Ajć, kłuje coś w bosą stopę, ciemno tu jak diabli, ale wyjścia nie ma: w klasztorze jest tylko dziura na siusiu, na coś większego trzeba wychodzić do wychodka na zewnątrz. Ale – ćśśś! Gwizdać nie można, nawet na odwagę. Mistrz ciągle powtarza: to sprowadza duchy. Raz-dwa: zamknąć oczy, zrobić swoje i w podskokach pod koc. Tylko uważać na kobry. W nocy czają się przy ścieżkach, wystraszone dźwigają pancerne szyje i kąsają na śmierć.
Dopiero świt przegania strach na dobre, mnisi rozpoczynają poranne medytacje. Potem wychodzą w szafranowych szatach na ulice i bębnią w garnki, prosząc o jałmużnę.
Wróżba
Życie w Lamaya płynie wolno jak osowiały nurt w miejscowej rzeczce, wijącej się przez bezkresne równiny. W ciepłych promieniach równikowego słońca lśni cała wieś. Prócz jej mieszkańców o jej istnieniu wie niewielu. Można do niej tylko dopłynąć rzeką. Nawet nie dociera tu władza, może jakiś urzędnik od święta, w łachmanach. W środku wioski stoi buddyjski klasztor, a wokół niego porozrzucane w nieładzie kryte bambusową strzechą chaty na palach. W jednej z nich mieszka rodzina małego…