrębne. Panenteiści wierzą, że istnieje ścisły związek między Bogiem a wszechświatem, że to pojęcia, które częściowo się na siebie nakładają. Wszechświat jest w pewnym sensie wewnątrz Boga, a być może także Bóg jest wewnątrz wszechświata.
Te koncepcje boskości rezonują we mnie duchowo w sposób, w jaki nigdy nie rezonowała czysto nadprzyrodzona, całkowicie transcendentna koncepcja Boga.
Jest to zbieżne z przekonaniem wielu mistyków, a także angielskich poetów romantycznych, że boskość jest obecna we wszystkich rzeczach. William Wordsworth w wierszu Tintern Abbey (1798) mówił „o czymś przenikającym znacznie głębiej”.
Ponadto mamy tu do czynienia ze ścisłym powiązaniem z teorią filozoficzną, której broniłem przez większą część mojej zawodowej kariery, a mianowicie z panpsychizmem: poglądem, że świadomość sięga aż do fundamentalnych cząstek rzeczywistości. Dla panpsychistów elementy lub obszary, które tworzą nasz wszechświat, mają swoją własną, bardzo podstawową formę świadomego doświadczenia, a wysoce złożona świadomość ludzkiego czy zwierzęcego mózgu składa się z tych pierwotnych form świadomości. Panenteizm bardziej odpowiada panpsychicznej wizji rzeczywistości, gdyż łatwiej jest uchwycić sens boskości przenikającej wszechświat, jeśli wszechświat ten jest napełniony świadomością, a nie jest jedynie zimnym i pozbawionym uczuć mechanizmem.
Panenteizm może również pomóc nam zrozumieć ideę Boga podlegającego ograniczeniom. Jeśli Bóg miał stworzyć wszechświat wewnątrz siebie, to możliwe, że pozaczasowa i niezmienna natura Boga nałożyła pewne ograniczenia na to, co było do stworzenia. Być może głęboka prostota i jedność Bożej natury sprawiły, że punkt wyjścia stworzenia musiał być bardzo prosty – Wielki Wybuch – i dopiero z czasem mogło ono przejść ku większej złożoności.
Broniłem takiego właśnie poglądu na temat początków istnienia w mojej książce Why? – zarówno przed konwencjonalnym ateizmem, jak i tradycyjnymi religiami Zachodu. Od tamtego czasu dostrzegłem, że panenteizm dosyć dobrze pasuje do pewnych interpretacji chrześcijaństwa.
Nie chodzi o karę, lecz o miłość
Wielu ludzi rozumie istotę chrześcijaństwa w sposób następujący: wszyscy jesteśmy grzesznikami i dlatego zasługujemy na wieczny piekielny ogień. Na szczęście Jezus wziął na siebie karę, na którą my zasługujemy, i – w konsekwencji – jeśli zaakceptujemy ofiarę Jezusa złożoną za nas, to po śmierci pójdziemy do nieba, aby żyć z Bogiem. Każdy, kto nie przyjmie ofiary Jezusa, będzie smażył się w piekle na wieki.
W rzeczywistości jest to tylko jedna z interpretacji chrześcijaństwa, związana z reformacją protestancką, chociaż podobnego poglądu bronił już Anzelm z Canterbury w XI w. Jest to również, moim zdaniem, jedna z najbardziej nieprzekonujących doktryn teologicznych spośród współczesnych globalnych religii. Nie sądzę, aby ktokolwiek zasługiwał na wieczny ogień piekielny. A nawet jeśli na niego zasługujemy, to ukaranie niewinnego człowieka w nasze miejsce nic by nie dało. Słowo „Jezus” dla wielu jest głęboko związane z tą wizją i dlatego, omawiając alternatywne poglądy, podążę za pomysłem Francisa Spufforda i użyję hebrajskiej wersji imienia Jezusa: Jeszua.
Chrześcijaństwo jest trochę jak mechanika kwantowa.
Z punktu widzenia matematyki mechanika kwantowa to nasza najbardziej udana teoria naukowa. Problem w tym, że nikt nie wie, jak to się dzieje, że jej równania działają, prognozując obserwowane fakty. Istnieje wiele różnych interpretacji, jednak nie ma zgody co do tego, która z nich jest poprawna. Podobnie jest z chrześcijaństwem: wszyscy chrześcijanie zgadzają się, że Jeszua odegrał kluczową rolę w celowości całego wszechświata, ale nie ma powszechnej zgody co do mechaniki tego oddziaływania.
Wizja, która bardziej mnie przekonuje, krąży wokół miłości i jedności, a nie wokół grzechu i kary. Zgodnie z teorią uczestnictwa popularną w Kościele prawosławnym w kwestii Jeszuy chodziło o to, aby Bóg upodobnił się do nas po to, abyśmy my mogli stać się podobni do Boga. Bóg pragnie, abyśmy głębiej uczestniczyli w Jego sposobie istnienia. Mamy jednak problem w postaci pozaczasowego, transcendentnego aspektu Boga, radykalnie różnego od natury ludzkiej, która jest, nazwijmy to, wynikiem naturalnej ewolucji. Bez większego upodobnienia się Boga do jego stworzenia różnica między Bogiem a stworzeniem jest po prostu zbyt duża, by mogło dojść do dzielenia wspólnej formy istnienia. Filozof Robin Collins twierdzi, że to analogiczne do faktu, iż „gałąź drzewa nie może być zaszczepiona koniowi, lecz jedynie innemu drzewu; koń jest zbyt obcy dla drzewa”. Gdy Bóg, za pośrednictwem Jeszuy, bierze udział w czasowym, fizycznym istnieniu, wtedy dochodzi do zasypania przepaści między Bogiem a stworzeniem i otwiera się możliwość uczestniczenia w Bożym sposobie istnienia zarówno ludzi, jak i całego stworzenia.
Ta wizja nadal nie jest dla mnie przekonująca, jeśli trwamy przy założeniu, że Bóg jest wszechmogący.
Jeśli Bóg może zrobić wszystko, to mógł stworzyć nas w taki sposób, abyśmy dzielili z nim Jego formę istnienia od samego początku, a nie byli poddani prawom ewolucji przez miliony pełnych cierpienia lat. Jeśli jednak Bóg nie jest wszechmogący, to być może podąża własną drogą ku stworzeniu doskonałego wszechświata, ale jest w stanie dokonać tego jedynie w dwóch etapach. W pierwszym etapie stwarza świat zadowalający, z odpowiednim rodzajem fizyki, docelowo zdolnej do rozwinięcia inteligentnego życia. Następnie, gdy stworzenie osiąga już odpowiedni stopień rozwoju, Bóg zaczyna doprowadzać świat do doskonałości poprzez coraz bardziej zdecydowane…