Subskrybuj
fot. Banaras Khan / AFP / East News
Dziennikarka, pracowniczka humanitarna, wcześniej nauczycielka. Mieszka głównie w Pakistanie.

Gdy woda nie spada z nieba

Wojny o wodę, jej wykupywanie przez bogatych i utrzymywanie władzy dzięki kontroli nad jej dystrybucją brzmiały do niedawna jak scenariusz filmów science-fiction. Przykład Pakistanu zamieszkiwanego przez ponad 200 mln mieszkańców, udowadnia, że tylko krok dzieli nas od momentu, gdy stanie się on faktem.

Gdy rok temu rekordowo obfite deszcze monsunowe padały w Pakistanie, ponad 1/3 kraju znalazła się pod wodą, a świat obiegły nagrania przedstawiające mieszkańców Karachi, którzy łowili ryby na ulicach. Jednak poza letnimi monsunami opady są tutaj raczej świętem. Przeważa klimat suchy, w niektórych regionach skrajnie. W poszczególnych i bardzo różniących się od siebie regionach kraju, który powstał zaledwie 76 lat temu, w wyniku podziału terytorium Indii Brytyjskich, rozwinęły się odmienne systemy zarządzania wodą. Wszędzie jednak stanowi ona najważniejszy zasób naturalny i główny czynnik kształtujący rozwój społeczeństw. Woda często bywa narzędziem politycznym. A spory o nią, także te prowadzone przy wiejskiej studni, mogą prowadzić do nieoczekiwanych konsekwencji.

Podziemna tradycja

W Beludżystanie o bogactwie nie decyduje posiadanie ziemi, ale dostęp do wody.

Kto ma wodę, ten jest panem, może chodzić z podniesioną głową i brać udział w posiedzeniach dżirgi, czyli zebrań starszyzny plemiennej.

Beludżystan to największa i najsuchsza prowincja Pakistanu, rozciągająca się od rzeki Gomal na północy aż do Morza Arabskiego, wzdłuż granicy z Afganistanem i Iranem. Pada tu średnio przez ok. 25 dni w roku, a roczna suma opadów to niecałe 13 mm, przy czym większość deszczu i śniegu spada na północne górzyste regiony prowincji (dla porównania: w Polsce średnia opadów rocznych to ok. 600 mm, a najbardziej odporne na susze proso wymaga ok. 300 mm). Na południu nie pada prawie wcale, nie ma tu wielkich rzek ani jezior. Od wieków, a może tysiącleci, lokalne społeczności sprowadzają wodę z gór przez system podziemnych tuneli, znanych tu pod perską nazwą karez. Woda czerpana jest tylko z końcowego zbiornika, a jej podział jednocześnie odzwierciedla i porządkuje relacje władzy i pokrewieństwa w danej społeczności. Jednak wzrost liczy ludności, zmiany klimatyczne i rządowe kampanie wiercenia studni przyczyniają się do wysychania i niszczenia karezów. A wraz z karezami zanikają też związane z nimi kultura oraz tradycyjne struktury społeczne.

Decyzję o budowie karezu podejmuje wspólnota, która zobowiązuje się także dbać o system podziemnych kanałów, często długich na kilka kilometrów, i studni konserwacyjnych, doprowadzających wodę z macierzystego punktu ujęcia po lekkim skosie do miejsca czerpania. Czasami zajmuje się tym jedna rodzina lub klan, innym razem wspólników w projekcie jest więcej. Przynajmniej raz w roku gromadzą się na zebraniu, aby omówić kwestie gospodarowania i potrzebnych remontów, rolę zarządcy wody, problemy niewłaściwego rozdziału lub jej kradzieży, do której czasem dochodzi. Decyzje podejmowane są na zasadzie konsensusu, ale wiadomo, że najwięcej do powiedzenia mają najbardziej wpływowi akcjonariusze.

Woda do nawadniania pól nie jest dzielona objętościowo jak u nas, ale czasowo – tzn., że dana rodzina ma do niej dostęp przez pewien okres, proporcjonalne do jej wkładu w budowę karezu. Każdy wspólnik ma wyznaczony czas na korzystanie z zasobów: najbogatsi liczą go w dniach, najbiedniejsi w minutach. Wodę z karezu się dziedziczy i dzieli pomiędzy spadkobierców.

Potężna powódź z 2022 r. zalała także duże obszary pustynnego Beludżystanu i zniszczyła wiele karezów. Ale już wcześniej przetrwanie tego systemu galerii drenujących było zagrożone. Ich budowa i utrzymanie wymaga ogromnych nakładów czasu oraz pracy. Oczyszczanie tuneli, z których trzeba wybrać nagromadzony muł i kamienie przynajmniej raz do roku, to zadanie dla specjalistów, a robotnicy karezowi to wymierający zawód. Gdy po powodzi trzeba było odbudować infrastrukturę, użyto nowoczesnych koparek, często zamieniając podziemne tunele w odkryte koryta. Jak stwierdził mój lokalny rozmówca, nie ma już ludzi, którzy wiedzą, jak budować system i dbać o niego.

Karezy dostarczają mniej więcej stałą porcję wody, nawet podczas suchych lat, ale nie jest to ilość wystarczająca dla rolnictwa przemysłowego. Przez ostatnie 40 lat rząd Pakistanu i różne organizacje pozarządowe promowały i dotowały studnie głębinowe oraz pompy elektryczne i spalinowe, aby zwiększyć wydajność rolnictwa. Woda wypompowywana ze studni jest dostępna na żądanie, nie trzeba czekać na swoją kolej. Lecz wykopanie lub wywiercenie studni, a później obsługa pompy wymagają pieniędzy – nie wszystkich na to stać. Dodatkowo nieregulowane studnie głębinowe przyczyniają się do nadmiernej eksploatacji zasobów wód gruntowych, których poziom w Beludżystanie spada w alarmującym tempie. Odczuwają go przede wszystkim ci rolnicy, którzy nawadniają uprawy wyłącznie z karezów – wody w galeriach drenujących jest coraz mniej.

Zanik karezów ma też społeczne konsekwencje: na zastąpieniu galerii drenujących studniami i pompami elektrycznymi korzystają przede wszystkim bogaci rolnicy. Wcześniej też istniała hierarchia, ale obecnie nierówności się pogłębiają. Z dostępu do wody z jednego karezu mogło utrzymać się nawet kilkaset osób. Jednak gdy karezy wysychają, drobni gospodarze i hodowcy zmuszeni są do porzucenia tradycyjnych zajęć i ucieczki do miast w poszukiwaniu pracy. Dumni Beludżowie, wygnani przez biedę ze swoich wiosek, imają się podrzędnych, źle opłacanych robót w slumsach Quetty i Karachi albo handlują na ulicach. Z pozycji pełnoprawnych obywateli, którzy cieszyli się prawem do wody, spadają na najniższe szczeble drabiny społecznej.

Krótkotrwały wzrost produktywności rolnictwa z dużym prawdopodobieństwem zakończy się katastrofą ekologiczną, jak to miało miejsce w Syrii, gdzie galerie drenujące zostały zastąpione studniami głębinowymi, co doprowadziło do wyczerpania wód gruntowych w pierwszej dekadzie naszego tysiąclecia. Wynikające z tego wywłaszczenie wsi i zapaść gospodarcza miały katastrofalne skutki dla całego społeczeństwa syryjskiego.

W Beludżystanie panują pesymistyczne nastroje. Nowe wypiera stare. A ci, którzy myślą w starych kategoriach, tracą punkty oparcia. Poczucie godności wysycha razem z wodą. Bo chociaż pozyskiwanie wody z galerii drenujących wspiera zrównoważoną gospodarkę zasobami wodnymi promującą spójność społeczną i współpracę, w przeciwieństwie do nowoczesnych odwiertów, to karezy nie mają szans w świecie rządzonym przez kapitalizm.

Woda z lodowców

W dolinie Hunzy w zachodnim Karakorum zbocza gór poprzecinane są wąskimi pasami zieleni. Smukłe topole rosną w nienaturalnie równych rzędach. „Wszystkie zasadzone przez ludzi i regularnie podlewane. Tu nie ma dziko rosnących drzew” – tłumaczy mi przewodnik w forcie Baltit. W Hunzie zimy są białe, ale przez większość roku pada niewiele. Średnie roczne opady to zaledwie 136 mm. W tym historycznym księstwie na północy Pakistanu wodę dostarczają topniejące lodowce, ale to ludzie muszą zadbać o to, by dotarła wszędzie tam, gdzie jest potrzebna. Inaczej nic by tu nie urosło.

Budowy skomplikowanej sieci kanałów sprowadzających wodę z topniejących lodowców do wiosek i osiedli w dolinie podjął się mir Silim Khan, władający Hunzą w latach 1790–1824. Trwające wiele lat przedsięwzięcie wymagało ogromnych nakładów pracy i kosztowało życie wielu młodych mężczyzn, zwerbowanych spośród wszystkich hunzańskich rodów. Posługując się jedynie linami, kilofami z rogów koziorożca i drewnianymi łopatami, budowniczy musieli nieraz wyrąbać koryta w litej skale, pokonać górskie przepaści, a w kilku miejscach zainstalować drewniane kanały, które przeprowadzały wodę wzdłuż stromych ścian klifu.

Kosztowna praca zakończyła się sukcesem: woda dotarła do uprzednio jałowych ziem, gdzie powstały nowe wioski, mogące wyżywić większą liczbę ludności i pomnożyć zasoby królewskiego skarbu. Posiadający władzę absolutną mir nadał pozyskaną w ten sposób ziemię uprawną oddanym dworzanom, a także tym, którzy najbardziej zasłużyli się przy budowie dróg wodnych.

Wzrost produktywności przyczynił się do pomnożenia bogactwa, które doprowadziło z kolei do rozwoju klasy stosunkowo zamożnych właścicieli ziemskich. Zwiększył się popyt na luksusowe towary, takie jak jedwabne szaty, tkaniny bawełniane, cukier, herbata, przyprawy (goździki, czarny pieprz, sól i kurkuma), broń i konie, które sprowadzano do Hunzy na drodze handlu zamiennego bądź też przez rabowanie karawan kupców na jedwabnych szlakach przecinających Karakorum i Himalaje.

System kanałów nawadniających skonstruowany przez Silima i jego następców, a także organizacja podziału wody z lodowców działają do dziś. Po tym jak w 1974 r. premier Pakistanu Zulfikar Ali Bhutto rozwiązał status Hunzy (i innych semiautonomicznych terytoriów) jako niezależnego księstwa i odebrał władzę mirowi, ustanowiono komitety społeczne, które przejęły zadanie zarządzania zasobami wody.

Przez dom i tarasowe ogrody mojej przyjaciółki, mieszkającej tuż pod fortem Baltit, przechodzi kamienny rów, który doprowadza szarą wodę z lodowca Ultar do kilku domostw w najstarszej części wioski. To woda królewska, która płynie niereglamentowana codziennie, nawadniając przede wszystkim ziemie należące do mira. Rodzina mojej przyjaciółki – jako jedna z nielicznych – ma przywilej korzystania z tej wody z dawnego nadania króla, jak wyjaśnia mi Kosar. Do wszystkich innych ogrodów, pól i sadów woda doprowadzana jest w wyznaczone dla danych klanów dnie. Wtedy trzeba pójść na swoje ziemie i zadbać o to, żeby poszczególne piętra tarasowych upraw zostały odpowiednio nawodnione, kierując wodę z głównego kanału do mniejszych kanalików docierających do każdej grządki.

Hunzie nie grozi wyczerpanie zasobów wodnych tak długo, jak długo istnieć będą lodowce w tym regionie świata nazywanym czasem trzecim biegunem. Trudno też wyobrazić sobie, aby rząd pakistański nagle przejął hunzańską wodę. Według moich lokalnych rozmówców Hunza, która aż do lat 70., gdy zbudowano Karakorum Highway, była praktycznie odcięta od reszty kraju, nie leży w strefie zainteresowań rządu. Nawet prąd jest tutaj dostarczany zaledwie przez kilka godzin dziennie (hotele radzą sobie, uruchamiając hałaśliwe dieselowskie generatory). Nie można znacząco zwiększyć produkcji rolnej na tych kilku skrawkach ziemi wydartych górom. W Hunzie dostęp do wody wciąż wyznacza granice ludzkiej pracy i możliwości produkcyjnej ziemi. Poza tym wodę mają ci, którzy są stąd i na miejscowe potrzeby jest jej wystarczająco.

W tym regionie istnieje innego rodzaju niebezpieczeństwo związane z wodą: zmiany klimatyczne przyspieszają topnienie lodowców, które stają się coraz bardziej nieprzewidywalne. Ryzyko powodzi glacjalnej zwiększa się wraz z ociepleniem. A ono przyspiesza.

W górskim regionie Gilgit-Baltistan, w którym leży Hunza, oraz na północy prowincji Chajber Pasztunchwa, jest ponad 3 tys. jezior utworzonych przez lodowce i zasilanych wodą z lodowców. Ponad 30 z nich grozi przelanie, które może doprowadzić do zatopienia całych wiosek. Do powodzi glacjalnych na mniejszą skalę dochodzi każdego roku, ale jest ich coraz więcej. W zeszłym roku doszło do przelania aż 16 jezior.

Według naukowców z Lamont-Doherty Earh Observatory na Columbia University topnienie lodowców himalajskich wzrosło o 100% w ostatnich 20 latach, a ponad ćwierć lodu została utracona w ostatnich czterech dekadach. Jeśli topnienie w tym tempie utrzyma się lub przyśpieszy, lokalne społeczności są skazane na wyginięcie lub uchodźstwo klimatyczne. W dalszej perspektywie wody może także w tym rejonie po prostu zabraknąć.

Chociaż mieszkańcy Hunzy i całego regionu Karakorum-Himalaje w minimalnym stopniu przyczyniają się do ocieplenia klimatu, skutki zmian mogą dotknąć ich najbardziej i być może w pierwszej kolejności. Woda z lodowców, która przyniosła Hunzie dobrobyt, może pewnego dnia doprowadzić do zniszczeń na ogromną skalę. Bo mir nie ma już władzy absolutnej nad wodą. Czy kiedykolwiek ją miał?

Brytyjskie zarządzanie

Twórca wpływowej, choć budzącej kontrowersje teorii „społeczeństwa hydraulicznego”, Karl August Wittfogel, widział w wodzie czynnik o specjalnym znaczeniu. Uczony pisał: „Jeśli rolnictwo irygacyjne uzależnione jest od efektywnego kierowania większych dostaw wody, wówczas charakterystyczna cecha wody – tendencja do gromadzenia się w dużych ilościach – staje się przedmiotem decyzji instytucjonalnych. Znaczna ilość wody może być skanalizowana i skupiona w wyznaczonym miejscu tylko przy wykorzystaniu pracy wielu ludzi, ich działania muszą być skoordynowane, zdyscyplinowane i poddane kierownictwu”.

W ten sposób systemy irygacyjne na dużą skalę, których budowa i utrzymanie wymagają efektywnego zarządzania siłą roboczą, prowadzą do biurokratyzacji i centralizacji władzy, a w konsekwencji nawet do powstania autokratycznego rządu i despotyzmu.

Aby woda – która nie spada z nieba, ale którą trzeba pozyskać i dostarczyć – mogła być efektywnie wykorzystana, potrzebny jest system zarządzania tym najcenniejszym naturalnym zasobem. Ten, kto kontroluje wodę, kontroluje też ludzi, których praca i życie zależą od jej dostępności. Zapewne wiedzieli o tym Brytyjczycy, podejmując się budowy systemu irygacyjnego w zachodnim Pendżabie, który jak twierdził zastępca komisarza Pendżabu, był „najśmielszym projektem nawadniania, jakiego kiedykolwiek się podjęto”.

W latach 80. XIX w. Indie Brytyjskie pod administracją Charlesa Umpherstona Aitchisona zajęły się zagospodarowaniem zachodnich obszarów prowincji Pendżab, określanych jako Crown Waste (Koronne Nieużytki). Opady na „nieużytkach” były zbyt niskie dla rolnictwa na większą skalę, a tereny słabo zaludnione, nie licząc oczywiście pasterskich i koczowniczych plemion, które przez brytyjską administrację były traktowane z dużą podejrzliwością lub wręcz wrogością.

Dlatego podjęto decyzję budowy rozległego systemu irygacyjnego. Ziemia na pozyskanych, nawodnionych terenach była dzielona na kwadratowe 27-akrowe działki i przyznawana ubiegającym się o nią rolnikom z gęsto zaludnionych obszarów prowincji (dostawali po jednej działce), ale także zasłużonym cywilnym i wojskowym oficerom Imperiom (mogli otrzymać nawet 100-działkową ziemią). Największe nieruchomości sprzedawano miejscowym kapitalistom.

O tym, że projekt okazał się ogromnym sukcesem dla korony brytyjskiej, świadczą liczby przywołane po jego realizacji przez jednego z kapitanów, niejakiego Bucka: na ziemiach, które wcześniej były tylko nieużytkami przynoszącymi niewielki dochód w wysokości kilkuset funtów „z tytułu praw do wypasu”, osiągnięto dochody w wysokości 450 tys. funtów brytyjskich. Na skanalizowanych i skolonializowanych ziemiach Pendżabu: „fabryki – jak donosił w raporcie Buck – są teraz dość liczne, a handel ogólnie szybko się poprawił, podczas gdy obieg pieniądza jest znacznie większy niż dotychczas i myślę, że mogę spokojnie stwierdzić, że masy społeczne przejrzały na oczy, widząc wielkie korzyści, jakie otrzymują pod rządami brytyjskimi”.

Poza modernizacją oraz korzyściami materialnymi wyłuszczonymi przez brytyjskiego kapitana pendżabskie canal colonies przyczyniły się też do regulacji stosunków społecznych na pozyskanych terenach oraz wprowadzenia selektywnych praw własności. Prawo do ziemi otrzymali wybrani napływowi rolnicy, ale utracili koczownicy, którzy wypasali swoje zwierzęta na nieużytkach od pokoleń. Na dłuższą metę brytyjska polityka wodna położyła podwaliny pod ideologię odgórnie kierowanej modernizacji i myślenia o rozwoju jako procesie ujarzmiania i wykorzystywania wody dla potrzeb produkcyjnych, którą przejęło nowo utworzone państwo pakistańskie.

Modernizacja

Począwszy od lat 50. XX w. kolejne rządy Pakistanu ogłaszały flagowe projekty budowy zapór, które miały przyśpieszyć rozwój kraju i zapewnić dobrobyt wszystkim jego mieszkańcom. Oprócz tych, których wioski zostały zalane. Bo np. przy okazji konstrukcji zapory Mangla w latach 60. przykryto wodą 280 wiosek i wysiedlono ok. 110 tys. ludzi. Budowa zapory, której podjęło się brytyjskie przedsiębiorstwo Binnie & Partners, zbiegła się w czasie ze zwiększonym zapotrzebowaniem na pracowników w fabrykach tekstylnych w północnej Anglii, więc rząd brytyjski zdecydował się udzielić wielu eksmitowanym z Mirpur pozwoleń na wyjazd i pracę w Anglii.

W 2018 r. rząd Pakistanu uruchomił ogromną kampanię medialną i zbiórkę pieniędzy na konstrukcję zapór Diamer Basha i Mohmand. Wszystkim pracownikom sektora publicznego, a także wojskowym potrącono z wypłaty „dobrowolne” składki na zapory. Plakaty zachęcające do wpłacania datków na ten cel pojawiły się w bankach i sklepach, a do biletów kolejowych zaczęto doliczać „podatek zaporowy”. W tym okresie jakakolwiek krytyka projektu równała się krytyce rządu i ideologii oświeconego modernizmu wyrażającego się najlepiej właśnie w budowie zapór na rzekach, które służyły zarówno irygacji, jak i produkcji elektryczności.

Nieprzerwane dostawy prądu elektrycznego i wody to coś, co w Pakistanie stanowi o statusie społecznym. W większości miast każde gospodarstwo domowe dostaje dzienny przydział wody, który przechowuje się w zbiornikach umieszczonych na dachu. Te zbiorniki – najczęściej plastikowe i niebieskie, kształtem przypominające duże beczki – świetnie widać z okien samolotu, gdy zbliża się moment lądowania w Pakistanie. Woda płynie dziś do nich z nowoczesnych betonowych wież ciśnień, chociaż gdzieniegdzie funkcjonują jeszcze beczkowozy rozwożące wodę do domostw. Niektórzy mają tyle wody, że nie muszą się zastanawiać nad odkręconym kranem, a inni liczą każdą kroplę, gospodarując nią oszczędnie, tak, żeby starczyło do jutra. Od czego to zależy? Najczęściej od tego, w jakiej dzielnicy kto żyje. Te zamieszkane przez elity dostają większy przydział, podczas gdy w biedniejszych dzielnicach zbiorniki się nie napełniają. Ci, których na to stać, kopią własne studnie głębinowe i leją wodę bez żadnych ograniczeń i kontroli.

Działanie systemu nierównej dystrybucji udokumentowała Perween Rahman, aktywistka i działaczka, walcząca o prawo do wody dla mieszkańców Karachi doświadczających ubóstwa.

Rahman odkryła, że robotnicze dzielnice Karachi, takie jak Orangi, Gadap i Gulshan, regularnie otrzymywały tylko 30–57% przydzielonej im wody, podczas gdy w eleganckich dzielnicach zamieszkanych przez elity była ona dostępna praktycznie bez limitów. Jak do tego dochodziło? Raport Rahman z 2008 r., Water Supply in Karachi, zawierał mapę pokazującą lokalizację nielegalnych hydrantów wodnych, z których wodne mafie masowo wysysały wodę, następnie sprzedając ją tym, którzy byli gotowi zapłacić za nią wyższą cenę. Perveen Rahman zginęła 13 marca 2013 r., gdy jej samochód został ostrzelany. Przyjaciele Perween wspominali, jak mówiła: „Wiem, że zostanę zabita, ale zostanę zabita szczęśliwa”. Czterech sprawców morderstwa osądzono i skazano w 2021 r.

Rozejm i konflikty

Gospodarka wodna Pakistanu od zawsze ma dużo wspólnego z polityką. Odkąd Indie Brytyjskie zaczęły eksmitować pasterzy z „nieużytków”, budując kanały i przyznając prawa własności dobrym poddanym i sojusznikom w tworzeniu nowego lepszego społeczeństwa zaprojektowanego w londyńskich biurach, krajobraz dorzecza Indusu i innych rzek przekształcany jest tak, aby utrzymać władzę skupioną w rękach elit. Lecz – jak uważa Majed Akhter z londyńskiego King’s College – walka o wodę „to tylko hydrospołeczny wątek znacznie większej walki politycznej w Pakistanie – walki o wyznaczenie politycznego i kulturowego narodu z głęboko podzielonego i nierównego krajobrazu”.

Woda reguluje także politykę międzynarodową Pakistanu. Najlepszym tego przykładem jest słynne Indus Water Treaty, czyli Traktat o Wodzie Indusu, bilateralna umowa wynegocjowana przez World Bank i podpisana przez Pakistan i Indie, wyznaczająca zasady korzystania z dorzecza największej rzeki subkontynentu. Traktat podpisany w 1960 r. w Karachi przyznał prawo do korzystania z rzek zasilających Indus od wschodu Indiom, a z tych od zachodu – Pakistanowi. Przez pół wieku istnienia porozumienia Indus Water Treaty był uznawany za model udanej mediacji stron trzecich i zapobiegania wojnie. Pomimo czterech konfliktów zbrojnych pomiędzy Indiami a Pakistanem, oba kraje trzymają się zasad określonych w umowie. I chociaż od czasu do czasu któraś ze stron domaga się renegocjowania traktatu, to jego znaczenie rośnie, biorąc pod uwagę zwiększający się problem niedoboru wody w obu krajach.

Indus Water Treaty, nawet jeśli nie jest umową, która w pełni zadowalałaby sygnatariuszy, spełnia zadanie regulacji dostępu do spornych zasobów. W wielu innych miejscach na świecie, gdzie brakuje takich umów, zatargi o wodę prowadzą do poważnych i często tragicznych konsekwencji. Według niektórych obserwatorów przyczyn wojny domowej w Jemenie należy szukać w kryzysie wodnym. Również w Syrii do destabilizacji, a w konsekwencji do wojny doprowadził niedobór wody. Przestawienie gospodarki wodnej z ekologicznych galerii drenujących na intensywne wypompowywanie wody ze studni głębinowych wywołało kryzys, który w przyszłości może powtórzyć się także w Beludżystanie.

Peter Gleick, szef Pacific Institute z siedzibą w Oaklandzie, który przez ostatnie trzy dekady badał związek między niedoborem wody, konfliktami i migracją, uważa, że konflikty o wodę nasilają się. W wypowiedzi dla agencji Reuters stwierdził, że: „Z bardzo rzadkimi wyjątkami nikt nie umiera z pragnienia, ale coraz więcej ludzi umiera z powodu zanieczyszczonej wody lub konfliktów o dostęp do wody”.

Burzę w szklance wody mogą rozpętać pozornie błahe wydarzenia. Pewnego letniego popołudnia w 2009 r., w małej wiosce Katanwala, ok. 30 mil na północ od Lahore, cztery kobiety pracujące w polu pokłóciły się o wspólny kubek do picia. Asia Bibi, jedyna chrześcijanka wśród nich, rzekomo przechwyciła kubek i napiła się z niego, zanim pozostałe kobiety zdążyły to zrobić. Tym samym naruszyła niepisane zasady porządku – pozostałość po hinduskim systemie kastowym, który utrzymał się na tym obszarze nawet po tym, jak większość populacji przeszła na islam ponad 100 lat temu. Chrześcijanie, uważani za nawróconych z najniższych klas hinduizmu, nadal są traktowani jako niedotykalni w niektórych częściach Pakistanu.

Spór o kubek doprowadził do zatrzymania Asii, a kilka dni później wiejski duchowny zarejestrował przeciwko niej sprawę o bluźnierstwo, za które w Pakistanie można zostać skazanym na śmierć. Sprawa toczyła się przez dziesięć lat, które Asia spędziła w odosobnionej celi, podczas gdy nad wyrokiem debatował Sąd Najwyższy, a międzynarodowe organizacje humanitarne apelowały o uwolnienie oskarżonej. Wstawiennictwo gubernatora Pendżabu Salmana Taseera w sprawie Asii poskutkowało oskarżeniem przeciwko niemu, a w konsekwencji śmierci, którą poniósł z rąk swojego ochroniarza, działającego zgodnie z fatwą uznającą Taseera za wajib-ul-qatal („zasługującego na śmierć”). W 2019 r. Asia Bibi uciekła do Kanady, gdzie przyznano jej azyl.

Wszystko płynie

Problem podziału wody w Pakistanie to przykład tragedii wspólnego pastwiska. Każda kolejna studnia wykopana przez bogatego gospodarza jest jak dodatkowa sztuka bydła na ogólnie dostępnym pastwisku, które stopniowo wyjaławia się przez nadliczbowe wypasanie. Tam, gdzie brakuje umów społecznych – bądź też efektywnej polityki władz – poszczególni użytkownicy pozwalają sobie wykorzystywać wspólne dobra w sposób szkodliwy dla pozostałych, ponieważ wtedy sami mają największe korzyści. A zgodnie z modelem neoliberalnej ekonomii człowiek to postępujący racjonalnie homo oeconomicus, który działa w oparciu o kalkulacje ryzyka zysków i strat, zawsze zmierzając do maksymalizacji dochodów.

Ludzie w swym nieustannym dążeniu do dominacji nad przyrodą przekształcają świat, czyniąc go sobie podległym. Wydawać by się mogło, że hydrosystemy Pakistanu, zarówno na poziomie materialnym, jak i symbolicznym, wyznaczyły już raz na zawsze bieg historii i organizację społeczeństwa. Jednak zmiany klimatu, które w Pakistanie są odczuwalne już teraz i w dużo większym stopniu niż w wielu innych miejscach na Ziemi, wszystko komplikują. Bo gdy deszcze monsunowe przynoszą opady o 500% wyższe niż spodziewane, jak to miało miejsce w zeszłym roku, władza nad wodą okazuje się ułudą.

 

Artykuł pojawił się w numerze: Co z ciebie wyrośnie