Miasto Phoenix w Arizonie nie wygląda na miejsce, które skrywa tajemnice. Jest na to zbyt jasne. Słońce bezlitośnie oświetla wszystko: rozgrzany asfalt, znaki drive thru, niskie beżowe budynki i nielicznych ludzi, przemykających szybko do samochodów. Miasto rozciąga się szeroko i przechodzi w pustynię. Tylko góra Camelback obserwuje wszystko z daleka: czerwona, sucha, niemal nierealna. Niedaleko stąd Scottsdale lśni jak małe Vegas, pełne eleganckich hoteli, restauracji i drogich galerii handlowych. Wokół uniwersytetu pojawia się zróżnicowana Ameryka: z jednej strony studenci z laptopami, a z drugiej – ludzie śpiący w cieniu: ciała zgięte pod wpływem narkotyków, fentanyl zamieniający chodniki w poczekalnie rozpaczy. Pomiędzy nimi jeżdżą samochody, niekończący się ruch, także aut bez kierowców (w Phoenix można już zamówić taksówkę autonomiczną). Central Ave, Grand Ave, a gdzieś indziej Indian School Road.
Na pierwszy rzut oka brzmi niemal neutralnie, jak wiele amerykańskich nazw dla obcego ucha. Droga, wskazówka GPS-u: skręć w prawo w Indian School. Jedź dalej przez dwie mile. Twój cel znajduje się po lewej stronie. Czy jeśli nazwa miejsca normalnieje, to łatwiej jest ukryć jego trudną przeszłość?
Tutaj, w miejscu, gdzie obecnie znajduje…