Po Marszu dla Aleppo, który zorganizowałaś w 2016 r., w jednej z rozmów przyznałaś, że z powodu rozłąki z najbliższymi i przeróżnych napięć omal nie rozpadła się Twoja rodzina. Czy da się w ogóle skutecznie pomagać innym, zachowując psychiczne rezerwy i nie tracąc tego, co dla nas ważne?
Po latach przeróżnych doświadczeń w pomaganiu już wiem, że jest ono bardzo obciążające. Czasami może nam się wydawać, że to prosta i naturalna sprawa: ktoś jest w potrzebie, więc pomagamy – i już. W dużej mierze to prawda, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że zawsze płaci się jakąś cenę – czy to jest oddanie swojego czasu, który można by przeznaczyć na siebie czy bliskich; czy chodzi o poświęcenie pieniędzy, które można by wydać na coś innego; czy to jest zdrowie, bo można by się wyspać i lepiej zjeść; czy kariera, bo zamiast pomagać, moglibyśmy piąć się po kolejnych szczebelkach; czy też przeczytane książki, obejrzane filmy, rozwijane zainteresowania…
Przeżyliśmy narodowy zryw solidarności, rzuciliśmy się do pomagania ludziom uciekającym przed wojną w Ukrainie. Czasami od razu zaczynaliśmy od przysłowiowej głębokiej wody, np. braliśmy pod swój dach ukraińskie rodziny, choć…