Pomimo chaosu i nieprzewidywalności pewne rzeczy okazują się na Filipinach nieuchronne. Nie chodzi tylko o to, że w tym kraju rozciągniętym na archipelagu ponad 7 tys. wysp między Tajwanem a Indonezją pewne jest, że co roku do końca listopada pojawią się tajfuny niszczące znajdujące się na ich drodze rachityczne domy zamieszkane przez ubogą część filipińskiego społeczeństwa. A rozwarstwienie społeczne jest tam olbrzymie i w cieniu drapaczy chmur liczbą zawstydzających Warszawę znajdują się slumsy, w których żyją ponad 4 mln ludzi. Nie chodzi też o to, że bez względu na sytuację materialną tłumy niechybnie będą brały udział we wzniosłych procesjach, jak to się dzieje, odkąd 501 lat temu na wyspę przybył Magellan i potem na archipelagu, będącym hiszpańska kolonią, katolicyzm stał się ważnym elementem lokalnej tożsamości.
Pewne rzeczy wydają się nieuniknione nawet w chimerycznym i pełnym gwałtownych zwrotów życiu politycznym Filipin. Są tacy, dla których od dawna było oczywiste, że Ferdinand Marcos junior prędzej czy później zostanie prezydentem, co ostatecznie ziściło się w ostatni dzień czerwca bieżącego roku. Nowy prezydent nie wziął się…