Republika Środkowoafrykańska nie ma szczęścia. Choć dwukrotnie większa od Polski, rzadko wpada w oko wertującym geografię Afryki centralnej. Gubi się pośród takich kolosów jak Sudan, Kongo (były Zair) i Czad – i to nawet mimo tego, że jej szerokość równoleżnikowa wynosi aż dwa tysiące kilometrów. Wymawiając skrótową nazwę państwa, RCA (Republika Centralnej Afryki), często słyszę w odpowiedzi: „Pracujesz w RPA?”. „Nie”, prostuję i zaczynam wyjaśniać od zera: że jest taki kraj, taka „czapka od Zairu”…. To wszystko również i wina nazwy, jaką mu nadano. Po francusku brzmi blado i zbyt szablonowo. Natomiast w narodowym języku sängö – krótko i wdzięcznie: Bêafrîka, czyli „Serce Afryki”. Myślę, że taka „serdeczna” nazwa byłaby i nam, Polakom, bliższa, łatwiejsza do zapamiętania. Szkoda, że u początków państwowości, zapewne z grzeczności w stosunku do byłych kolonizatorów, wybrano wersję francuską – potwierdza się tu stara prawda, że każde, nawet najwierniejsze tłumaczenie jest jakąś formą zdrady oryginału.
RCA nie cieszy się zainteresowaniem świata także z powodu nieciekawej historii. Swoją godzinę miało to państwo tylko jeden raz, kiedy w drugiej połowie lat 70. XX w. przekształciło się w Imperium Środkowoafrykańskie. Było to zasługą generała Jeana-BédelaBokassy, który za sprawą swej wybujałej fantazji, koronując się na imperatora jednego z najbiedniejszych krajów świata, ściągnął nań uwagę – i ironiczne uśmiechy – mieszkańców wszystkich kontynentów. Niektórzy Polacy pamiętają jeszcze Bokassę i legendy o jego domniemanym ludożerstwie. Niestety, rzadko kiedy wiedzą o RCA cokolwiek więcej.
Ta piękna, żyzna ziemia w większości pozostała do dziś nietknięta ludzką ręką. Eksplorowana przez Francuzów, jako jedna z ostatnich białych plam na mapach ówczesnego świata, została mu w końcu przedstawiona u schyłku XIX wieku. Długo nie było jej nawet dane być „normalną” kolonią: Francuzi szybko puścili w niepamięć gwarancje przyjaźni i pokojowego współistnienia, wydane przez ich rodaka, wielkiego podróżnika Pierre’a Savorgnana de Brazzy i rozpoczęli bezlitosną eksploatację, która niewiele różniła się od osławionej, belgijskiej w Kongo. Umożliwił ją system organizacji koncesji, na które podzielone było całe terytorium. Los ludności, zmuszanej do zbierania kauczuku na potrzeby rozwijającej się w Europie motoryzacji, spoczął w rękach prywatnych ludzi i ich milicji. Skończyło się to tragicznie w latach 30. wybuchem powstania Congo-Wara i dyskusją we francuskim parlamencie, zbulwersowanym taką porażką swojej misji cywilizacyjnej. Dopiero wtedy utworzono „regularną” kolonię Oubangui-Chari, obejmującą terytorium obecnych RCA i Czadu, która weszła w skład tzw. Francuskiej Kolonii Równikowej.
Obecność kolonistów miała też dobre strony. Powstały podwaliny pod administracyjną organizację państwa, trakty komunikacyjne, pierwociny szkolnictwa i służby zdrowia. Francja skutecznie wyrugowała łowy na niewolników, praktykowane jeszcze w latach 20. przez muzułmańskich mieszkańców północy kraju. Rozpowszechniono uprawę bawełny i kawy, a z północno-zachodniej Afryki sprowadzono nieznane dotąd krowy. Nie traćmy jednak sprzed oczu, że ta francuska kolonia między rzeką Kongo i jeziorem Czad pozostawała zawsze daleko w tyle w porównaniu z innymi.
Permanentny niedosyt wszystkiego spowodował, że w dobie emancypacji narodów afrykańskich po II wojnie światowej, kiedy przyszło do wyboru deputowanego z Oubangui-Chari do francuskiego parlamentu, jedynym możliwym (czytaj: posiadającym wyższe wykształcenie) kandydatem był rodzimy kapłan katolicki, ks. Barthélemy Boganda. Wobec nadzwyczajnych okoliczności, biskup zgodził się na tę kandydaturę i wyjazd swego księdza do Paryża. Ryzyko okazało się realne: po paru latach Boganda porzucił kapłaństwo dla pewnej blondynki, która zawładnęła jego wrażliwym sercem. Ale inspirując się chrześcijaństwem, kontynuował wciąż walkę o wyzwolenie swego ludu, stając się niekwestionowanym autorytetem w Afryce Centralnej. Uważa się go za faktycznego fundatora państwa środkowoafrykańskiego. Zginął tajemniczo w katastrofie lotniczej, w niedzielę wielkanocną pamiętnego 1959 roku, który drżał już radością jutrzenki zwiastującej zbliżającą się wielkimi krokami niepodległość. Jak dotąd, Republika Środkowoafrykańskiej nie wydała wybitniejszej od niego postaci.
Na pierwszego prezydenta wybrany został w 1960 roku David Dacko. Ten niedawno zmarły polityk, przez dwie kadencje piastujący najwyższy urząd, zapisał się w pamięci jako przywódca dobry, lecz nieudolny. Dlatego nieuniknioną koleją losu była narastająca niecierpliwość ambitnego otoczenia prezydenta, która po sześciu latach znalazła swe ujście w zamachu stanu dokonanym przez szefa armii, generała Jeana-BédelaBokassę. Wtedy, w państwie zaczęło się coś dziać. Może nie zawsze były to zmiany na lepsze, ale trzeba przyznać, że Bokassie nie brakowało pomysłowości, ani też gestu we wprowadzaniu swych pomysłów w rzeczywistość. To dlatego, jeśli do dzisiaj trwa w pamięci Środkowoafrykańczyków wspomnienie tamtych czasów prosperity, łączy się ono z imieniem Bokassy. Tym bardziej szkoda, że kreatywność prezydenta przerodziła się że z czasem w wybujałą fantazję i chorobliwą ambicję, które utrwaliły go w przekonaniu o swej wyjątkowości. Pragnienie zapewnienia rodakom jak najdłuższego trwania swoich rządów, pchnęło Bokassę do wprowadzenia dożywotniej prezydentury, a następnie do kosztownej koronacji cesarskiej. Tego już nie przełknął sfatygowany budżet państwa, a i sama ludność coraz gorzej znosiła kaprysy władcy, wyalienowanego od rzeczywistości w jakiej żyje. Obawa przed opozycją pchnęła dyktatora do prześladowań politycznych, a przysłowiową „kropką nad i” stała się masakra młodzieży manifestującej na ulicach sprzeciw wobec wprowadzenia obowiązku nabycia zbyt kosztownych uniformów szkolnych. Był rok 1979.
Po kompromitującym rządy Bokassy raporcie Amnesty International, francuska interwencja wojskowa przywróciła republikę i prezydenta Dacko. Ten jednak nie znalazł lekarstwa na bolączki kraju i nie zdążył zagrzać miejsca na fotelu. Wkrótce znalazł się inny pomysłodawca na zażegnanie problemów, nowy generał z nowym przewrotem wojskowym – André Kolimba. Ten rządził przez jedenaście lat, wprowadzając też zgubną w przyszłości praktykę otaczania się swoimi pobratymcami z ambitnego, choć nielicznego plemienia Yakouma. Ta dysproporcja stała się zwłaszcza krzycząca w Gwardii Prezydenckiej, dotąd multietnicznej. Czynnik trybalizmu stał się faktem w polityce wewnętrznej kraju.
Rok 1993 przyniósł niespodziankę w postaci przegranych przez Kolimbę wyborów, które sam zorganizował w ramach demokratyzacji życia politycznego. Jego przeciwnik, Ange-Félix Patassé, były premier za rządów prezydenta Bokassy, wygrał dzięki żywemu w sercach ludzi wspomnieniu bokassowskiej idylli i taniej popularności, którą przyniosła mu obietnica zniesienia podatku pogłównego. Ale wyborcza „kiełbasa” nie pomogła mu w dalszym sprawowaniu rządów. W gospodarce działo się coraz gorzej, brakowało nowych inwestycji, a to, co pozostało jeszcze z czasów Francji, właśnie zaczynało się sypać. Tajemnicą poliszynela stała się korupcja elity rządzącej. Częstym zmianom w składzie rządów towarzyszył komentarz gminu o odchodzącym z posady: „On już ukradł za dużo…” . Zresztą prezydent Patassé lubił opowiadać, że lud środkowoafrykański ze swej natury jest cierpliwy i pokojowo nastawiony. Prawda ta budzi u obserwatora z zewnątrz ambiwalentny podziw nad bezkrytycznym niemal respektem, jaki ludzie żywią tutaj do przedstawicieli władzy – od sołtysa po prezydenta. Jest w tym coś z zabobonnego paraliżu. Patassé wygłaszał takie pacyfistyczne opinie o własnych poddanych nawet wtedy, gdy trwał już bunt żołnierzy. Rabowanie sklepów i drobnych przedsiębiorstw zapoczątkowało ekonomiczny krwotok, bo zniechęceni inwestorzy zagraniczni opuszczali kraj. Prezydent raz po raz tłumił zamieszki przy pomocy swej Gwardii, zdołał nawet odnieść, słabo kontestowany przez nieruchawą opozycję, sukces w ponownych wyborach. Dokonywał jednak złych wyborów politycznych. Oparł się na Libijczykach. W efekcie był coraz bardziej izolowany wśród swych sąsiadów, a obrażeni przezeń Francuzi zlikwidowali całkowicie dotychczasową obecność Legii Cudzoziemskiej w dwóch bazach na terytorium RCA. Ich wyjazd dało się odczuć natychmiast, choćby przez pauperyzację miasta Bouar na zachodzie kraju, które utworzone w 1943 wokół nowopowstałej bazy wojsk francuskich, swoją ekonomię opierało w dużej mierze na obsłudze obozu i wymianie handlowej z żołnierzami. Na poważniejsze konsekwencje tego wyobcowania trzeba było jeszcze poczekać. Ale była to tylko kwestia czasu. W maju 2001 przypomniał o sobie André Kolimba, który, wsparty przez swych przedsiębiorczych współplemieńców dominujących w kadrze oficerskiej armii, dokonał próby przejęcia władzy. Nie powiodło się, bo obok garnizonu libijskiego w sukurs przyszedł mu wezwany z drugiej strony Oubangui, nowy przyjaciel prezydenta Patassego, rebeliant z północnego Konga, Jean-Pierre Bemba. Ceną za zwycięstwo był nowy rabunek umęczonego miasta i gwałty na ludności. Nowym bohaterem dramatycznych wydarzeń stał się też głównodowodzący armii narodowej, generał François Bozizé. Miał ponoć osłonić prezydenta z narażeniem własnego życia. Z tym większym zdziwieniem została przyjęta w parę miesięcy później wiadomość, że Patassé próbował bezskutecznie aresztować swojego generała. Dotychczasowy dobroczyńca stał się nagle wrogiem? Bozizé pod osłoną karabinów wiernych mu żołnierzy wycofał się do rodzinnych stron na północy, a następnie do Czadu. I słuch po nim nie zaginął. Ludzie po cichu go żałowali i dziwili się czarnej niewdzięczności jaka go spotkała, a ten, za pośrednictwem zagranicznych mediów, odgrażał się, że przejmie władzę drogą zbrojną. I rzeczywiście tego dokonał. Dotychczasowe przewroty oznaczały kilkudniową strzelaninę w stolicy. Ale tym razem nie poszło tak prosto. 25 października 2002 roku na rogatkach stolicy wybuchły walki. Rzut oka na mapę wystarcza, by zdać sobie sprawę z paradoksalności tych zajść. Bangui leży na południu, na granicy z byłym Zairem – czyli po przeciwnej stronie kraju, patrząc od strony Czadu. Tymczasem ludzie rebelianta ukrywającego się podobno w Czadzie, wyrośli nagle w różnych punktach miasta, po całkiem bezkarnym i niedostrzeżonym przez wojsko rządowe przebyciu kilkuset kilometrów od granicy! Sprawdzony już wcześniej scenariusz z Kolimbą powtórzył się. Patasségo bronią Libijczycy i przybyli wkrótce Kongijczycy Bemby. To nowa okazja do rabunku i gwałtów. Po paru dniach ludzie Bozizé musieli się wycofać ze stolicy, ale tym razem działania wojenne stopniowo ogarnęły całą północną prowincję. I taka sytuacja okupacji i wzajemnych podchodów trwała przez kilka miesięcy. Oznaczała nie tyle ciężkie walki, co bezkarny rabunek przez żołnierzy tego wszystkiego, co ma jakąś wartość. Na pierwszy ogień poszły misje katolickie i protestanckie z ich szpitalami i szkołami, jak również siedziby paru organizacji pozarządowych realizujących projekty na rzecz rozwoju kraju. Potem zbrojni rozpoczęli poszukiwania majętnych ludzi. Ich pastwą padły sklepy oraz stada krów, należących nie tylko do nomadów Mbororo, lecz i tych trzymanych w wioskach do orki, co doprowadziło o upadku uprawy bawełny, która stanowiła podstawę ekonomii regionu. 15 marca następnego roku, rebelianci wkroczyli do Bangui, by w fotelu prezydenta posadzić tam Bozizé, nowego „samozwańczego” prezydenta, jak kąśliwie powtarzały to stacje zagraniczne. Przejęcie władzy przez zwycięskiego wodza rebelii, nie oznaczało bynajmniej końca problemów. Zmiana nazwy z „rebeliantów” na „liberatorów” nie przekreśliła faktu, że kraj został przez nich ogołocony. Już po wygranej, „wyzwoliciele” połakomili się jeszcze na bazę japońskiej firmy Kadjima, kładącej asfalt na drodze do Kamerunu. Po tym ataku w żadnej części kraju nikt już nie mógł czuć się bezpiecznie. Na drogach i w wioskach rozpanoszył się bandytyzm, co skutecznie zniechęciło ludzi do przemieszczania się i angażowania w cokolwiek. „Totalna bezkarność” – tak podsumował sytuację wewnętrzną kraju raport misji Międzynarodowej Federacji Ligi Praw Człowieka. – „Zapomniani i napiętnowani – podwójne cierpienie ofiar zbrodni w RCA”. W maju 2005 roku, Bozizé odniósł w drugiej turze wyborów zdecydowane zwycięstwo nad Martinem Ziguélé, nieformalnym dziedzicem elektoratu obalonego prezydenta Patassego. Zrealizowanie „snu o potędze” nie było jednak łatwe. Sytuacja ekonomiczna kraju pozostawała wciąż katastrofalna o czym świadczą liczby. Właściwie taki twór państwowy jak RCA, który nie potrafi nawet zarobić na utrzymanie swych struktur, ale żebra za granicą o „pożyczki bezzwrotne”, nie powinien mieć prawa do istnienia. Prezydent, który sam doszedł do władzy drogą puczu, przez długi czas nie chciał publicznie przyznać, że na północy kraju odrosła hydra trzech nowych rebelii skierowanych przeciw niemu. Najgroźniejsza była ta na północnym-wschodzie, bo przelewała się z kotła ważącego się w Darfurze. Jej postępy zahamowała pomoc samolotów francuskich. Tak jak kiedyś, za pośrednictwem Czadu, Francja…