Subskrybuj
Zużyte strzykawki wykorzystane podczas medycznego wspomagania umierania (MAID), czyli procedury eutanazji
Zużyte strzykawki wykorzystane podczas medycznego wspomagania umierania (MAID), czyli procedury eutanazji fot. Johnny C. Y. Lam
Dziennikarka magazynu „The Atlantic”. Zajmuje się również tematyką polityczną, publikowała m.in. w „The New York Times” i „The New York Times Magazine”.

Kanada się zabija

Państwo dało swoim obywatelom prawo do eutanazji. Lekarze z trudem nadążają za popytem. Bo jeśli autonomia pacjenta w podejmowaniu decyzji o swojej śmierci jest nietykalna, to czy istnieje ktoś, komu nie powinno się pomóc umrzeć?

Konferencję na temat eutanazji zorganizowano w hotelu Sheraton. Niemal 300 kanadyjskich specjalistów, z których większość stanowili lekarze, przybyło na coroczne wydarzenie. Był catering i darmowe torby, uczestnicy mogli spotkać się na piątkowej dyskotece w kompleksie rozrywkowym Par­-Tee Putt w samym centrum Vancouver. – Networking – powiedział mi jeden z klinicystów – nie ma nic ważniejszego.

Tak samo mogłoby wyglądać dowolne inne sympozjum. W ciągu ostatniej dekady praktycy eutanazji zaznajomili się z prozaicznymi konferencyjnymi rytuałami – smyczami z identyfikatorami, talonami na drinki i kolejkami do sal balowych czterogwiazdkowych hoteli – tak samo dobrze jak ortodonci czy chirurdzy plastyczni. Różnica polega na tym, że 10 lat temu to, czym wielu uczestników tej konferencji zajmuje się w pracy, zostałoby potraktowane jako zabójstwo.

„Zasadniczo naturalne wydarzenie”

Kiedy w 2016 r. kanadyjski parlament zalegalizował praktykę euta­nazji – medycznie wspomaganego umierania (MAID, Medical Assistance in Dying), jak to się oficjalnie nazywa – rozpoczął się bezterminowy eksperyment medyczny. Jednego dnia podanie pacjentowi śmiertelnego zastrzyku równało się złamaniu prawa, następnego stało się tak samo legalne jak wycięcie migdałków, choć to ostatnie wiąże się z dłuższym okresem oczekiwania. W Kanadzie co 20 zgon następuje w wyniki procedury eutanazji – to więcej niż z powodu choroby Alzheimera i cukrzycy razem wziętych. Pod tym względem Kanada przewyższa kraje, w których wspomagane umieranie jest legalne od znacznie dłuższego czasu.

Jest jeszcze zbyt wcześnie, by uznać, że eutanazja jest tu powszechnie podejmowanym wyborem na zakończenie życia, ale od samego początku można obserwować ją jako studium przypadku przyspieszającego trendu. MAID pierwotnie miał być procedurą stosowaną wyłącznie wobec ciężko chorych pacjentów u kresu życia. Następnie prawo to zaczęło obejmować także osoby cierpiące na poważne choroby, których życie nie jest jednak bezpośrednio zagrożone. W 2027 r. MAID będzie dostępny dla chorych psychicznie niemających innych schorzeń. Parlament zarekomendował również, by z procedury mogły korzystać osoby niepełnoletnie.

Naczelną zasadą najszybciej rozwijającego się na świecie systemu eutanazji jest koncepcja autonomii pacjenta. Szacunek dla decyzji pacjenta należy oczywiście do podstawowych wartości w medycynie. Tutaj jednak stał się on kwestią absolutnie nadrzędną, pozwalając zwolennikom programu MAID forsować jego rozszerzanie za pomocą kategorii, które nie dopuszczają sprzeciwu, a są wyrażane językiem równości, dostępności oraz współczucia.

Podczas gdy Kanada zmaga się z nieustannie zmieniającymi się roszczeniami dotyczącymi prawa do śmierci, popyt na eutanazję zaczął przewyższać możliwości lekarzy.

Ma to swoje niezamierzone konsekwencje. Z jednej strony część Kanadyjczyków, których nie stać na leczenie, zaczyna szukać lekarzy oferujących zakończenie ich życia [kanadyjski system ochrony zdrowia jest publiczny, ale część kosztów leczenia, np. leki przyjmowane w domu czy dodatkowa opieka, jest opłacana przez samych pacjentów – przyp. red.]. W pewnych sytuacjach stają oni przed nierozwiązywalnymi dylematami etycznymi. Z drugiej strony klinicyści, którzy już na wczesnym etapie zdecydowali się ukierunkować swoją karierę na wspomagane umieranie, nie czują się już zobowiązani do ukrywania swojego pełnego, energicznego wręcz zaangażowania w program MAID. Są wśród nich lekarze, którzy poddali eutanazji setki pacjentów.

Dwudniową konferencję w Vancouver zorganizowało stowarzyszenie Canadian Association of MAID Assessors and Providers. Stefanie Green, lekarka z Wyspy Vancouver i jedna z założycielek stowarzyszenia, opowiedziała mi, jak jej kilkudziesięcioletnie doświadczenie w roli lekarza położnika pomogło jej przygotować się do tego nowego rozdziału w karierze. W obu dziedzinach, wyjaśniała, przeprowadza się pacjenta przez „zasadniczo naturalne wydarzenie” – emocjonalną i medyczną choreografię „najważniejszych dni w jego życiu”. Rozwijała tę analogię: – Pomyślałam: „Cóż, pierwsze było przyjmowaniem życia na świat, a drugie: przemianą i przekazaniem go na zewnątrz”. Dlatego Green nie nazywa zgonów, do jakich przyczyniła się w ramach MAID „świadczeniami”, choć tym terminem posługuję się większość klinicystów. Mówi o nich jak o swego rodzaju „porodach”.

Gord Gubitz, neurolog z Nowej Szkocji, powiedział mi, że ludzie często pytają go o „stres”, „traumę” i „rozdarcie” związane z jego pracą jako świadczeniodawcy MAID. Czy nie jest „wyczerpująca emocjonalnie”? Jego zdaniem – wręcz przeciwnie.

Dr Gubitz uważa eutanazję za „energetyzującą” – „naj­bardziej sensowną pracę” w jego karierze. – To mieszanka radości i smutku, wiesz? – wyjaśniał – To smutne, że tak bardzo cierpiałeś. To smutne, że twoja rodzina jest pogrążona w żałobie. Ale cieszymy się, że mogliśmy zrealizować twoje pragnienie – dodał.

Czy Kanada spełnia swoje pragnienie? Dziewięć lat po zalegalizowaniu wspomaganej śmierci kanadyjscy przywódcy wydają się postrzegać MAID ze specyficznego, antropologicznego wręcz, dystansu: tak jakby przyszłość euta­nazji nie zależała od nich, podobnie jak prawa fizyki; tak jakby dalsze rozwijanie programu, dalsza ekspansja nie były rzeczywistością, którą rządzący wybierają, lecz taką, którą jedynie akceptują. To opowieść o tym, co dzieje się, gdy naród usankcjonuje prawo, zanim zdoła zmierzyć się z całością jego wewnętrznej logiki. Jeśli autonomia pacjenta w podejmowaniu decyzji o pragnieniu śmierci jest nietykalna, to czy istnieje ktoś, komu nie powinno się pomóc umrzeć?

Śmierć jako procedura

Rishad Usmani pamięta pierwszą pacjentkę, którą zabił. Miała 77 lat, niegdyś była łyżwiarką z rewii Ice Capades i cierpiała na poważne zwężenie kanału kręgowego. Usmani, pracujący na wyspie Vancouver lekarz rodzinny kobiety, próbował odwieść ją od decyzji o eutanazji. Powiedział mi, że zawsze tak robił, gdy pacjenci po raz pierwszy pytali o medycznie wspomaganą śmierć, ponieważ często okazywało się, że ludzie po prostu chcieli poczuć się lepiej i mieć kontrolę nad bólem. Gdy zaczynali rozważać MAID na poważnie, faktycznie licząc się z jego ostatecznością, zdawali sobie sprawę, że tak naprawdę nie chcą eutanazji. Ale ta pacjentka była zdecydowana: cierpiała nie tylko z powodu bólu, ale także z powodu leków przeciw­bólowych. Chciała umrzeć.

13 grudnia 2018 r. Usmani przyjechał do domu kobiety w mieście Comox w Kolumbii Brytyjskiej. Dołączył do niego starszy lekarz mający czuwać nad przebiegiem procedury oraz pielęgniarka, której zadaniem było założenie wkłucia dożylnego. Pacjentka leżała w szpitalnym łóżku, obok siedziała jej siostra, trzymając ją za rękę. Usmani zapytał po raz ostatni, czy jest pewna. Potwierdziła. Podał 10 mg midazolamu, szybko działającego środka uspokajającego, następnie 40 mg lidokainy, aby znieczulić żyłę, przygotowując ją na 1000 mg propofolu, który miał wywołać głęboką śpiączkę. Wreszcie wstrzyknął 200 mg środka zwiotczającego mięśnie o nazwie rokuronium, zatrzymując oddychanie i prowadząc do ustania akcji serca.

Usmani przyłożył stetoskop do klatki piersiowej kobiety i nasłuchiwał. Z niepokojem, którego nie okazał, usłyszał, że serce wciąż bije. Co więcej, wydawało się, że z każdą sekundą przyspiesza. Zerknął na kontrolującego go lekarza. Gdzie popełnił błąd? Gdy ich spojrzenia się skrzyżowały, zrozumiał, że to, co słyszy, jest biciem jego włas­nego serca.

Wielu kanadyjskich lekarzy, któ­­rzy uczestniczyli w procedurze wspomaganego umierania, opowiada podobne historie – o napięciu i wątpliwościach towarzyszących ich pierwszemu przypadkowi. Śmierć każdy lekarz zna aż nazbyt dobrze – rozpacz, bladość oraz całą papierologię, która im towarzyszy. Praca w medycynie jest codziennym wkraczaniem w najgorsze dni życia innych ludzi. Ale podejście do śmierci jak do procedury, czegoś, co należy zaplanować w terminarzu czy Outlooku, wymagało odrobiny przyzwyczajenia. Dziś w Kanadzie nie jest to już nowe i niezwykłe wydarzenie. Według danych z 2023 r., ostatniego okresu, z którego dostępne są statystyki, w sumie około 60 300 Kanadyjczyków zmarło na skutek MAID.

W Quebecu ponad 7% wszystkich zgonów następuje w wyniku eutanazji – to najwyższy odsetek na świecie.

– Mam teraz dwa lub trzy świadczenia tygodniowo, ich liczba rośnie z roku na rok – mówi Claude Rivard, lekarz rodzinny z przedmieść Montrealu.

Do tej pory Rivard udzielił takich świadczeń ponad 600 pacjentom; zajmuje się też szkoleniami dla klinicystów z zakresu procedur w ramach MAID. Tej wiosny obserwowałam z ostatniej ławki małej sali wykładowej szpitala w Vancouver, jak Rivard prowadził warsztaty na temat infuzji śródkostnej – podawania leków bezpośrednio do jamy szpikowej, co, jak mi wyjaśnił, jest przydatną umiejętnością w przypadku niepowodzenia wykonania wlewu dożylnego. Na podkładach higienicznych pokrywających rząd stołów leżało osiem bulwiastych i różowych golonek wieprzowych. Po prezentacji w PowerPoincie, kilkunastu uczestników na zmianę korzystało z różnych urządzeń do iniekcji, od prymitywnych (tradycyjne igły) po nowoczesne (pistolety do automatycznej iniekcji). Dłonie kurczowo zaciskały się na pustych stalowych igłach, gdy uczestnicy warsztatów z trudem starali się wkręcać i osadzać narzędzia. Klinicyści zgodzili się później, że była to ostatnia rzecz, którą pacjenci chcieliby widzieć podczas umierania. Praktycy musieli się uczyć. – Każdy szczegół ma znaczenie – powiedział Rivard. Sam preferował pistolet do iniekcji kostnych.

Spersonalizować własne umieranie

Szczegóły doświadczenia wspomaganej śmierci stały się ważnym tematem życia społecznego w Kanadzie. Pacjenci skrupulatnie planują swoje ostatnie chwile i związane z nimi uroczystości: organizują np. weekendowe przyjęcia w domu poprzedzające eutanazję przeprowadzaną w ogrodzie w niedzielny wieczór; proszą katolickich księży o ostatnie namaszczenie; otoczeni bliskimi nucą Auld Lang Syne [szkocka pieśń ludowa, w Polsce jej melodia znana jest z harcerskiej piosenki Ogniska już dogasa blask – przyp. tłum.]. Za jedyne 10,99 dolarów każdy może spersonalizować swoje doświadczenie MAID za pomocą aplikacji Be Ceremonial. Wśród sugerowanych rytuałów znajdziemy zaaranżowanie ołtarzyka z przedmiotami opowiadającymi historię życia danej osoby, ceremonię przebaczenia oraz zbieranie łez od świadków. W podcaście Disrupting Death prowadzonym wspólnie przez pedagożkę oraz pracowniczkę socjalną z Ontario goście dzielą się pomysłami dotyczącymi m.in. normalizacji procesu MAID u dzieci, które doświadczają utraty bliskiej osoby dorosłej: piżama party w domu pogrzebowym, malowanie trumny na szkolnym podwórku.

Autonomia, wybór, kontrola: to wartości, które zyskały uznanie wśród zdecydowanej większości Kanadyjczyków w lutym 2015 r., kiedy to Sąd Najwyższy Kanady w sprawie zgłoszonej przez British Columbia Civil Liberties Association jednogłośnie uchylił obowiązujący dotąd w tym kraju zakaz medycznego wspomagania śmierci. Zwolennicy tej decyzji uznali ją za efekt wieloletnich starań, kulminację kampanii rozpędzanej od lat 90., gdy Sąd Najwyższy przy niewielkiej przewadze głosów odrzucił możliwość eutanazji wspomaganej przez lekarza w sprawie pacjentki chorej na stwardnienie zanikowe boczne (ALS). „Mówimy o kompetentnej osobie podejmującej decyzję dotyczącą jej własnej śmierci” – zaznaczył jeden z wieloletnich aktywistów na rzecz eutanazji, ciesząc się z nowego orzeczenia. „Jeśli nie chcesz, nie podejmuj tej decyzji, ale trzymaj się z dala od mojego łoża śmierci”. Rok później, w czerwcu 2016 r., parlament przyjął pierwsze przepisy oficjalnie zezwalające na medycznie wspomaganą śmierć w przypadku dorosłych spełniających określone kryteria.

Tym samym Kanada dołączyła do wąskiego grona państw (m.in. Belgii, Holandii oraz Szwajcarii), a także amerykańskich stanów (m.in. Oregon, Vermont i Kalifornia), które już wcześniej dopuszczały różne formy tej procedury.

Nowa ustawa dopuściła możliwość stosowania medycznie wspomaganego umierania wobec osób dorosłych dotkniętych „ciężkimi, nieuleczalnymi chorobami” powodującymi „cierpienie nie do zniesienia” oraz stojących w obliczu „racjonalnie przewidywalnej” naturalnej śmierci. Aby się zakwalifikować, pacjenci musieli dostarczyć wniosek podpisany przez dwóch lekarzy, a następnie zgodnie z prawem przysługiwał im dziesięciodniowy „czas do namysłu” przed wykonaniem zabiegu. Pacjenci mogli zdecydować się na śmierć w wyniku eutanazji – bezpośredniego podania leków przez lekarza – lub poprzez wspomagane samobójstwo, w którym pacjent samodzielnie podaje sobie doustnie śmiertelną dawkę, którą przepisał mu lekarz. (Praktycznie wszystkie zgony w ramach MAID w Kanadzie miały miejsce w wyniku eutanazji). Przed rozpoczęciem procedury pacjenci musieli wyrazić ostateczną zgodę.

Innymi słowy, nowe prawo opierało się na koncepcji autonomii pacjenta, jednakże obowiązywało w ściśle wyznaczonych granicach. Zamiast zmuszać osobę chorą, np. mającą nowotwór w zaawansowanym stadium, do cierpienia aż do samego końca, MAID umożliwił pacjentom odejście na własnych warunkach: doświadczenie „godnej śmierci”, jak określali to zwolennicy nowych rozwiązań. To, że próg umożliwiający kwalifikację do procedury MAID będzie wysoki i rygorystyczny, zostało przedstawione opinii publicznej jako oczywiste, chociaż same kryteria, gdy przyjrzeć się im z bliska, nie były jedno­znaczne. Na przykład ile wynosi „racjonalnie przewidywana” bliskość śmierci? Dwa miesiące? Dwa lata? Kanadyjskie Ministerstwo Sprawiedliwości zasugerowało jedynie „termin, który nie jest zbyt odległy”.

Doprecyzowanie, co miałoby to właściwie oznaczać, pozostawiono w gestii lokalnych instytucji opieki zdrowotnej.

Po uchwaleniu ustawy lekarze, pielęg­niarze, farmaceuci, a także prawnicy w pośpiechu opracowywali szczegó­łowe regulacje dotyczące procedury, która dotąd była klasyfikowana jako zabójstwo. Jak powinien przebiegać proces oceny? Jakie leki należy stosować? Szczególnie drażliwe okazało się pytanie: czy to medycy, czy pacjenci powinni inicjować rozmowy na temat wspomaganej śmierci? Niektórzy argumentowali, że lekarze i pielęgniarki mają zawodowy obowiązek poruszania tematu MAID z potencjalnie kwalifikującymi się pacjentami, tak jak w przypadku każdej innej „opcji leczenia”. Inni obawiali się, że pacjenci mogliby potraktować taką sugestię jako zalecenie – dostrzegali niebezpieczeństwo już w samym mówieniu o wspomaganym umieraniu jak o procedurze medycznej porównywalnej z laserową korektą wzroku czy założeniem implantu stawu biodrowego.

Początkowo wielu pracowników ochrony zdrowia odmówiło jakiegokolwiek uczestnictwa w MAID – niektórzy z powodów religijnych, a inni dlatego, że ich zdaniem naruszało to lekarski obowiązek „nieszkodzenia”. U wielu medyków etyczne i logistyczne wyzwania eutanazji tylko potęgowały stres związany z pracą w kanadyjskim systemie publicznej opieki zdrowotnej od lat obciążonym cięciami finansowymi i niedoborami kadrowymi.

Na operację w zakresie chirurgii ogólnej czeka się około 22 tygodni. Na operację orto­pedyczną – ponad rok. Na niektóre usługi w zakresie zdrowia psychicznego – jeszcze dłużej.

Wyjście awaryjne

Gdy zaczęły napływać pierwsze wnioski o ocenę związane z procedurą eutanazji, wielu spośród tych klinicystów, którzy głęboko wie­rzyli w prawo do wspomaganego umierania, wahało się przed faktycznym udzieleniem tego rodzaju świadczenia. Niektórzy podjęli decyzję o przyjęciu pierwszych pacjentów dopiero wtedy, gdy zdali sobie sprawę, że nikt inny – w szpitalu, a nawet w całym regionie – ich w tej roli nie zastąpi. Matt Kutcher, lekarz z Wyspy Księcia Edwarda, był w tej kwestii bardziej otwarty niż inni, ale przyznał, że zbudowanie od podstaw własnej praktyki MAID było dla niego wyzwaniem. – Tak naprawdę – powiedział – wszyscy trochę improwizowaliśmy, zachowując jednak sporą ostrożność.

W deszczowy wiosenny wieczór w 2017 r. Kutcher pojechał do wiejskiego domu nad morzem, aby dokonać pierwszego usankcjonowanego przez państwo aktu eutanazji w swojej prowincji. Pacjent, Paul Couvrette, dowiedział się o MAID od swojej żony, Liany Brittain dwa lata wcześniej, niedługo po ogłoszeniu decyzji Sądu Najwyższego. Właśnie wykryto u niego nowotwór płuc. Gdy po otrzymaniu diagnozy dochodził do siebie na szpitalnym parkingu, odwrócił się do żony i oznajmił: „Nie będę miał raka. Zamierzam się zabić”. Powiedziała mu, że trochę za bardzo dramatyzuje. „Wiesz, kochanie, nie musisz tego robić”, wspomina swoją odpowiedź. „Rząd zrobi to za ciebie, i to bezpłatnie”. Couvrette był zaskoczony, ponieważ, choć godził się na operację, nie był zainteresowany ani chemioterapią, ani radioterapią.

Jak powiedziała mi Brittain, myśl o eutanazji dała mu ulgę w postaci „drzwi awaryjnych”.

Na początku 2017 r. pojawiły się przerzuty do mózgu, które w dużej mierze przykuły jej 72-letniego męża do łóżka. Procedurę eutanazji wyznaczył na 10 maja – w rocznicę ślubu.

Kutcher i pielęgniarka zgodzili się przyjść wcześniej i dołączyć do zgromadzonej rodziny: dzieci oraz wnuków. Podano ostatnią kolację: zupę z owoców morza i bezglutenowe ciasteczka. Tylko Brittain zdecydowała się towarzyszyć mężowi w sypialni na parterze; reszta rodziny i dwa psy czekały poza domem, na plaży. Kutcher wspominał, że mieli poczucie iż „dzieje się coś, czego nikt z nas wcześniej nie doświadczył, i że tak naprawdę nie wiedzieliśmy, na co się piszemy”. To, co nastąpiło później, było „piękną śmiercią” – tak nazwała to lokalna gazeta, przekazała mi Brittain. Ostatnie słowa Couvrette’a, jakie wypowiedział do żony, pochodziły z ich przysięgi ślubnej: „Będę cię kochał zawsze, plus trzy dni”.

Kutcher początkowo zmagał się z nieodpartą dziwnością tego doświadczenia – jak szybko to się skończyło; pakuje właśnie swój sprzęt u boku martwego mężczyzny, który zaledwie 10 min wcześniej z nim rozmawiał. Wrócił jednak do domu z przekonaniem, że postąpił słusznie wobec swojego pacjenta.

Dla zwolenników eutanazji Couvrette uosabiał idealnego kandydata do procedury MAID, motywowanego nie impulsywnym dążeniem do śmierci, lecz przemyślanym pragnieniem, by odebrać nieuleczalnej chorobie kontrolę nad własnym losem. Grupa lobbingowa Dying With Dignity Canada uczciła „pełen sprawczości wybór oraz podróż” Couvrette’a, przygotowując prezentację na swojej stronie internetowej, gdzie zamieszczono też inne przykłady „dobrej śmierci”, jakie umożliwiła nowa ustawa. Znalazła się wśród nich historia chirurga z Nowej Szkocji cierpiącego na chorobę Parkinsona, który „umarł tak, jak żył – na własnych warunkach”. Jest tam też wzmianka o parze dziewięćdziesięciolatków z Toronto, którym udzielono świadczenia MAID jako „wymarzonego zakończenia ich bajkowego związku”.

Miejsce do umierania

Pełne emocji relacje koncentrowały się zazwyczaj na białych, wykształconych i finansowo stabilnych pacjentach – modelowych świadczeniobiorcach procedury MAID. Historie te nie dawały jednak wglądu w to, co wielu klinicystów odkrywało również jako część prawdy: jeśli umieranie z wykorzystaniem MAID było umieraniem z godnością, niektóre zgony wydawały się o wiele bardziej godne niż inne. Nie wszyscy mają domy na plaży lub dzieci i wnuki, które mogą gromadzić się w poczuciu miłości i solidarności. Stało się to jasne dla Sandy’ego Buchmana, lekarza opieki paliatywnej w Toronto, gdy wykonywał jedną z pierwszych procedur eutanazji w swojej karierze, a jego pacjent był „zupełnie sam” i ostateczną decyzję potwierdził, leżąc na materacu ułożonym na podłodze wynajmowanego mieszkania. Buchman wspomina, jak w pustym pokoju musiał uklęknąć obok materaca, aby podać leki. – To było straszne – powiedział. – Mogłem się przekonać, jak trudne, jak potworne mogą być takie sytuacje.

W 2018 r. Buchman został współzałożycielem organizacji non­-profit o nazwie MAiDHouse. Celem było stworzenie swego rodzaju „trzeciego miejsca” dla osób, które nie chcą umierać ani w szpitalu, ani w domu. Znalezienie lokalizacji okazało się wyzwaniem; wielu właścicieli odmawiało. Ale od 2022 r. MAiD­House ma już wynajęte miejsce w Toronto, gdzie działa do dziś. (Z powodów bezpieczeństwa adres nie jest udostępniany publicznie). Tekla Hendrickson, dyrektorka organizacji, powiedziała mi, że pomieszczenia zostały zaprojektowane tak, by dawały wrażenie przytulności i ciepła, ale jednocześnie by dało się je dostosować do życzeń osób, które z nich korzystają: meble na tyle lekkie, by je przenosić, puste powierzchnie, gdzie można postawić kwiaty, zdjęcia lub inne osobiste przedmioty. – Czasami zamawiają szampana, czasami przyjeżdżają limuzynami, wkładają suknie balowe – mówiła Hendrickson.

Sam akt eutanazji odbywa się w wygodnym, rozkładanym fotelu. Obok znajdują się pokoje udostępniane członkom rodziny i przyjaciołom, którzy wolą nie być świadkami wykonywania procedury. Następnie, jak dowiadujemy się ze strony internetowej MAiDHouse, ciało jest transportowane do domu pogrzebowego przez pracowników, którzy przyjeżdżają nieoznakowanymi samochodami i „dyskretnie” odjeżdżają.

Organizacja zapewniła dotąd przestrzeń i wsparcie przy ponad 100 zgonach. Na jej stronie internetowej wzrok przykuwa zdjęcie nasion dmuchawca unoszących się na wietrze. Drugi lokal MAiDHouse otwarto niedawno w mieście Victoria w Kolumbii Brytyjskiej. Przewodniczący zarządu napisał w raporcie rocznym za 2023 r., że grono osób obserwujących MAiDHouse na LinkedIn wzrosło o 85%, a nowe konto na Insta­gramie także zyskuje zwolenników.

Co istotniejsze, liczba świadczeń wykonanych w MAiD­House podwoiła się w stosunku do poprzedniego roku – „zdumiewający postęp dla tak młodej organizacji”.

Na początku funkcjonowania programu MAID niektórych klinicystów dziwiło i w pewnym sensie oburzało poczucie spełnienia, jakiego doświadczali, biorąc udział w procesie asystowanej śmierci. Kilka miesięcy po uchwaleniu ustawy Stefanie Green, którą poznałam na konferencji w Vancouver, przyznała się przed sobą, że zaraz po udzieleniu świadczenia czuła się „pozytywnie”, „jakby napompowana adrenaliną”. Tak to później określiła we wspomnieniach dotyczących pierwszego roku, gdy zajmowała się eutanazją. Green zdała sobie sprawę, że to, czego doświadcza, to poczucie satysfakcji: pacjent przyszedł do niej z ogromnym bólem, a ona była w stanie ulżyć mu w cierpieniu. Ostatecznie uznała, jak wspomina, że „udzieliła daru umierającemu człowiekowi”.

Green z początku niechętnie rozmawiała o swoich uczuciach z obawy, że może być postrzegana jako „psychopatka”. W końcu jednak zwierzyła się małej grupie współpracowników zajmujących się świadczeniem MAID. Tak powstał pomysł założenia formalnego stowarzyszenia. W 2017 r. zaczęła działać grupa, w której spotkaniu uczestniczyłam.

Uprawniony, ale przez kogo?

Był czas, kiedy Madeline Li czuła się doskonale wśród innych klinicystów, którzy stawili się na sympozjum w Sheratonie. W pierwszych latach obowiązywania programu MAID niewielu lekarzy miało większy wpływ na jego funkcjonowanie niż ona. Li, mieszkająca w Toronto specjalistka w zakresie psychoonkologii, kierowała pracami nad rozwojem programu MAID w ramach University Health Network – największej sieci szpitali akademickich w Kanadzie – a w 2017 r. opracowany przez nią model został opublikowany w „The New England Journal of Medicine”.

Jednak niedługo po rozpoczęciu własnej praktyki w zakresie eutanazji zaczęła tracić wiarę w kierunek, w jakim rozwijał się program. Mimo rozleg­łej wiedzy nawet ona nie była pewna, co należy zrobić z pacjentem, którego spotkała na swojej drodze w 2018 r.

Trzydziestolatek trafił na pogotowie, skarżąc się na ogromny ból. Zdiag­nozowano u niego nowotwór, lecz chirurg zapewnił go, że rokowania są dobre i ma 65-procentową szansę na wyleczenie. Mężczyzna powiedział jednak, że chce eutanazji. Zaskoczony chirurg skierował go do onkologa w celu omówienia chemioterapii, sądząc, że być może chodzi o strach przed operacją. Ale pacjent powtórzył onkologowi, że nie chce żadnego leczenia. To samo powiedział radioterapeucie, lekarzowi opieki paliatywnej i psychiatrze, aż wreszcie poskarżył się działowi odpowiadającemu za relacje z pacjentami, że szpital uniemożliwia mu dostęp do medycznie wspomaganej śmierci. Li umówiła się z nim na spotkanie.

Kanadyjska ustawa o MAID częściowo definiuje „ciężki i nieodwracalny stan zdrowia” jako „poważną i nieuleczalną chorobę, schorzenie lub niepełnosprawność”. Nie precy­zuje jednak, czym jest nieule­czalność – spośród rozmaitych niejas­ności tego prawa, które od początku wywoływały niepokój klinicystów, ta znalazła się wśród najistotniejszych. Czy „nieuleczalny” oznacza niedostępność jakiegokolwiek leczenia? Czy raczej odnosi się do prawdopodobieństwa, że dostępne leczenie nie zadziała? Czołowi zwolennicy MAID przed­stawili interpretację, która wkrótce stała się dominującą: chorobę uznaje się za nieuleczalną, jeśli nie istnieją akceptowane przez pacjenta metody, które mogłyby doprowadzić do jej ustąpienia.

Dla Li miało to sens. Jeśli starsza osoba cierpiąca na przewlekłą białaczkę szpikową nie chce poddać się wysoce toksycznej chemioterapii i radioterapii, dlaczego miałaby zostać do tego zmuszona?

Ale tutaj chodzi o młodego człowieka z diagnozą uleczalnego raka, który uparcie chce umrzeć. – Uderzyła mnie jego stanowczość – powiedziała Li. – Pytałam go: „Czy zmieniłbyś zdanie, gdybyś miał 100% szans?”. Odpowiedział, że nie. Wyjaśnił, że nie chce cierpieć z powodu leczenia lub skutków ubocznych; sama kolonoskopia była dla niego traumatycznym przeżyciem. Kiedy Li zapewniła go, że można ograniczać skutki uboczne, powiedział, że chyba go nie rozumie: tak, mogliby podać mu leki przeciw­bólowe, ale wtedy musiałby najpierw doświadczyć bólu. Nie chciał go czuć.

Co to oznaczało dla Li? Zgodnie z obowiązującymi standardami odmowa podjęcia leczenia przez mężczyznę sprawiła, że jego choroba stała się nieuleczalna, a naturalna śmierć była racjonalnie przewidywalna. Spełnił więc kryteria kwalifikacyjne w tym rozumieniu. Jednak cała ta sytuacja wydawała się Li niewłaściwa. Chcąc zasięgnąć dodatkowej opinii, przedstawiła zarys sprawy w prywatnej grupie e­-mailowej dla praktyków MAID, nadając swojej wiadomości tytuł: „Uprawniony, ale czy słusznie?”. – Tym, co jasno wyłoniło się z otrzymanych przeze mnie odpowiedzi – powiedziała mi Li – jest fakt, że wiele osób nie ma żadnych etycznych ani klinicznych skrupułów w tej sprawie. Autonomia pacjenta jest nadrzędna i jeśli pacjent chce jakiegoś rozwiązania, to nie do nas należy ocena. Powinniśmy mu je zapewnić.

Tak też zrobiła. Pożałowała swojej decyzji chwilę po tym, gdy serce pacjenta przestało bić. – Zrozumiałam wtedy, że sam fakt zakwalifikowania do MAID nie oznacza, że powinniśmy wykonać procedurę. Pacjent może uzyskać prawo do eutanazji tylko z tego powodu, że przepisy są pełne luk, a nie dlatego, że jest to uzasadnione z medycznego punktu widzenia.

Li nie interpretuje już słowa „nieuleczalny” wyłącznie w kategoriach decyzji pacjenta. Fakt, że prawo dopuszcza szerokie spektrum interpretacji już na tak zasadniczym etapie, wydaje jej się źródłem problemu. W efekcie wiele decyzji dotyczących życia i śmierci zależy od osobistych wartości lekarzy i pacjentów, a nie od obiektywnych kryteriów medycznych.

Do 2020 r. Li miała okazję nadzorować setki przypadków MAID, z których około 95% należało do „bardzo prostych”, jak to określa. Dotyczyły one osób, które cierpiały na nieuleczalne choroby i które chciały zachować taką samą kontrolę nad swoją śmiercią, jaką miały nad własnym życiem. Martwiło ją to pozostałe 5% – nie tylko ten wspomniany młody mężczyzna, ale cała kategoria osób szczególnie wrażliwych wymykająca się obostrzeniom ustawy. Należą do niej pacjenci, których jedyną „śmiertelną chorobę” stanowi wiek. Li przypomniała sobie sprawę, jaka szczególnie wyraźnie podzieliła jej zespół jeszcze w początkowym okresie jego funkcjonowania. Dotyczyła ona starszej kobiety, która złamała biodro. Pacjentka uznała, że reszta jej życia będzie naznaczona przez coraz bardziej dokuczliwą słabość i kolejne upadki, a ona – jak sama powiedziała – „po prostu nie zamierza się na to godzić”. Kobieta została zakwalifikowana do MAID – jako uzasadnienie uznano „zespół słabości”.

Li próbowała zrozumieć logikę, którą kierował się lekarz oceniający ten przypadek. Zgodnie ze statystycznymi tablicami trwania życia kobieta, biorąc pod uwagę jej wiek i stan zdrowia, miała przed sobą jeszcze pięć lub sześć lat. A gdyby pacjentka była nieco młodsza i statystycznie powinna była żyć jeszcze jakieś osiem lat – czy wówczas też spełniałaby kryteria? – Odpowiedziano mi: „Cóż, nie wiadomo”. Takie właśnie podejście mam na myśli – wyjaśnia Li. – Nie ma tu żadnego standardu; wszystko zależy od ciebie.

Przeświadczenie, że „poczucie domknięcia życia lub zmęczenia życiem” jest warunkiem wystarczającym, by zostać zakwalifikowanym do MAID, „budzi kontrowersje w Europie i teoretycznie nie odpowiada stanowi prawnemu w Kanadzie” – twierdzi Li. – Ale prawda jest taka, że jest to w Kanadzie legalne. W przypadkach, w których mamy do czynienia z diagnozą słabości, było tak od samego początku.

Li mówi, że popiera medycznie wspomaganą śmierć, gdy jest ona właściwa. To, co ją niepokoi, to zrzeczenie się przez rząd federalny odpowiedzialności za zarządzanie tą procedurą – ustanawianie zasad, wprowadzanie standardów, egzekwowanie ograniczeń. Uważa, że większość lekarzy w Kanadzie podziela jej stanowisko, podobnie jak ona dostrzegając tę „szarą strefę”. Ale jednocześnie większość ta jest, jak twierdzi, „najcichsza”.

Poza kontrolą

W 2014 r., gdy kwestia medycznie wspomaganej śmierci trafiła przed kanadyjski Sąd Najwyższy. Etienne Montero, profesor prawa cywil­nego i ówczesny prezes Europejskiego Instytutu Bioetyki, ostrzegał w swoim zeznaniu, że praktyki eutanazji, po jej zalegalizowaniu, nie sposób będzie kontrolować. Montero miał, z inicjatywy kanadyjskiego prokuratora generalnego, opisać belgijskie doświadczenia związane z eutanazją. Tamtejszy system obudowany pierwotnie „niezwykle surowymi” kryteriami stopniowo ewoluował – w wyniku swobodnych interpretacji i niedbałego egzekwowania prawa – inkorporując ostatecznie wielu pacjentów, których kiedyś miał pozostawiać poza swoim obrębem. Gdy autonomia pacjenta jest wartością nadrzędną, argumentował Montero, taka ekspansja staje się nieunikniona: „Prędzej czy później powtarzające się życzenie pacjenta będzie miało pierwszeństwo przed rygorystycznymi warunkami ustawy”. Kanadyjscy sędziowie byli jednak niewzruszeni; „permisywny” system belgijski, jak twierdzili, był „wytworem zupełnie innej kultury medyczno­-prawnej” i dlatego dawał „niewielki wgląd w to, jak mógłby działać kanadyjski projekt”.

W pewnym sensie mieli rację: w Belgii osiągnięcie współczynnika medycznie wspomaganej śmierci na poziomie 3% zajęło ponad 20 lat. Kanada potrzebowała tylko pięciu.

Z perspektywy czasu wydaje się, że ekspansja MAID rzeczywiście była nie do uniknięcia; Justin Trudeau, ówczesny premier Kanady, sam zapowiedział to w 2016 r., kiedy nazwał nowo uchwaloną ustawę o MAID „dużym pierwszym krokiem” w ramach nadchodzącej „ewolucji”. Pięć lat później, w marcu 2021 r., rząd uchwalił nowy, dwutorowy system kwalifikacji, łagodząc istniejące obostrzenia i dając dostęp do eutanazji większej liczbie Kanadyjczyków. Pacjenci zakwalifikowani w ramach ścieżki nr 1, jak ją odtąd nazywano – odnosząc się do pierwotnie towarzyszącego ustawie kontekstu końca życia – nie musieli już czekać 10 dni na świadczenie; mogli umrzeć w dniu jego przyznania. Natomiast ścieżka nr 2 legalizowała MAID dla dorosłych, których terminu śmierci nie można było racjonalnie przewidzieć – takich jak osoby cierpiące na przewlekły ból lub pewne zaburzenia neurologiczne. Chociaż cięcie kosztów nigdy nie było wymieniane jako wyraźne uzasadnienie rozszerzenia programu, parlamentarne biuro zajmujące się planowaniem budżetu przewidywało, że takie rozwiązanie przyniesie oszczędności w obszarze opieki zdrowotnej sięgające niemal 150 mln dolarów rocznie.

Ustawa z 2021 r. przewidywała dodatkowe obostrzenia związane ze ścieżką nr 2. Lekarze musieli upewnić się, że wnioskodawcy „gruntownie rozważyli” – nie precyzując, co to właściwie miałoby oznaczać – „odpowiednie i dostępne środki” złagodzenia ich cierpienia. Ponadto musieli oni potwierdzić, że pacjentom wskazano takie możliwości. Proces podejmowania decyzji w ramach drugiej ścieżki musiał obejmować co najmniej 90 dni. W każdym przypadku trzeba było mieć pewność, że cierpienie pacjenta jest trwałe i nie do zniesienia, a także ustalić, że jest ono spowodowane złym stanem zdrowia fizycznego, a nie chorobą psychiczną lub, dajmy na to, trudną sytuacją finansową. Cierpienia, rzecz jasna, nigdy nie da się sprowadzić do klarownego studium przyczyny i skutku. Ale gdy pacjent jest już u kresu życia, rola choroby fizycznej zwykle nie stanowi tajemnicy.

Ścieżka nr 2 wiąże się z całą siecią zawiłości moralnych i wymagań klinicznych. Dla wielu lekarzy jednym z najważniejszych nowych czynników był sam zakres czasu wymaganego do zrozumienia, dlaczego osoba zgłaszająca się do nich – choć nie jest nieuleczalnie chora – prosi w tym konkretnym momencie o śmierć. Klinicyści musieliby oddzielić fizyczne doświadczenie przewlekłej choroby i niepełnosprawności od nierówności strukturalnych oraz problemów ze zdrowiem psychicznym, które często idą z nimi w parze. W państwie, które tak silnie różnicuje dostęp do pomocy społecznej i ochrony zdrowia, było to niemałe wyzwanie, a wielu klinicystów ostatecznie zdecydowało się nie rozszerzać swojej praktyki o procedurę drugiej ścieżki.

Nie ma jednoznacznych, oficjalnych danych na temat liczby lekarzy gotowych przyjąć takich pacjentów.

Według najnowszych rządowych raportów w 2023 r. spośród 2200 praktyków MAID zaledwie 89 było odpowiedzialnych za około 30% wszystkich świadczeń udzielonych w ramach ścieżki nr 2.

Jona­than Reggler, lekarz rodzinny pracujący na wyspie Vancouver, należy do tej niewielkiej grupy. Otwarcie przyznaje, że kwalifikacja pacjentów zgodnie z drugą ścieżką stanowi pewne wyzwanie i powoduje „dyskomfort” wiążący się z zakończeniem życia kogoś, kto tak naprawdę nie jest umiera-jący. – Przychodzą mi do głowy przypadki, w których naprawdę zadawałem sobie pytanie: „Dlaczego?” – mówi. – „Dlaczego teraz? Dlaczego wywołuje to u mnie niepokój, podczas gdy inni nie bardzo się przejmują?”.

Reggler czuje się jednak w obowiązku, by nie zwracać uwagi na ten osobisty dyskomfort. – Kiedy zaakceptujesz, że ludzie powinni mieć autonomię – kiedy pozbędziesz się przekonania, że życie jest święte i może zostać odebrane tylko przez Boga, istotę, w którą nie wierzę, wtedy, jeżeli chcesz wykonywać ten zawód, musisz w pewnym momencie zadeklarować: „Zrobię to” – wyjaśnia.

Odwołuję

Jednak niektórzy lekarze świadczący usługi w ramach MAID potrzebowali spotkania z kwalifikującym się pacjentem, aby zdać sobie sprawę z prawdziwego zakresu ich niepokoju związanego z drugą ścieżką. Jeden z nich, poprosiwszy o anonimowość, ponieważ nie został upoważniony przez swój szpital do udzielania informacji, opowiedział mi o 30-letniej pacjentce cierpiącej z powodu uszkodzenia nerwów. Ból, który jej dokuczał, był tak silny, że uniemożliwiał wyjście z domu; nawet powiew wiatru mógł go zaostrzyć. – Była u wszelkiego rodzaju specjalistów – wspominał. Próbowała również terapii niekonwencjonalnych: akupunktury, bioenergoterapii metodą reiki, „wszystkiego”. W opinii lekarza stan pacjentki był poważny i nieuleczalny, powodował nieznośne cierpienie ― takie, które wydawało się niemożliwe do złagodzenia. – Uwzględniłem wszystkie rubryczki i, zgodnie z literą prawa, pacjentka ewidentnie spełniała kryteria, prawda? Nie zmienia to faktu, że poczułem się nieswojo – opisuje. Pacjentka był młoda, a jej choroba nie należała do terminalnych i zazwyczaj da się łagodzić jej przebieg. – Ale nie czułem, że to moją rolą jest jej odmówić.

Nie chciał jednak samodzielnie podejmować się decyzji o wszczęciu procedury. Wspomniał, jak konsultował się ze współpracownikami z biura MAID w swoim regionie: „Słuchajcie, przeprowadziłem ocenę. Pacjentka spełnia kryteria. Ale po prostu nie mogę, nie mogę tego zrobić”. Sprawę załatwił inny klinicysta.

W roku 2023 odnotowano 622 zgony w ramach drugiej ścieżki, to nieco ponad 4% wszystkich przypadków MAID. Dla porównania w 2022 r. ten odsetek wynosił 3,5%.

Nie wiadomo, czy będzie nadal wzrastał. Niektórzy twierdzą, że lekarze podstawowej opieki zdrowotnej są najlepiej przygotowani do analizowania złożonych przypadków ścieżki nr 2 z uwagi na ich znajomość pacjenta składającego wniosek – jego sytuacji rodzinnej, historii medycznej i uwarunkowań społecznych. Takie rozwiązanie funkcjonuje w kilku krajach, np. w Belgii i Holandii. Natomiast w Kanadzie system MAID w dużej mierze rozwinął się wokół centrów koordynacyjnych utworzonych w poszczególnych prowincjach; uzupełnia go infolinia, z której pacjenci mogą korzystać samodzielnie. W rezultacie osoby decydujące o udzieleniu świadczenia zazwyczaj nie mają wcześniejszych relacji z pacjentami, których wnioski rozpatrują.

Jak mają zatem rozeznać się w ukrytych korytarzach cudzego cierpienia? Claude Rivard opowiedział mi o pacjencie drugiej ścieżki, który zadzwonił, aby odwołać zaplanowaną eutanazję. W wyniku wypadku motocyklowego mężczyzna nie mógł chodzić; następnie stracił wzrok i zamieszkał w ośrodku opieki, gdzie tylko sporadycznie ktoś go odwiedzał. Wytrwale ponawiał prośby o MAID. Jednak kiedy członkowie jego rodziny dowiedzieli się, że złożył taki wniosek i że został on zaakceptowany, zaczęli ponownie dbać o rozluźnioną wcześniej relację. – To zmieniło całą sytuację – powiedział Rivard. Jego pacjent ponownie skontaktował się ze swoimi dziećmi. Znów zaczął rozmawiać z byłą żoną. – Zdecydował: „Odwołuję, bo nadal czerpię przyjemność z życia, bo rodzina i dzieci do mnie przychodzą. Chociaż ich nie widzę, mogę ich dotknąć i porozmawiać z nimi, więc zmieniam zdanie”.

Spytałam Rivarda, czy ten obrót zdarzeń – ewidentna labilność decyzji o śmierci – sprawił, że wstrzymał się na jakiś czas z oceną pacjentów w ramach MAID. – Ani trochę – powiedział. – Nie mam przecież wpływu na to, co robią ich rodziny.

Lepiej umrzeć?

W Kanadzie część krytyki wobec MAID ma podłoże religijne. Kościół katolicki potępia eutanazję, jednakże jego wpływy, podobnie jak w wielu innych krajach, wyraźnie zmalały, co jest szczególnie zauważalne w regionie, gdzie kiedyś były najsilniejsze, czyli w Quebecu. Od samego początku istniały także innego rodzaju obawy, najczęstsza spośród nich była związana z ryzykiem, że wspomagana śmierć, początkowo dozwolona tylko w przypadku jednej kategorii pacjentów, ostatecznie stanie się legalna także dla wielu innych. Działacze kanadyjskich organizacji pomocowych ostrzegali, że obywatele z niepełnosprawnościami fizycznymi oraz intelektualnymi – ludzie, którzy już dziś są społecznie niedoceniani, i spośród których aż 17% żyje w biedzie – znajdą się w wyjątkowo niebezpiecznym położeniu. Argumentowali, że w miarę jak wspomagana śmierć ulega „normalizacji”, „coraz więcej osób zachęca się do wybrania tej drogi i jeszcze silniej utrwala w świadomości społecznej przesłanie, że »lepiej umrzeć« niż żyć w ten sposób”.

Dla tego nurtu krytyki eutanazji wymóg „racjonalnie przewidywalnej” śmierci był ostatnią nadzieją w przegranej pod innymi względami batalii prawnej. Wyeliminowanie tego zabezpieczenia wraz z utworzeniem ścieżki nr 2 wzmocniło tylko ich przeświadczenie, że poprzez MAID, w białych rękawiczkach, zmusi się najbardziej zmarginalizowanych obywateli Kanady do przedwczesnej śmierci. Urzędnicy potwierdzili te obawy:

„Wiemy, że w niektórych częściach kraju łatwiej jest uzyskać dostęp do MAID niż do wózka inwalidzkiego” – przyznała w 2020 r. Carla Qualtrough, minister ds. integracji osób z niepełnosprawnościami, podkreślając jednocześnie, że cierpienie spowodowane przez czynniki społeczno­-ekonomiczne nie jest prawomocnym kryterium kwalifikującym do eutanazji.

Justin Trudeau dokładał wszelkich starań, by przekonać opinię publiczną, że pacjenci nie są zmuszani do wspomaganej śmierci z powodu niemożności zapewnienia im odpowiedniego mieszkania lub szybkiego dostępu do opieki medycznej. „Tak po prostu się nie dzieje” – powiedział.

Sathya Dhara Kovac z Winnipeg miała inne zdanie. Zanim zmarła – z asystą MAID, w 2022 r. jako 44-latka – napisała własny nekrolog. Wyjaśniła, że życie ze stwardnieniem zanikowym bocznym „nie należało do łatwych”, było raczej, biorąc pod uwagę choroby, „gówniane”. Lecz to nie jej stan zdrowia był powodem, dla którego postanowiła umrzeć. Przed poddaniem się eutanazji Kovac powiedziała lokalnej prasie, że bezskutecznie walczyła o uzyskanie odpowiednich świadczeń w ramach usług opiekuńczych; potrzebowała więcej niż 55 godzin tygodniowo dotowanych z budżetu prowincji, nie było jej stać na prywatną agencję zajmującą się taką opieką w domu, a chciała uniknąć przeprowadzki do ośrodka pomocy społecznej. „Ostatecznie pokonała mnie nie choroba genetyczna, tylko system” – podkreś­liła. „Gdybym mogła liczyć na większą pomoc, mój czas byłby dłuższy”.

Wcześniej tej wiosny spotkałam się w Vancouver z Marcią Doherty, którą zakwalifikowano do drugiej ścieżki wkrótce po jej zalegalizowaniu, cztery lata temu. Ma 57 lat i przez większość życia zmaga się ze złożonymi chorobami przewlekłymi, takimi jak wirusowe zapalenie mózgu i rdzenia, fibromialgia czy zakażenie wirusem Epsteina­-Barra. Jej codzienne doświadczenie bólu jest tak obezwładniające, że łatwiej wyliczyć to, co nie boli (czubki uszu; czasami czubek nosa), niż wymieniać wszystkie części ciała przyczyniające się do jej cierpienia. Sednem tej udręki, jak mówi, jest nie tylko ból, ale także fakt, że z każdym rokiem coraz trudniej jest pokrywać koszty jego łagodzenia. Tylko niewielka część potrzebnego jej leczenia jest refundowana z regionalnego budżetu. A ponieważ jej jedynym stałym dochodem jest renta z tytułu niepełnosprawności, tonie w długach. Zdaje sobie sprawę, że pewnego dnia ten ciężar może okazać się zbyt wielki. – Złożyłam wniosek o MAID nie dlatego, że nie chcę żyć – powiedziała mi. – Kierowałam się czystym pragmatyzmem.

W takim kontekście trudno jest postrzegać eutanazję jako triumf auto­nomii – to tak, jakby państwo, umożliwiając śmierć tam, gdzie zawiodło w zapewnianiu środków do przeżycia, ofiarowywało swoim najbardziej zagrożonym obywatelom pozorną godność, wybór.

W styczniu 2024 r. cierpiący na porażenie czterokończynowe Normand Meunier trafił do szpitala w Quebecu z infekcją dróg oddechowych. Po czterech dniach przykuty do prowizorycznego łóżka na izbie przyjęć – mimo starań jego partnerki nie przygotowano odpowiedniego materaca – nabawił się bolesnej odleżyny, przez którą zdecydował, że będzie wnioskował o MAID. „Nie chcę być ciężarem”, powiedział stacji Radio­-Canada dzień przed zabiegiem zaplanowanym już na dwa miesiące później, w marcu.

Niemal połowa Kanadyjczyków, którzy zmarli w wyniku MAID, wi­działa się jako obciążenie dla rodziny i przyjaciół. Dla części obywateli z nie­pełno­sprawnościami dostępność eutanazji wiązała się z wątpliwościami co do tego, jak postrzega się ich w systemie ochrony zdrowia. Czy ich życie jest faktycznie uważane za warte ratowania? Jesienią 2022 r. prawie pięćdziesięcioletnia mieszkanka Nowej Szkocji, zmagająca się z niepełnosprawnością fizyczną i niedawno zdiagnozowanym nowotworem piersi, przygotowywała się do ratującej życie mastektomii, kiedy członek zespołu chirurgicznego zaczął zadawać jej pytania zgodnie z poprzedzającą operację procedurą: jakie przyjmuje leki, jak długo jest na czczo i czy zna zasady medycznie wspomaganej śmierci. Kobieta wyznała mi, że poczuła się nagle boleśnie świadoma swojego ciała w tej cienkiej jak papier koszuli, której za nic nie dało się zasznurować. „Uznałam wtedy, że chyba powinnam rozważyć tę decyzję” – wspomina. „Zastanawiałam się nad nią, gdy zaczynała działać narkoza; była to też moja pierwsza myśl, gdy się ocknęłam”. Piętnaście miesięcy później, gdy pacjentka wróciła na drugą mastektomię, ponownie zapytano ją, czy jest świadoma zasad MAID. Do dziś ma wątpliwość, czy gdyby nie jej niepełnosprawność, ktokolwiek zadałby jej takie pytanie. Gus Grant, lekarz szefujący College of Physicians and Surgeons of Nova Scotia, stwierdził, że moment, w którym zadano pytanie o eutanazję był „ewidentnie niewłaściwy i świadczył o braku wrażliwości”, ale podkreślił również, że „jest różnica między poruszaniem tematu świadomości dotyczącej MAID i możliwości zakwalifikowania się a oferowaniem eutanazji”.

Między ofertą a przekazaniem informacji

Istnieje jednak powód, dla którego w pewnych krajach lekarzy zniechęca się inicjowania rozmów na temat wspomaganej śmierci albo wręcz się im ich zakazuje. Bez względu na to, jak delikatnie porusza się tę kwestię, śmierci nie da się przedstawić neutralnie; myślenie, że granica między „ofertą” a zwykłym przekazaniem informacji jest w jakiś sposób oczywista, wiąże się z ignorowaniem nie tylko tego faktu, ale także nierównowagi sił, która nadaje każdemu gestowi pracownika ochrony zdrowia głębokie znaczenie. Zawieszony niedawno w swoich obowiązkach urzędnik ds. weteranów – w 2022 r. ministerstwo uznało, że w rozmowie z kilkoma żołnierzami „w niewłaściwy sposób podniósł” kwestię MAID – nie chciał wyrządzić im krzywdy. Ale, jak czytamy w zeznaniach, jeden z weteranów wojskowych był tak wstrząśnięty jego słowami, że postanowił wyjechać z kraju.

Zwrócił się do urzędnika, szukając wsparcia w związku ze swoimi dolegliwościami, i nie miał myśli samobójczych, lecz usłyszał, że MAID byłoby lepszym rozwiązaniem niż „strzelenie sobie w głowę”.

W 2023 r. Kathrin Mentler, zmagająca się z niepełnosprawnością umysłową i fizyczną, a także reumatoidalnym zapaleniem stawów i innymi rodzajami przewlekłego bólu, przybyła do Vancouver General Hospital w kryzysie samobójczym, prosząc o pomoc. Potem zeznała pod przysięgą, że lekarz w izbie przyjęć powiedział jej, że chociaż szpital może skontaktować się z dyżurnym psychiatrą, to na oddziale nie ma wolnych łóżek. Spytał następnie, czy Mentler kiedykolwiek brała pod uwagę MAID, i opisał procedurę jako „spokojny” proces w porównaniu z jej niedawną próbą samobójczą poprzez przedawkowanie. Mentler powiedziała, że opuściła szpital „w panice” i że tamta rozmowa tylko potwierdziła wiele spośród jej najgorszych obaw: że była „kłopotem” dla przeciążonego systemu i że „rozsądne” byłoby, gdyby zechciała umrzeć. (W odpowiedzi na doniesienia prasowe o doświadczeniach Mentler regionalne władze oświadczyły, że rozmowa była częścią „oceny klinicznej”, która miała prowadzić do oszacowania ryzyka samobójstwa, a personel jest zobowiązany do „przedstawienia pacjentom wszystkich dostępnych możliwości opieki”).

Zwolennicy MAID kwestionują zarzut, że Kanadyjczycy z niepełnosprawnościami są po cichu lub całkiem jawnie naciskani, by podjąć decyzję o wspomaganej śmierci. Nazywają to mitem umacnianym przez sensacyjne dziennikarskie doniesienia. Parlamentarzyści, powołując się na dane federalne, podkreślają, że „tylko niewielka liczba” osób poddawanych MAID nie jest w stanie uzyskać dostępu do usług medycznych i pomocy społecznej. Mimo to w marcu 2025 r. Komitet ONZ ds. Praw Osób z Niepełnosprawnościami formalnie wezwał do uchylenia drugiej ścieżki MAID w Kanadzie, podnosząc argument, iż rząd federalny „zasadniczo zmienił” przesłanki wspomaganej śmierci na podstawie „negatywnego, dyskryminującego sposobu postrzegania jakości i wartości” życia osób z niepełnosprawnościami, nie zajmując się jednocześnie systemowymi nierównościami, które potęgują ich cierpienie.

Marcia Doherty zgadza się, że doprowadzono do sytuacji, która nigdy nie powinna mieć miejsca: jej kraj postanowił wspomagać ją i innych obywateli z niepełnosprawnościami raczej w umieraniu niż w życiu.

Jest wściekła, że dopuszczono do „pogorszenia jej stanu”, mimo że apelowała do każdej instytucji i wszystkich urzędników, którzy mieli moc sprawczą. Jest jednak zdecydowanie przeciwna uchyleniu drugiej ścieżki. Wyraziła zdanie, które słyszałam już od paru innych osób, z którymi rozmawiałam, zbierając informacje: „ulga” wynikająca ze świadomości, że eutanazja jest dla niej dostępna i może skorzystać z niej w sytuacji, gdy rozpacz stanie się nie do zniesienia, wzmacnia ją w walce o życie.

Być może kiedyś Doherty wykorzysta swój dostęp do MAID. Nie chce jednak, by ktokolwiek kiedykolwiek uznał, że to „wybrała”.

Ellen Wiebe nigdy nie miała zastrzeżeń wobec zajmowania się przypadkami z drugiej ścieżki – w przeciwieństwie do większości klinicystów w ogóle nigdy nie miała zastrzeżeń wobec świadczenia MAID. Lekarka rodzinna z Vancouver od dawna była oswojona z kontrowersjami, ponieważ przez większą część swojej czterdziestoletniej kariery zajmowała się wykonywaniem aborcji. Według Wiebe MAID doskonale wpisuje się w jej pracę „skoncentrowaną na prawach człowieka”. W ciągu ostatnich dziewięciu lat poddała eutanazji ponad 430 pacjentów i stała się jedną z najgłośniejszych orędowniczek MAID na świecie. Obecnie, podczas gdy praktycznie wszyscy jej koledzy polegają na skierowaniach z centrów koordynacyjnych MAID, Wiebe regularnie otrzymuje prośby bezpośrednio od pacjentów. Zwracają się do niej także koordynatorzy, gdy mają pacjenta, którego poprzednie wnioski o MAID zostały odrzucone. (Nie ma ograniczeń co do tego, ile razy dana osoba może ubiegać się o świadczenie). – No cóż, znają mnie i wiedzą, że zajmie się tym Ellen Wiebe – odparła. Zapytałam ją, co ma na myśli. – Moją reputację – odpowiedziała.

Latem 2024 r. kontakt do Wiebe zdobyła 50-latka z Alberty, która przeżywała głęboki kryzys psychiczny – „jak z horrorów” – nasilony skutkami przyjmowania, a potem odstawienia leku przeciwpsychotycznego przepisanego na bezsenność. Żaden z lekarzy zajmujących się pacjentką nie był skłonny spełnić jej pragnienia, by umrzeć. To właśnie wtedy, zgodnie z wersją wydarzeń przedstawioną później w sądzie najwyższym Kolumbii Brytyjskiej przez męża kobiety, zaczęła szukać w internecie innych rozwiązań i tak natknęła się na Wiebe. Już pod koniec pierwszego zdalnego spotkania, rozmowy poprzez Zoom, Wiebe potwierdziła, że zakwalifikuje ją do zabiegu. W swoim formalnym wniosku pacjentka podała uczucie silnego niepokoju i niemożnością usiedzenia w miejscu, często spowodowany odstawieniem leków neuroleptycznych, jako uzasadnienie jej prośby o wspomaganą śmierć. Jak wynika z akt sądowych, nikt z otoczenia kobiety nie zgodził się pełnić funkcji świadka jej podpisu na formularzu, co jest wymagane przez prawo, więc Wiebe wysłała wolontariusza ze swojej kliniki, by i to uczynił przez Zoom. A ponieważ kobieta nadal potrzebowała innego lekarza lub pielęgniarki, aby zatwierdzić kwalifikację do programu, Wiebe sama zwróciła się do Elizabeth Whynot, innej lekarki rodzinnej z Vancouver, by ta przeprowadziła drugą ocenę. Pacjentka otrzymała zgodę na MAID po rozmowie wideo, świadczenie umówiono na 27 października tego samego roku w klinice Wiebe.

Już po zakwalifikowaniu się do programu, szczegółowo opisanym w aktach sądowych, kobieta z Alberty znów spotkała się z Wiebe na Zoomie. Tym razem do rozmowy dołączył jej mąż. Miał pytania, przede wszystkim na temat tego, dlaczego akatyzję można uznać za „nieodwracalną”. Specjaliści zapewniali ich dotąd, że jeśli kobieta będzie się stosowała do zaleconego przez nich protokołu stopniowego zmniejszania dawki, może spodziewać się ustąpienia objawów w ciągu kilku miesięcy. Mąż martwił się również, że Wiebe niewystarczająco wzięła pod uwagę kwestie związane ze zdrowiem psychicznym żony i to, czy w obecnym stanie może ona wyrazić prawdziwie świadomą zgodę. Na dzień przed planowaną śmiercią żony złożył wniosek do sądu w Vancouver o wstrzymanie zabiegu, argumentując, że Wiebe w sposób niedbały przyjęła kobietę do programu na podstawie stanu, który nie kwalifikuje się do MAID. Następnego ranka, w szeroko nagłośnianej potem decyzji, sędzia wydał natychmiastowy zakaz sądowy, blokując Wiebe, i jakiemukolwiek innemu lekarzowi, przeprowadzenie zaplanowanego zabiegu eutanazji u tej kobiety. „Mogę jedynie wyobrazić sobie ból, jakiego doświadcza, i zdaję sobie sprawę, że ten zakaz prawdopodobnie tylko go spotęguje” – napisał sędzia. Stwierdził jednak, że zaistniała „wątpliwość” co do tego, czy kryteria MAID zostały „zastosowane właściwie w danych okolicznościach”. Mąż nie ubiegał się o nowy zakaz po wygaśnięciu tymczasowej decyzji, a w styczniu całkowicie wycofał pozew. Komentarz Wiebe ograniczył się do stwierdzenia, że nigdy nie naruszyła przepisów MAID i nie zna żadnego świadczeniodawcy, który by to zrobił. Prawniczka reprezentująca męża pacjentki powiedziała mi, że nie może udzielać informacji na temat tego, czy kobieta nadal żyje.

Bezgłośne „tak”

W ostatnich latach złożono wiele podobnych pozwów, bo Kanadyjczycy zaczęli dostrzegać, jak pozorne są obostrzenia związane z MAID. Ponieważ nie istnieje żadna formalna procedura pozwalająca na zakwestionowanie postępowania kwalifikacyjnego będącego w toku, wielu zaniepokojonych członków rodzin pacjentów nie ma innego wyjścia, jak tylko pozwać ukochaną osobę do sądu, by spróbować zatrzymać zaplanowaną śmierć. Nadzór, który faktycznie funkcjonuje, ma miejsce na szczeblu prowincji lub innej regionalnej jednostki i może być uruchomiony wyłącznie post factum. Zasady jego przeprowadzania różnią się dużym stopniu w zależności od lokalnie obowiązujących przepisów. W Ontario biuro głównego koronera odpowiada za system, w którym wszystkie sprawy należące do drugiej ścieżki MAID są automatycznie kierowane do złożonej ze specjalistów z różnych dziedzin komisji w celu przeprowadzenia sekcji zwłok. Od 2018 r. tamtejsi urzędnicy odnotowali ponad 480 naruszeń związanych z przestrzeganiem federalnych i regionalnych zasad programu MAID, w tym przypadki klinicystów, którzy nie skonsulto­wali się z lekarzem odpowiadającym za informację o stanie zdrowia pacjenta przed zatwierdzeniem wniosku – co jest kluczowym zabezpieczeniem w ramach drugiej ścieżki – oraz stosowali niewłaściwe leki podczas świadczenia.

Lokalny komitet ds. oceny zgonów regularnie publikuje raporty dotyczące poszczególnych przypadków, zarówno należących do ścieżki pierwszej, jak i drugiej, w celu „zainicjowania dyskusji” na temat „praktycznych usprawnień”.

Debata tego rodzaju dotyczyła na przykład sprawy pana C., siedemdziesięciolatka, który w 2024 r. poprosił o MAID, będąc pacjentem oddziału opieki paliatywnej z powodu nowotworu dającego przerzuty. Powinna to być prosta sprawa należąca do pierwszej ścieżki. Jednak jak wynika z raportu komitetu, dwa dni po złożeniu wniosku mężczyzna doświadczył gwałtownego pogorszenia funkcji poznawczych, tracąc zdolność komunikacji; jego oczy reagowały jedynie na bolesne bodźce. Szpitalny zespół opieki paliatywnej uznał go za niezdolnego do podejmowania decyzji dotyczących opieki zdrowotnej, w tym ostatecznej zgody na MAID. Mimo to klinicysta przystąpił do oceny: „energicznie” poszturchiwał pacjenta, by zapytać, czy nadal chce eutanazji (na co mężczyzna odpowiedział bezgłośnie: „tak”), a następnie wstrzymał podawanie mu leków przeciwbólowych, żeby był „bardziej przytomny”. Po potwierdzeniu woli mężczyzny w formie „krótkich wypowiedzi werbalnych” oraz „skinień głowy i mrug­nięć” specjalista zakwalifikował go do MAID; po uzyskaniu podpisu drugiego klinicysty i ostatecznej zgodzie pana C., w postaci kolejnego bezgłośnego „tak”, przeprowadzono zabieg.

Czy ten pacjent jasno wyraził swoją zgodę? Nie znajdując w dokumentacji dowodów „rygorystycznej oceny zdolności”, komisja ds. oceny zgonów wyraziła „obawy” dotyczące tego procesu. Wnioski zdają się wstrząsające – w ramach systemu, którego istotą jest autonomia pacjenta, nie da się wiarygodnie stwierdzić, czy faktycznie pozwolono mu z niej skorzystać. Śmierć pana C. została jednak w dużej mierze zredukowana do akademickich dociekań, stała się okazją do „wyciągnięcia wniosków”. Spośród setek nieprawidłowości zgłoszonych na przestrzeni lat przez biuro koronera prawie wszystkie zostały rozwiązane na drodze „nieformalnej rozmowy”, „e­-maila edukacyjnego” lub „e­-maila z powiadomieniem”, w zależności od ich wagi. Informacji o konkretnych sankcjach nie podano do wiadomości publicznej. Żadnej sprawy nie przekazano organom ścigania w celu przeprowadzenia dochodzenia.

Wiebe przyznała, że co prawda w ostatnich latach złożono na nią kilka skarg, ale podkreślała, że nigdy nie została uznana za winną wykroczenia. – A jeśli jakiś prawnik zarzuci mi: „Och, nie zgadzam się z niektórymi rzeczami, jakie pani robi”, odpowiem: „Cóż, nikt nie powierzył tych rzeczy prawnikom” – zaśmiała się. – To my zostaliśmy obdarzeni zaufaniem i mamy troszczyć się o środki bezpieczeństwa. A prawo jest jasne, twierdzi Wiebe: – Jeśli lekarz nadzorujący – czyli ona sama – uważa, że dany przypadek się kwalifikuje, to jestem niewinna.

Pomimo wszystkich wątpliwości związanych z drugą ścieżką Kanada kontynuuje rozszerzanie zakresu MAID na kolejne kategorie pacjentów, jednocześnie badając głosy opinii publicznej dotyczące dalszego zwiększania jego dostępności. Już w 2016 r. rząd federalny zgodził się na rozpoczęcie wstępnych badań nad możliwym przyszłym świadczeniem MAID dla osób, których jedynym podstawowym schorzeniem jest zaburzenie psychiczne, a także dla „dojrzałych nieletnich”, osób po-niżej 18 roku życia, które „uznaje się za posiadające wymaganą zdolność do podejmowania decyzji”. Rząd zobowiązał się również wziąć pod uwagę wprowadzenie tzw. wniosków z wyprzedzeniem, czyli możliwości otrzymania wcześniejszej zgody na eutanazję, która miałaby zostać zrealizowana dopiero w określonym momencie w przyszłości, gdy choroba sprawi, że pacjent będzie niezdolny do podjęcia lub potwierdzenia decyzji o śmierci.

Tymczasem Quebec College of Physicians podniósł kwestię możliwości zalegalizowania eutanazji dla dzieci poniżej pierwszego roku życia urodzonych z „ciężkimi wadami rozwojowymi”, co jest obecnie rzadką praktyką zalegalizowaną jedynie w Holandii, pierwszym kraju, który ją przyjął od czasu, gdy w 1939 r. zdecydowały się na to nazistowskie Niemcy.

W 2021 r. ustawodawcy wprowadzili dodatkowe uprawnienia w ramach ustawy o drugiej ścieżce – nie weszły one jeszcze w życie – obejmujące Kanadyjczyków cierpiących wyłącznie z powodu chorób psychicznych. Decyzję tę podjęto wbrew stanowiskom wielu czołowych kanadyjskich organizacji psychiatrycznych i zajmujących się zdrowiem psychicznym, które podkreślają, że nie istnieje żaden oparty na dowodach naukowych standard pozwalający stwierdzić, czy dana choroba psychiczna jest rzeczywiście nieuleczalna. Wielu ekspertów wyrażało również obawy co do tego, czy możliwe jest wiarygodne rozróżnienie między myślami samobójczymi a decyzją o MAID.

Po kilku opóźnieniach wynikających z toczących się sporów ustalono, że MAID dla osób chorujących psychicznie ma wejść w życie w 2027 r. Zanim to się stanie, władze zobowiązały się doprecyzować, w jaki sposób eutanazja miałaby być faktycznie stosowana w takich przypadkach. Debata na ten temat zaowocowała tysiącami stron specjalnych raportów i wystąpień parlamentarnych. Wszyscy zgadzają się co do tego, że w praktyce zaburzenia psychiczne są już stałym elementem kanadyjskiego systemu MAID. Podczas jednego z przesłuchań Mona Gupta, psychiatra i przewodnicząca panelu ekspertów, którego zadaniem było stworzenie protokołów i obostrzeń dla eutanazji z powodów psychicznych, zaznaczyła wyraźnie, że „osoby z zaburzeniami psychicznymi proszą o MAID i uzyskują do niego dostęp”. Dotyczy to pacjentów, których wnioski są „w dużej mierze motywowane ich zaburzeniami psychicznymi, ale którzy jednocześnie cierpią na inną kwalifikującą ich do programu chorobę”, a także pacjentów z „długą historią prób samobójczych” lub wątpliwą zdolnością do podejmowania decyzji. Mogą to być również osoby biedne i bezdomne albo mające niewielką styczność z systemem opieki zdrowotnej. Jednak niezależnie od konkretnych przypadków, zdaniem Gupty, lekarze nadzorujący oraz inni pracownicy ochrony zdrowia już teraz zajmują się skomplikowaną dziedziną, w której MAID łączy się z chorobami psychicznymi.

Argument ten miał na celu rozwianie obaw dotyczących ich gotowości klinicznej. Krytycy uważają jednak, że w niektórych przypadkach choroba fizycz­na jest po prostu wykorzystywana do uprawomocnienia kwalifikacji innych, niedających dostępu do MAID stanów, w tym zaburzeń psychicznych. Do najbardziej kontrowersyjnych przypadków takich praktyk w Kanadzie należy sprawa 60-latka Alana Nicholsa cierpiącego na depresję i inne schorzenia. Swój wniosek o MAID złożył w 2019 r. w szpitalu w Kolumbii Brytyjskiej, gdzie przebywał pod obserwacją związaną z ryzykiem samobójstwa. Kilka tygodni później został poddany eutanazji z powodu „utraty słuchu”.

Wystarczająco dorośli

Wprowadzenie ścieżki psychiatrycznej to nie wszystko, kanadyjska specjalna parlamentarna komisja ds. MAID oficjalnie zaleciła rozszerzenie dostępu do eutanazji dla dojrzałych nieletnich. W raporcie komisji z 2023 r., efekcie licznych konsultacji, zwrócono uwagę na różne czynniki mogące wpływać na zdolność młodych ludzi do oceny ich sytuacji – przede wszystkim mózg nastolatka nie jest jeszcze całkowicie rozwinięty w zakresie „oceny ryzyka i podejmowania decyzji”. Jednakże, zgodnie z relacjami kilku świadków parlamentarnych, dzieci cierpiące z powodu ciężkich chorób „często odznaczają się wyjątkową dojrzałością”. Komitet zalecił ograniczenie MAID („na tym etapie”) do przypadków, których naturalną śmierć można racjonalnie przewidzieć, i poparł wymóg „konsultacji z rodzicami”, nie wymagając jednak ich zgody. Prawnik z College of Physicians and Surgeons of Saskatchewan powiedział komisji: „Rodzice mogą niechętnie zgadzać się na śmierć swojego dziecka”.

To, czy kanadyjscy urzędnicy ostatecznie uzupełnią listę osób kwalifikujących się do eutanazji o dojrzałych nieletnich, pozostaje niejasne.

Obecnie ich uwaga skupia się głównie na innym kierunku rozwoju programu. W ubiegłym roku w prowincji Quebec podjęto kolejny krok w procesie uważanym czasami za „naturalną ewolucję” MAID. Chodzi o uwzględnianie wniosków o eutanazję złożonych niejako zawczasu. Zgodnie z prawem obowiązującym w Quebecu pacjenci cierpiący na zaburzenia poznawcze, takie jak choroba Alzheimera, mogą określić granicę, której nie chcą przekroczyć. Mogą poprosić o śmierć, gdy nie będą już rozpoznawać swoich dzieci; inni mogą uznać np. nietrzymanie moczu za punkt graniczny. Kiedy wydaje się, że wyznaczony próg został osiągnięty, być może po otrzymaniu informacji od „zaufanej osoby trzeciej”, lekarz MAID ustala, czy pacjent faktycznie doświadcza nieznośnego cierpienia zgodnie z zapisami we wcześniejszej deklaracji. Zapotrzebowanie społeczne na tego rodzaju rozszerzenie programu utrzymuje się od 2016 r., napędzają je świadectwa osób, które obserwują, jak ich bliscy zmagają się w kolejnymi etapami demencji, i które nie chcą, aby spotkał ich ten sam los.

Podczas przesłuchań parlamen­tarnych urzędnicy z Quebecu oma­wiali potencjalny problem „przyjemnej demencji”, przyznając, że świadczeniodawcy może być trudno poddać eutanazji kogoś, kto „wydaje się szczęśliwy” i „absolutnie nie pamięta” zgody na wspomaganą śmierć wyrażonej na wczesnym etapie choroby. Urzędnicy z Quebecu omówili również kwestię oporu. Holandia – jedyny kraj, gdzie dopuszcza się eutanazję osoby świadomej, lecz niezdolnej do potwierdzenia zgody wyrażonej we wcześniejszym wniosku – pokazuje, jak w takich warunkach mógłby funkcjonować program MAID.

W 2016 r. holenderski geriatra poddał eutanazji starszą kobietę cierpiącą na chorobę Alzheimera, która cztery lata wcześniej, wkrótce po usłyszeniu diagnozy, poinformowała, że chce umrzeć, gdy „nie będzie już w stanie mieszkać we własnym domu”. Gdy ostatecznie kobieta została przyjęta do ośrodka opieki, jej mąż poprosił geriatrę pracującego w placówce o rozpoczęcie procedury eutanazji. Geriatra, wraz z dwoma innymi lekarzami, zgodzili się, że cierpienie kobiety „nie daje nadziei na poprawę i jest niemożliwe do zniesienia”.

W dniu eutanazji geriatra zdecydował się ukradkiem dosypać do kawy pacjentki środek uspokajający. Podał go, aby „zapobiec walce”, jak wyjaśniał później, a zrobił to potajemnie, ponieważ kobieta „zadawałaby pytania” i „odmówiłaby przyjęcia go”.

Jednak gdy już rozpoczął iniekcję, pacjentka zareagowała i próbowała usiąść. Jej bliscy przytrzymywali ją aż procedura dobiegła końca i kobieta zmarła. Wydarzenia te doprowadziły do wszczęcia pierwszego postępowania karnego na podstawie holenderskiego prawa dotyczącego eutanazji. Lekarz został uniewinniony przez sąd rejonowy w 2019 r., a rok później decyzja ta została podtrzymana przez Sąd Najwyższy.

W Quebecu złożono ponad 100 wniosków „z wyprzedzeniem”; wedle kilku źródeł co najmniej jeden z nich został już zrealizowany. Aktualnie prawo stanowi, że wszelkie oznaki odmowy „muszą być respektowane”, ale jednocześ­nie jeśli klinicysta stwierdzi, że przejawy oporu należą do „objawów behawioralnych” choroby pacjenta, a niekoniecznie stanowią wyraz faktycznego sprzeciwu wobec eutanazji, procedura MAID może być kontynuowana. Canadian Association of MAiD Assessors and Providers stwierdziło wręcz, że „wstępne uspokojenie osoby lekami takimi jak benzodiazepiny może być uzasadnione, aby uniknąć potencjalnych zachowań, które mogą wynikać z nieporozumienia”.

Laurent Boisvert, lekarz pogotowia ratunkowego w Montrealu, który od 2015 r. poddał eutanazji około 600 osób, powiedział mi, że do tej pory pomógł siedmiu pacjentom, u których niedawno zdiagnozowano chorobę Alzheimera, złożyć wnioski z wyprzedzeniem i że zawierały one jasne instrukcje dotyczące tego, co należy zrobić, jeśli będą stawiali opór. Nie obawia się, że któryś z tych pacjentów mógłby doświadczyć zjawiska nazywanego przyjemną demencją. – To nie istnieje – powiedział.

Kiedy się niepokoić

Rząd Kanady w pierwszych latach funkcjonowania MAID próbował oszacować zapotrzebowanie na eutanazję w skali kraju. Pierwsza prognoza, sporządzona w 2018 r., zakładała, że wskaźnik MAID w Kanadzie osiągnie „stan stabilny” na poziomie 2% wszystkich zgonów; następnie, w 2022 r., urzędnicy federalni oszacowali, że wskaźnik ten ustabilizuje się na poziomie 4% do roku 2033. Po tym, jak Kanada przekroczyła oba te wskaźniki – ten ostatni 11 lat przed terminem – urzędnicy po prostu przestali publikować prog­nozy.

A jednak nigdy nie było jasne, jak Kanadyjczycy mają rozumieć stabilny wskaźnik wspomaganej śmierci w swoim kraju: czy zdaniem rządu istnieje coś takiego jak nadmiar eutanazji? W ramach prac parlamentarnych wskazano, że wskaźnik na poziomie 7% – osiągnięty już w Quebecu – może być w skali kraju potencjalnie „niepokojący” i stanowić przedmiot „rozsądnych i pogłębionych analiz”, ale nie rozwinęli tej opinii. Nawet jeśli kanadyjscy politycy czują się zaniepokojeni swego rodzaju powszechnością eutanazji, niechętnie ujawniają, jakie jest uzasadnienie tego niepokoju.

Pierwotnie zakładano, że eutanazja w Kanadzie będzie podążać zgodnie z trajektorią podobną do tej, którą obserwuje się w Belgii i Holandii.

Jednak nawet w tak liberalnych ustrojach prawo wymaga, aby pacjenci wyczerpali wszystkie dostępne możliwości leczenia, zanim zaczną ubiegać się o eutanazję.

W Kanadzie, gdzie dostępność świadczenia uważano za priorytet, taki wymóg zdawał się naruszeniem autonomii pacjenta. Chociaż procedura w ramach drugiej ścieżki zakłada, że pacjenci muszą być informowani o alternatywnych sposobach złagodzenia ich cierpienia, nie wymaga się, by pacjent faktycznie z nich skorzystał. W ubiegłym roku rząd Quebecu ogłosił zamiar wydania niemal miliona dolarów, by przeprowadzić badanie, dzięki któremu dowiemy się, dlaczego tak wiele osób w tej właśnie prowincji decyduje się na śmierć poprzez eutanazję. Deklaracja ta nastąpiła wkrótce po tym, jak Michel Bureau, który przewodniczy tamtejszemu komitetowi nadzorującemu MAID, wyraził zaniepokojenie faktem, że wspomagana śmierć nie jest już widziana jako ostateczność. Ale czy kiedykolwiek tak ją postrzegano?

Stwierdzenie, że Kanada toczy się po równi pochyłej, nie wydaje się szczególnie trafne, ponieważ trzymanie się z dala od tej pochyłości chyba nigdy nie należało do priorytetów. Natomiast z pewnością ma rację Etienne Montero, były szef Europejskiego Instytutu Bio­etyki, twierdząc, że kiedy autonomia stanowi zasadę nadrzędną, wyłączenia i obostrzenia z czasem zaczynają jawić się jako arbitralne, a nawet bezduszne. Jest to napięcie nieodłącznie związane z debatą na temat eutanazji, powód, dla którego raz uruchomiona praktyka staje się niezwykle trudna do zatrzymania. Jak ujął to kiedyś James Cowan, kanadyjski senator i były przewodniczący stowarzyszenia Liberal Senate: „Jak moglibyśmy odwracać się plecami i ignorować błagania cierpiących Kanadyjczyków?”.

W ostatecznym rozrachunku najważniejszymi strażnikami zasad MAID mogą okazać się sami świadczeniodawcy. Polityczna wola ustawodawców generalnie zmierza ku dalszemu rozszerzaniu programu, podczas gdy opinia publiczna reaguje na pojedyncze sprawy, ale jak dotąd pozostaje raczej niewzruszona. MAID w Kanadzie natrafi na granicę dopiero wtedy, gdy sami lekarze uznają, że nie są w stanie więcej tolerować – czy to z powodów moralnych, czy też logistycznych, po prostu dlatego, że w systemie zaczyna brakować ludzi do pracy. – Nie da się na dłuższą metę oczekiwać od nas świadczenia usług w tempie, w jakim robimy to obecnie – powiedział mi Claude Rivard, który zdecydował, że nie będzie przyjmował wniosków o eutanazję z wyprzedzeniem. – Granica zawsze zależy od oceny i od medyków. To oni będą musieli podjąć decyzję. To oni ocenią sytuację i powiedzą: „Nie, tego nie można zaakceptować”.

Lori Verigin, pielęgniarka, która przeprowadza eutanazję w Kolumbii Brytyjskiej, przede wszystkim na obszarach wiejskich, rozumie, że ludzie obawiają się o swoje „prawa” – o to, że „nie zostaną wysłuchani”. Jednak to właśnie ona jest osobą odpowiedzialną za dbałość o te prawa. Oto kwestia, która często umyka w kanadyjskiej debacie o eutanazji toczonej w artykułach akademickich i salach parlamentarnych, koncentrującej się na dążeniu do rozszerzenia programu. To nie ustawodawca, prawnik czy ekspert musi podać zastrzyk i zatrzymać akcję serca.

W czerwcu, w czwartkowy poranek dosiadłam się do Verigin, gdy jechała swoim białym volkswagenem na wizytę w ramach MAID w okolicach miasta Trail. Nie przyszłam, żeby być świadkiem udzielenia świadczenia ani intruzem. Byłam z Verigin, ponieważ chciałam zrozumieć stan „przed i po” MAID, kliniczną i emocjonalną pracę związaną pomaganiem innej osobie umrzeć. Po ośmiu latach Verigin działała już w swoim stałym rytmie. Miała ulubioną aptekę, Shoppers Drug Mart w Cast­legar, blisko domu. Tego poranka przyszła zaraz po otwarciu, z receptą w ręce. Farmaceutka przywitała ją po imieniu i podała średniej wielkości pudełko, podobne do skrzynki na przybory wędkarskie. Verigin otworzyła je i upewniła się, że wszystko jest na miejscu: fiolki z midazolamem, lido­kainą, propofolem i rokuronium.

Mówiła mi, że już od jakiegoś czasu zna człowieka, do którego się wybierałyśmy. Miał raka z przerzutami. Mniej więcej rok temu po raz pierwszy spytał o MAID; dwa tygodnie wcześniej spojrzał na nią i powiedział: „Po prostu mam już dość”. Podczas jazdy Verigin popijała kawę bezkofeinową z papierowego kubka. – Staram się przed tym ograniczać kofeinę – powiedziała.

Po drodze zatrzymałyśmy się w szpitalu, aby odebrać Beth, pielęgniarkę onkologiczną, która często asystuje Verigin. Beth potrafi bezbłędnie ocenić energię panującą w pomieszczeniu, opowiadała Verigin, wie, kiedy ktoś nagle potrzebuje, by potrzymać go za rękę lub podać chusteczkę higieniczną, dzięki czemu ona może całkowicie skupić się na podaniu zastrzyków. Natomiast matka Beth, Ruth, pomogła jej rozwiązać problem, z którym zetknęła się już na samym początku swojej praktyki w ramach MAID – wnoszenie brzęczącej tacy ze strzykawkami psuło i tak już bardzo napiętą atmosferę w domach pacjentów. Ruth, która szyła patchworki, stworzyła miękkie etui z przegródkami na strzykawki, zwijane jak ręcznik. Materiał został ręcznie zafarbowany, a miękką saszetkę zabezpieczał rzep.

Zaparkowałyśmy przed parterowym domem, niebo było bezchmurne, mocno świeciło słońce. Dokładnie o dziesiątej Verigin i Beth stanęły przed wejściem, chwilę później przywitało ich jedno z dorosłych dzieci pacjenta. Zatrzasnęły się za nimi drzwi.

Zostałam w samochodzie i obserwowałam rozwój codziennych zdarzeń: sąsiedzi po drugiej stronie ulicy rozmawiali na swojej werandzie, pies wyciągał się leniwie przed dużym wentylatorem. O 11:39 przychodzi SMS od Verigin: „Skończyłyśmy”.

Wsiadły do samochodu w milczeniu. – Nie wszystko potoczyło się zgodnie z planem – powiedziała w końcu Verigin. Znalezienie żyły było niezwykle trudne i przez chwilę zwątpiły, czy im się uda; w pewnym momencie wyszły nawet z pokoju, żeby ustalić, jakie mają możliwości. „Zawsze był z tym kłopot” – pacjent pocieszał Beth. „Jesteś bardzo delikatna. Nic mnie nie boli”. Pozostawał spokojny, niezrażony. – Szczerze mówiąc, jestem pewna, że zachowywał się tak ze względu na dzieci – powiedziała Beth. – I chyba też ze względu na mnie.

Po podłączeniu kroplówki procedura przebiegała bez przeszkód: midazolam, lidokaina, propofol, rokuronium, śmierć. Po wszystkim rodzina podziękowała i uściskała je na do widzenia. – Myślę, że wynik końcowy był dobry – stwierdziła Verigin. – Prawdopodobnie czułabym się inaczej, gdybyśmy nie mogły spełnić życzenia pacjenta, bo to całe napięcie i czekanie też robi swoje – dodała.

Verigin opisała mi listę kolejnych czynności, łącznie z wypełnianiem dokumentów, jakie musi wykonać w ciągu 72 godz. Ale przez resztę dnia skupi się przede wszystkim na obowiązkach, które wykonuje jako pielęgniarka. Dopiero później, wieczorem będzie zastanawiać się nad wydarzeniami poranka. Po spakowaniu strzykawek i fiolek oraz pożeg­naniu z bliskimi pacjenta Lori Verigin siedzi samotnie w swoim ogrodzie. – Nie jesteśmy przecież robotami, jesteśmy ludźmi – powiedziała. – Musimy zachować w tym wszystkim trochę szacunku i uznania – dodaje.

Verigin wyznała, że nie chce nigdy poczuć się „komfortowo”, udzielając pomocy w umieraniu. Przyjęła, że dzień, w którym tak się stanie, będzie jednocześnie tym, gdy uzna, iż nadszedł czas, by się wycofać.

Dla Verigin świadczenie MAID pacjentom z pierwszej ścieżki, a nawet niektórym pacjentom ze ścieżki drugiej, „wydaje się rozsądne”. – Tak, bywam zdenerwowana. Tak, bywam smutna. Tak, choć to budzi we mnie wiele, jakby to powiedzieć, emocji, mam poczucie, że to jest słuszna droga – wyjaśnia. Ale gdy chodzi o osoby niepełnoletnie, pacjentów wyłącznie z zaburzeniami psychicznymi lub pacjentów składających wnioski z wyprzedzeniem, „nie wie, czy będzie miała takie samo przekonanie”.

Po odwiezieniu Beth do szpitala w Trail Verigin podjechała do Shoppers Drug Mart w Castlegar, żeby oddać pojemnik ze sprzętem. Powiedziała, że wróci 18 czerwca – ma wtedy kolejne świadczenie. Farmaceutka podziękowała jej za informację. Zamówi propofol.

Tłumaczyła Magdalena Czech

Artykuł ukazał się w „The Atlantic” (wrzesień 2025), śródtytuły od redakcji © 2025 The Atlantic Monthly Group. All Rights Reserved. Distributed by Tribune Content Agency, LLC

Artykuł pojawił się w numerze: Walczę o życie bez strachu