Czym jest starość? Jak ją Pan przeżywa?
Historia każdego z nas sprowadza się do tego, że rodzimy się w słabości i umieramy w słabości. Nawet w naszych genach jest zapisane, że mamy dojrzewać i niknąć. Gdy dojrzewamy – dojrzewamy do odpowiedzialności, gdy odchodzimy – dojrzewamy do utraty odpowiedzialności. U naszego kresu potrzebujemy pomocy innych.
Przez wiele lat byłem odpowiedzialny za mój dom wspólnotowy w Trosly – musiałem rozwiązywać konflikty, borykać się z trudnościami. Dziś nie mogę pracować jak dawniej. Mam 70 lat, nie ciążą już na mnie w naszym domu żadne obowiązki, poza jednym: że mam ich nie mieć… Służę tylko radą i jest mi z tym bardzo dobrze.
Kiedy ludzie zaczynają myśleć o mnie z troską, czuję, że dzieje się coś nowego. Teraz, kiedy jestem słabszy i inni widzą moją słabość, pełniej doświadczam, czym jest komunia. Bo kiedy dysponujemy siłą, nie wiemy, czym ona jest. Oczywiście władza czy autorytet mogą wyrażać się w sposób uprzejmy i potrafią budować jedność, niemniej prawdziwa komunia wyklucza siłę. Tajemnica słabości polega na tym, że to ona sprawia, iż jesteśmy razem. Fundamentem każdej wspólnoty, każdej rodziny jest wezwanie: „Potrzebuję cię, nie mogę tego zrobić sam”. Czyli słabość jest warunkiem bycia razem.
Jestem dziś na etapie, kiedy nie mam obowiązków, ale mogę mówić. Następnie wkroczę w etap, kiedy nie będę już mógł mówić – wykładać, udzielać wywiadów… Potem przyjdzie czas odchodzenia. Kiedyś powiedziałem, że mam nadzieję, iż moje odchodzenie potrwa dłużej i nie będzie zbyt gwałtowne. Bo jeśli umrę zbyt szybko, to w mojej wspólnocie, w której pozostaję już od 42 lat, szok może być zbyt wielki. Więc powinienem przejść długą, przewlekłą chorobę.
Czyli oddalać się stopniowo… Czy o to się Pan modli?
Tak. Chociaż chodzi nie tyle o przewlekłą chorobę, co raczej o to, żebym za kilka dni nie rozbił się w samolocie relacji Warszawa-Paryż… (śmiech)
Żyje Pan we wspólnocie, wśród przyjaciół. Ale wielu ludzi odczuwa głęboką samotność – nie mają obok siebie żadnej wspólnoty, rodziny, bliskich. Oni najczęściej odczuwają zależność od innych jako upokorzenie.
Kiedy człowiek czuje, że nikt go nie potrzebuje, wtedy pojawia się depresja. A co możemy powiedzieć ludziom w depresji ponad to, że ich rozumiemy? Jeśli coś się nie zdarzy, ktoś nie powie: „Potrzebuję cię, proszę, żebyś się za mnie pomodlił”, niewiele możemy poradzić. Owszem, człowiek w depresji może poczuć, że wciąż potrzebuje go Bóg. Że nie tyle sam ufa Bogu, co raczej Jezus ufa jemu. Potrzebujemy siebie nawzajem: Bóg potrzebuje nas, my potrzebujemy Jego. Ale jak pomóc ludziom samotnym dojść do tego punktu? Nie wiem. Pomocą mogą być ludzie z parafii czy innej wspólnoty, którzy będą odwiedzać osoby chore i w podeszłym wieku, by powiedzieć im: potrzebuje cię. To jest coś fundamentalnego, bo kiedy czujemy, że nikt nas nie potrzebuje, doświadczamy śmierci.
Rzeczywiście, kiedy jest się we wspólnocie lub z rodziną, to odchodzenie staje się źródłem komunii. Ale jeśli nie ma obok nas nikogo, rodzi gniew i depresję.
Starość przynosi wielorakie doświadczenie utraty – tracimy wigor, zdrowie, siły, ale także bliskich, którzy umierają. Czy to złożone doświadczenie utraty prowadzi do rozpaczy?
Pytanie brzmi: co tracisz, a co osiągasz? Każda utrata może przynieść jakiś zysk. Jeśli akcentujesz wyłącznie utratę, wtedy umyka ci zysk. Utrata jest jak odzieranie nas z kolejnych warstw – władzy, wpływów, dóbr. Jeśli się nas obiera jak cebulę, co zostaje? Coś się wyłania, coś powstaje. Każda utrata jest dla zmartwychwstania. Nawet utrata tych, których kochamy. Gdy tracimy kogoś, kogo kochamy, musimy się zmienić, musimy stanąć na nogi. Czasem widzimy wdowy, które po dziesięciu latach od pochowania męża żyją wciąż jego śmiercią. One nie podźwignęły się po tym doświadczeniu. Kiedy rozmawiam z pogrążonymi w żałobie, pytam ich: „Jak myślicie, jakimi chcieli by was dzisiaj widzieć zmarły mąż czy żona? Czy chcieliby, żebyście wciąż płakali, czy żebyście się podnieśli?”. W każdej utracie tkwi zaczyn czegoś nowego – odkrycia, kim jestem, jakie jest moje miejsce na świecie, moje powołanie. Zatem nie jesteśmy skazani na depresję i łzy. Choć oczywiście dobrze jest czasem popłakać.
Jest „czas płaczu i czas śmiechu, czas żałoby i czas tańca”…
Właśnie – jak u Eklezjasty… Zatem każda utrata jest możliwym zyskiem.
Patrząc na utratę w takiej perspektywie, zakłada się, że istnieje pewien porządek, cykl narodzin i śmierci, smutku i wesela. Ale śmierć przychodzi bardzo często nie w porę, burząc taki idealny porządek. Wystarczy pomyśleć o młodej kobiecie, która traci w wypadku samochodowym męża i dzieci. Oczywiście można powiedzieć, że to też stwarza jakąś możliwość zysku, ale w takim wypadku deklaracja ta brzmi bardzo ryzykownie.
Pytanie brzmi: kto mi pomoże w mojej utracie? Kto będzie najbliżej tej zrozpaczonej kobiety? Przemiana utraty w zysk trwa dłużej niż trzy dni – niż trzy dni zmartwychwstania. Może trwać dziesięć lat! Wielu przykładów takich długotrwałych procesów dostarcza życie ludzi z upośledzeniem. Ktoś traci wzrok, przeżywa głęboką depresję, ale po pięciu latach staje się nadzwyczajnym człowiekiem. Problem polega na tym, jak pomóc mu w przejściu tego cyklu. Nie wystarczy trzymać za rękę, trzeba mieć także odpowiednie kompetencje. Umiejętność, by pomóc ludziom odkryć ich talenty, pomóc im podnieść się.
Mówił Pan, że starość to moment, kiedy wyłania się nasze prawdziwe ja, opadają z nas rozmaite kostiumy, spadają maski, możemy się skupić na tym, co najważniejsze… Co dokładnie oznacza to prawdziwe ja, czym ono jest?
To ja nowo narodzonego dziecka. Jeśli dziecko jest maltretowane lub porzucone, zamyka się w sobie, pogrąża w depresji. Kiedy jest kochane, może się bawić, kiedy matka mu mówi: „Jesteś najpiękniejsze na świecie”, ujawnia się prawdziwe ja. Tak samo dzieje się w starości. Potrzebujemy, by ktoś dalej nam mówił: „Jesteś cenny, piękny”. Prawdziwe ja to osoba, która ujawnia się, kiedy znika siła i jesteśmy zdolni do komunii.
Przez pierwsze pięć miesięcy między matką i dzieckiem lub ojcem i dzieckiem trwa po prostu komunia, zabawa, wspólny śmiech. Po tych pięciu miesiącach zjawia się między nimi ktoś trzeci, pedagog. Ale na początku, kiedy dziecko budzi się w nocy z płaczem, a matka uspokaja je głaskaniem i kołysanką, istnieje po prostu relacja, bezwarunkowa miłość.
Ta bezwarunkowa miłość odradza się w starości. Opowiem historię mojego przyjaciela, który był dyrektorem dużego banku. Jego żona zapadła na chorobę Alzheimera. Niedawno rozmawiałem z nim: „Nie wyobrażam sobie, że mógłbym ją przenieść do domu opieki. Jesteśmy przecież małżeństwem. Karmię ją, pielęgnuję, myję… Staję się bardziej ludzki. Kilka tygodni temu zbudziła mnie w środku nocy i powiedziała – jakby na chwilę wychodząc z mgły – >>Kochanie, chcę Ci tylko podziękować za wszystko, co dla mnie robisz<<. I wtedy zapłakałem. Po chwili znów wstąpiła w tę mgłę”.
Nawet w mgle Alzheimera ona rozpoznała, że była kochana, że była cenna. Ilu ludzi potrafi – jak mój przyjaciel – zdobyć się na takie poświęcenie? Nie wiem. To jest rzeczywistość, która ma związek z łaską, wykształceniem, środkami materialnymi (on miał większe możliwości finansowe niż inni)… Ale ważne jest, by spoglądać na momenty wyjątkowe, bo one coś nam mówią, nawet jeśli niewielu ludzi doświadcza tej wyjątkowości. Te momenty mówią nam, ku czemu powinniśmy próbować zmierzać.
Inny wyjątek to działanie młodzieży ze wspólnoty San Egidio, która odwiedza starych ludzi w ich domach. Oni spotykają osoby schorowane, pogrążone w depresji i potrafią sprawić, że te osoby zaczynają śpiewać, tańczyć, bawić się i oddawać grom towarzyskim… Wygląda to tak, jakby zapalali zapałkę! Jak widać, nietrudno tę zapałkę zapalić – wystarczy grupa dziesięciu młodych osób z gitarami, ktoś, kto potrafi zachęcić do zabawy i szpital zamienia się w dom weselny.
Co mówią nam takie wyjątki? Każą powrócić do pytania, czym jest prawdziwe ja. Otóż jest ono zabawą. Jesteśmy stworzeni dla uczty weselnej. Pierwsze miejsce, do którego zabiera Jezus swych uczniów, to Kana Galilejska. I nie idzie tam, bo myśli sobie: „O Boże, muszę dokonać jakiegoś cudu!”, ale idzie, by pokazać im rzeczywistość najgłębiej ludzką – rzeczywistość zabawy, świętowania, celebrowania życia, wzajemnej miłości. A my zamieniliśmy weselną ucztę na zarządzanie przedsiębiorstwem…
Ludzie są powołani do tworzenia miejsc świętowania. Miejsc niewykluczających nikogo, zapraszających innych na ucztę. Taka jest rzeczywistość wspólnot San Egidio, które zapraszają wszystkich do środka: pozwólmy się wspólnie bawić, tańczyć i śpiewać tym, którzy chcą do nas przyjść. Niestety, zamieniliśmy życie w coś zbyt poważnego – działanie, bogacenie się, produkcję… Straciliśmy poczucie bujnej płodności – dawania życia, cieszenia się nim – na rzecz produktywności. Tym, co najgłębiej skrywa się w naszym człowieczeństwie, jest radość.
Mówi Pan o czasie starości jako okresie, kiedy wyłania się prawdziwe ja, następuje jakieś ostateczne spełnienie. Archetyp starości w takim ujęciu wyznaczałyby postacie biblijne – Anna i Symeon. Ale jest też inny wzorzec – szekspirowski król Lear, przykład szaleństwa starości. Czy oba te archetypy są prawdziwe?
To od nas zależy, który przeważy. Możemy tworzyć domy dla ludzi starych lub z upośledzeniem, w których znajdą zabawę i radość, albo instytucje, w których wyedukowani medycznie pracownicy robią tylko to, co do nich należy.
Więc prawdziwe jest i to, co mówi nam Anna, i to, co mówi król Lear. Co okaże się prawdziwe w naszym życiu, zależy od naszych wyborów. Jeśli oddaję mój czas ludziom starym, to znaczy, że w mniejszym stopniu skupiam się na zarabianiu pieniędzy. Czy decyzje tych, którzy mają siłę i władzę, przyniosą szczęście tym, którzy są słabi, czy też odsuną ich na margines, by rozszerzyć pole władzy – to leży w mocy naszych wyborów.
Stawką są chyba rozmiary szaleństwa w świecie. Czy będzie więcej Learów czy Symeonów…
Nie. Szaleństwo mamy w obu przypadkach. Bo L’Arche czy „Wiara i Światło” to także szaleństwo!
W mojej wspólnocie mamy Françoise, która ma 76 lat i jest ociemniała. Kiedy 40 lat temu do nas przybyła, była ciężko upośledzona, poruszała się z trudnością, musiała być karmiona. Dzisiaj musi leżeć w łóżku. Jej opiekunowie kochają ją. Nazywają ją Mamuśką, kąpią, pielęgnują… Ale to jest wariactwo! Ile to kosztuje, żeby utrzymać Françoise przy życiu… Jeśli przyjąć kryterium opłacalności, to opieka nad Françoise jest szaleństwem.
Wiele Pan podróżuje. Jak starość rozumiana jest w innych kulturach? Czym różni się jej pojmowanie od tego, co myśli się o niej w naszym kręgu cywilizacyjnym?
W kulturze afrykańskiej starzy ludzie to biblioteki. Mają wiedzę o przeszłości, są szanowani, ważni. Tymczasem w naszym świecie odczuwa się ich obecność jak utrapienie, ponieważ trzeba się nimi opiekować. Zauważmy: albo mamy zamkniętą grupę – plemię lub szczep – w której ludzie starsi są szanowani, albo społeczeństwo pluralistyczne, w którym traci się poczucie przynależności, co sprawia, że ludzie starsi przestają być tak ważni.
Co jest ważne w społeczeństwie pluralistycznym? Przyszłość, czyli dzieci. Zatem uwaga przenosi się z ludzi starszych na dziecko. Im bardziej kraj staje się wielokulturowy i pluralistyczny, tym bardziej liczy się niezależność, wolność, produktywność i pomnażanie pieniędzy. Aby zbić fortunę, trzeba więcej sprzedawać, by więcej sprzedawać, ludzie muszą więcej kupować… A więc wpada się w sidła konsumeryzmu, co pociąga za sobą rozpad relacji.
Słuchałem ostatnio bardzo interesującego wykładu Zygmunta Baumana. Mówił on, że w pluralistycznym społeczeństwie konsekwencją utraty poczucia przynależności jest lęk, który może albo pchać do tworzenia zamkniętych grup, które powstają także w świecie katolickim, albo narodzą się nowe wspólnoty, w których trzeba codziennie ożywiać swoje poczucie przynależności. Jak w małżeństwie, które musi karmić się miłością każdego dnia. Taka jest przyszłość ludzkich społeczności, jeśli mają być one zdrowe. Musimy żywić siebie wzajemnie – żywić miłością, uprzejmością, naszymi talentami.
Chcielibyśmy zapytać teraz o doświadczenie towarzyszenia umierającym. Wielokrotnie przeżywał Pan odchodzenie bliskich. Co można zrobić, towarzysząc komuś w umieraniu?
Wiele można się nauczyć od osób zajmujących się opieką paliatywną. Moja siostra przez 25 lat była lekarzem w londyńskim hospicjum św. Krzysztofa i wiele jej zawdzięczam. Szkoła opieki paliatywnej pokazuje, jak ważna jest jakośćczułości i słuchania. Nie wolno mówić umierającym, co mają robić, nie można ich poklepywać po plecach: „Wszystko będzie dobrze, Jezus przyjmie cię pod swoją opiekę…”. Trzeba czekać na ich pytania. Podejmując opiekę paliatywną, trzeba mieć w sobie wielką ciszę. Trzeba słuchać ludzi, rozumieć ich cierpienie, lecz także otaczać ich kompetentną opieką medyczną, podawać we właściwych dawkach heroinę lub morfinę. Trzeba też pamiętać o drobnych radościach. U św. Krzysztofa siedemnasta to pora na kieliszek koniaku. Chodzi o małe rzeczy, które sprawiają przyjemność. Będąc przy umierającym, trzeba być prawdziwym. Bo wokół ludzi chorych terminalnie jest wiele maskarady. O ile to możliwe, trzeba rozmawiać o śmierci, zapytać: „Jak chciałbyś, żeby wyglądała msza pogrzebowa?”. Wzorem św. Franciszka, który mówił o „siostrze-śmierci”, warto spróbować popatrzeć na śmierć jak na przyjaciela. Jesteśmy w końcu do niej powołani, mamy ją w genach. Najczęściej jednak nasz stosunek do śmierci jest wrogi. Jak zmienić ten swój negatywny stosunek do śmierci? To wielkie wyzwanie dla społeczeństwa, które ceni tylko skuteczność, produktywność i wartości materialne. Jak znaleźć coś innego, odkryć komunię – nową komunię z Bogiem? Jak dojść do momentu zgody, kiedy nie wiem, co się ze mną dzieje, ale ufam i wiem, że Bóg ufa mnie? Przeżywaliśmy w naszej wspólnocie wiele śmierci. Ważne jest, by po czyjejś śmierci umieć ją celebrować. Jest czas płaczu i wesela… Kiedy najtrudniej przyjąć śmierć bliskich? Gdy jest nagła. Łatwiej się z nią oswoić, gdy jest powolna, jak w przypadku Jean-Pierre’a z naszej wspólnoty, który chorował na białaczkę. Przebywał w szpitalu, potem do nas wrócił….