Pomimo postępu w przemyśle zbrojeniowym symbolem wojny o Górski Karabach niezmiennie powinien być dom. Dom który ktoś (Azer albo Ormianin) w pośpiechu opuszczał. Kerima (Azera) poznałam w Azerbejdżanie. Piliśmy kawę, nic nawzajem o sobie nie wiedząc, to on zaczął opowiadać o swoim domu w Górskim Karabachu. Wspominał go tak, jak wspomina się dzieciństwo. Coś bezpowrotnie utraconego, za czym się tęskni. Meble, dywany, widok z okna, ogród. Kiedy Ormianie przejęli już kontrolę nad Karabachem, a Kerim (cudem) otrzymał możliwość wjazdu do tego parapaństwa, podjechał pod swój dom. Stanął przed drzwiami, zapytał nowych mieszkańców, czy go wpuszczą. Tłumaczył, że chce tylko wejść na kilka minut. Nie wpuścili. – Wiedziałem, że nie przekroczę progu, ale chciałem ostatni raz w życiu tam pojechać, chociaż z zewnątrz zobaczyć – mówił Kerim. Liana (Ormianka) była dziewczynką, kiedy w Baku wybuchły zamieszki na tle narodowościowym. Wraz z mamą i siostrą została zmuszona do wyjazdu. Przed…
Redaktorka, dziennikarka specjalizująca się w tematyce wschodniej i społecznej. Współautorka książek na temat Białorusi i Armenii