Subskrybuj

Spóźnione wiadomości

Wiedza o terminie zamierzonej inwazji na Irak i świadomość tego, jak funkcjonują media, mogłyby jakiemuś drobnemu a wrednemu despocie z egzotycznego kraju znakomicie ułatwić zaplanowanie eksterminacji mniejszości etnicznej. Bo w czasie amerykańskiego ataku agencje informacyjne nie miałyby po prostu środków ludzkich, żeby się tym zajmować. Strasznie to brzmi, ale rzeczywiście tak media funkcjonują.

Czy dzięki mediom czuje się Pan dobrze poinformowany o tym, co się dzieje w świecie?

Chciałbym wiedzieć więcej, ale napotykam kilka barier. Choćby taką, że nie jestem w stanie wchłaniać informacji na temat wszystkiego, co się dzieje w świecie. Żyje nas na ziemi trochę ponad sześć miliardów i rozmaitych konfliktów, napięć i dramatów jest na całym globie nieskończone mrowie. Jednak sporo informacji trafia do publicznego obiegu. Przez wiele lat śledziłem brytyjski sposób informowania o wydarzeniach zagranicznych i na podstawie tych informacji jakiś obraz świata potrafiłem sobie budować. Ale, rzecz jasna, jesteśmy dzisiaj skazani na fragmentaryczność.

Idealnym odbiorcą i nadawcą programu dającego całościowy obraz wydarzeń mógłby być chyba tylko Pan Bóg. Ale zdaje się, że akurat On nie jest tym zajęciem zainteresowany…

Czy dominujące media elektroniczne, telewizja i Internet, są w stanie przekazać każdego dnia więcej niż wyrywkowy obraz planety?

Jako klient mediów zgadzam się na niekompletność obrazu i dlatego interesujących mnie wiadomości, których nie znajduję w popularnych serwisach, poszukuję na własną rękę.  Wybieram pewne witryny internetowe, którym ufam i które pozwalają mi śledzić wydarzenia w odległych częściach świata – zwłaszcza w krajach interesujących mnie szczególnie, takich jak Birma czy Indonezja. Informacje przedostają się do głównych serwisów dopiero wtedy, gdy stają się sprawami o naprawdę dużym zasięgu. Z kolei jako odbiorca najpowszechniejszych programów informacyjnych zakładam, że redakcje dbają o hierarchizację przekazu i podają faktycznie rzeczy ważne. Ale, oczywiście, ponieważ jako tako znam media od podszewki, czyli od strony produkcji, zdaję sobie sprawę z tego, że istnieją  pewne pozamerytoryczne parametry wpływające na proces doboru wiadomości.

Czy ostatecznie mam poczucie, że docieram do rzeczy najważniejszych? Tak, chociaż o niektórych sprawach wszyscy dowiadujemy się z opóźnieniem. Na przykład problem w Darfurze* rozwijał się co najmniej od początków 2003 roku, aż wreszcie dziennikarze dotarli na miejsce, zobaczyli na własne oczy, co się dzieje, i zaczęli alarmować opinię publiczną. Ale to stało się dopiero wiosną roku 2004.

Z innej perspektywy

A przyjeżdżając do Polski, nie ma Pan poczucia, że wpada w czarną dziurę informacyjną?

Przyznaję, że w ostatnich latach odczuwam niedosyt. Długo pracowałem w instytucji, która specjalizowała się w informowaniu o sprawach międzynarodowych, od lat mieszkam na stałe w Wielkiej Brytanii, a to na pewno zmienia moją perspektywę. Odnoszę wrażenie, że polskie serwisy są wręcz przeładowane wydarzeniami krajowymi, które z perspektywy zagranicy wydają się wątpliwej wagi. Wystarczy wspomnieć, że polskie media nie tak dawno temu pasjonowały się aferami seksualnymi polityków z koalicji. Rozumiem, to jest nośne i dobrze się „sprzedaje”, odbiorcy chcą sensacji, ale próba ograniczenia obrazu świata do takich tylko zjawisk żenowała mnie, a podejrzewam, że nie byłem tutaj wyjątkiem.

Od lat 80. współtworzył Pan, później także wydawał, radiowy Reflektor BBC, który zniknął z anteny w grudniu 2005 roku i nie został zastąpiony w Polskim Radiu podobnym magazynem. Był to program specyficzny, bo przygotowywali go Państwo dla Polaków, jednak patrząc na wszystko z dystansu przestrzennego – z londyńskiego studia polskiej sekcji BBC. Jak widzieli Państwo swoje zadanie na polskim rynku mediów?

W latach PRL-u odbieraliśmy z kraju sygnały, że istnieje nisza, którą możemy wypełnić, a nasza praca ma sens. Zespół czuł wyjątkowość zadania, jakim było pokazywanie zdarzeń z perspektywy wolnego świata. Wkładaliśmy także wiele wysiłku w utrzymanie stylu niewątpliwie odróżniającego BBC na przykład od Radia Wolna Europa.

Nadawali Państwo Reflektor jeszcze przez 15 lat po zmianie ustroju. Dlaczego był potrzebny tak długo?

Wśród moich kolegów pojawiały się wątpliwości, czy po 1989 roku nasza misja jest w ogóle do utrzymania. Sam należałem do grupy, która uważała, że tak. Przypominam sobie satyryczny tekst Jacka Fedorowicza zawierający charakterystyki różnych rozgłośni zagranicznych. BBC określił jako tę, która podawała Polakom informacje dla nich najmniej albo w ogóle nieinteresujące… Coś w tym było. Na przykład Radio Wolna Europa skupiało swój serwis zdecydowanie na wydarzeniach polskich, a BBC zawsze próbowało powiedzieć coś o Republice Południowej Afryki, Pakistanie albo innym odległym zakątku kuli ziemskiej. Może z racji postkolonialnego oglądu świata przez Londyn? Ale to, paradoksalnie, można było uznać właśnie za naszą siłę. Pamiętam, że dużą popularnością cieszył się nasz program Nie tylko Europa, dotyczący właśnie tych mniej „widocznych” w mediach miejsc globu.

Ale to Reflektor był uznawany za sztandarowy program tej redakcji. Niegdyś nazywał się Reflektorem po świecie, później ktoś wpadł na pomysł, że bardziej medialnie będzie brzmiał Reflektor BBC. Zastanawialiśmy się, jak przetrwać na zmieniającym się szybko polskim rynku medialnym, i w pewnym momencie została podjęta decyzja o retransmisji programu na antenie rozgłośni regionalnych Polskiego Radia. Oczywiście jak w każdej współpracy tego typu zdarzały się tarcia, wewnętrzne naciski, bo niektórzy koledzy z rozgłośni regionalnych chcieli czas antenowy inaczej zagospodarować. Jedna z rozgłośni się wycofała, inna groziła zerwaniem umowy, alenadawaliśmy program aż do rozwiązania polskiej sekcji przez władze BBC. Nie mnie oceniać, czy nas dziś brakuje. Programy zmieniają się cały czas, pojawiają się nowe – kilkoro moich dawnych kolegów z BBC(między innymi Maria Przełomiec i Marek Cajzner) uruchomiło w TVP programy o tematyce międzynarodowej, myślę tu o StudiuŚwiat i Studiu Wschód. Z pewnością doświadczenia wyniesione przez tych ludzi z BBC, ich wrażliwość ukształtowana przez lata pracy w tamtej firmie w naturalny sposób przenikają do nowych programów.

Oczywiście w tym samym czasie także w polskich mediach wyrośli dziennikarze, którzy interesowali się rozmaitymi odległymi częściami świata, stawali się specjalistami, wykonywali dobrą, solidną robotę. Myślę tutaj choćby o nieżyjącym Waldemarze Milewiczu, który bodaj pierwszy w Telewizji Polskiej pokazywał konflikty – między innymi konflikt izraelsko-palestyński – z punktu widzenia cywilnej ludności, jej problemów i trudów codziennego życia. To przybliża świat i dlatego jest szalenie ważne. Takie podejście do tematu w polskich mediach stało się, w moim odczuciu, częstsze po 1989 roku.

W “stadzie” i poza “stadem” 

Oto news z ostatnich miesięcy – informacja o jednej z tzw. celebrities, córce amerykańskiego multimilionera, Paris Hilton…

Ach, Paris Hilton! W Internecie krążył kilkuminutowy fragment amerykańskiego serwisu informacyjnego telewizji MSNBC, nadawanego na żywo. Prezenterka, notabene córka Zbigniewa Brzezińskiego, miała przeczytać na wizji informację o wyjściu z więzienia Paris Hilton. Dziennikarka bierze kartkę z zapowiedzią do ręki, nagle zaczyna się śmiać i mówi: „Ja tego nie przeczytam!”. Robi się zamieszanie w studiu, współprowadzący wyrywa jej kartkę, ona jeszcze próbuje ją podpalić. Z powodu owego incydentu Mika Brzezinski straciła potem pracę…

To cudowna puenta pytania, które nie padło, a miało dotyczyć tego, że w Polsce, gdzie nazwisko Paris Hilton bardzo wielu osobom nic nie mówi, podaje się tę informację jako jedną z ważniejszych w serwisie.

Dlatego że wszystkie zachodnie media o tym mówią. Media amerykańskie funkcjonują w stadzie, ale zachodnioeuropejskie też wpadły w tę pułapkę. Całkiem niedawno mieliśmy tego przykład. Brytyjskiemu małżeństwu podczas urlopu w Portugalii zaginęła córeczka. Straszne zdarzenie, ale… Wiadomości BBC przez kilka dni zaczynały się od słów: „Łączymy się na żywo z…”, tu nazwa jakiejś wioski portugalskiej, „policja prowadzi do miejsca, gdzie zaczęto kopać”, i tak dalej… Coś niebywałego! Zorganizowano rodzicom specjalną audiencję u Papieża. W tym samym czasie na świecie działy się naprawdę dramatyczne rzeczy, toczyły się ważkie z politycznego punktu widzenia i ze względu na skalę konflikty, a wiadomości o nich były spychane w hierarchii informacji w dół. Prawdopodobnie nawet nie trafiały do obiegu publicznego, właśnie z powodu śledztwa w sprawie dziewczynki. Serwisy informacyjne mają zamknięte ramy czasowe: jeśli zaginięciu poświęca się dziesięć minut, oznacza to, że z dwudziestominutowego programu na wieści z innych stron świata pozostaje już tylko minut siedem, bo trzy ostatnie zajmuje lekki materiał i pożegnanie.

A zatem jesteśmy skazani na, nazwijmy to okrutnie, sztampę agencyjną, na „stadność” mediów?

To bardzo poważny problem, bo właściwie nie ma instytucji medialnych, które dysponowałyby siecią korespondentów absolutnie na całym świecie i wiedziałyby o wszystkim, co się dzieje. Ani nie ma wspaniałych „nadredaktorów”, którzy ogarnialiby cały ten materiał i bezbłędnie hierarchizowali. To tak nie działa.

Na przykład w BBC – bo tę stację, a  przynajmniej jakiś jej wycinek, poznałem od środka – istniała wprawdzie spora sieć korespondentów stałych albo tzw. stringerów, czyli współpracowników, ale przecież i tak podlegaliśmy presji rynku. Większość dziennikarzy i redaktorów dysponuje wykupywanymi przez ich macierzyste media serwisami informacyjnymi różnych agencji. W BBC zwracaliśmy szczególną uwagę na doniesienia Reutera i Associated Press. Bo w środowisku dziennikarskim wie się, komu w czym można ufać. Choćby Agence France Presse ma od wielu lat znakomitego obserwatora wydarzeń na Sri Lance. Więc jej serwis śledzą ci, którzy chcą na bieżąco wiedzieć wszystko o konflikcie Tamilów z Syngalezami. Media to labirynt, po nim trzeba umieć się poruszać, trzeba znać tajemne przejścia. Pewnie dopiero wieloletnia praca w branży, kontakty dziennikarskie i dodatkowo wielokrotne sprawdzanie informacji sprawiają, że coś o świecie wiemy.

Proszę jeszcze pomyśleć o przeciętnym odbiorcy… 

Nie rozpaczałbym tak nad przeciętnym odbiorcą. Owszem, kiedy dowiadywaliśmy się o czymś zbyt późno, jako przeciętni odbiorcy czuliśmy się odrobinę odpowiedzialni czy winni za to, co się działo – wszyscy przegapiliśmy coś ważnego. Na przykład zbrodnie Pol Pota w Kambodży w latach 70.  Świat długi czas był obojętny, a potem stała się rzecz dziwna: w pewnym sensie rozwiązanie przyniosła inwazja innego państwa, komunistycznego Wietnamu. Sytuacja była jednak nadal napięta, a nawet powodowała kontrakcje Stanów Zjednoczonych. I dochodziło do absurdów, bo na przykład w pewnym momencie Amerykanie poparli resztki Czerwonych Khmerów – przeciwko Wietnamczykom. Tak samo było w latach 80. ze spóźnioną informacją na temat klęski głodu we wschodniej Afryce (Etiopia, Somalia). Tu nawet wrażliwi muzycy rockowi wyprzedzili w działaniu polityków – myślę choćby o koncercie Live Aid – gotowi zainwestować swój czas, energię, umiejętności po to, żeby jakoś zmniejszyć ten dramat.

Czy zdarza się, że dziennikarz pozostaje sam z wiedzą o tragedii, bo jakieś naciski decydują o niepodawaniu tej informacji w serwisie? 

Pytanie brzmi: jaką pozycję w redakcji ma ów korespondent? BBC stosuje zasadę nakazującą w pierwszej kolejności wierzyć własnemu wysłannikowi znajdującemu się na miejscu zdarzeń. Na placówki wysyła się ludzi już doświadczonych, których się darzy zaufaniem i którzy spełniają standardy etyczne wyznaczone przez korporację, dla jakiej pracują. Kiedy dziennikarz obserwuje konflikt, dajmy na to, w Timorze Wschodnim, jest w stanie przekonać swojego redaktora, że to bardzo ważna sprawa z uwagi albo na kontekst regionalny, albo na szerszy humanitarny wymiar tego, co się dzieje. Jednocześnie ten korespondent powinien zdawać sobie sprawę z własnych ograniczeń, bo czasem nawet to, co widzimy na własne oczy, może okazać się łudzące. Mogę tu podać przykład: wiosną 1993rokuw Londynie znalazłem się blisko wybuchu bardzo dużej bomby. Ponieważ widziałem szyby wylatujące z budynku obok (a odłamki szkła leciały w moją stronę), mój pierwszy wniosek był taki: bomba musiała eksplodować tam w środku. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak wielkie podciśnienia tworzą się podczas potężnych eksplozji pomiędzy zabudowaniami miejskimi. Szkło jest dosłownie wysysane na zewnątrz. W rzeczywistości wybuchł wtedy ładunek w ciężarówce zaparkowanej jakieś 200 metrów od miejsca, w którym się znajdowałem. W ten sposób naocznie przekonałem się, jak ważne jest to, żeby w naszej pracy czasem kwestionować nawet wrażenia własnych zmysłów.

Pamiętam, że – również w polskich mediach – znani dziennikarze, specjalizujący się w wydarzeniach zagranicznych, początkowo bagatelizowali znaczenie konfliktu w Darfurze. Ktoś posiadał pewną wiedzę o Sudanie, a jednak intuicja kierowała go na niewłaściwy trop. Bo to także kwestia oceny sytuacji przez dziennikarza. Jeżeli ktoś jedzie za granicę i trafia na konflikt, staje się jego naocznym świadkiem. Ale czy jest w stanie ocenić skalę zjawiska? Jeśli było się tylko w jednej spalonej wiosce, a nie ma już czasu, by jechać dalej, bo trzeba wracać i pisać tekst, nie ma się pojęcia o tym, że takich wiosek czy obozów może być jeszcze dwadzieścia pięć. Dziennikarz ponosi więc ogromną odpowiedzialność za przekaz i powinien sobie zdawać sprawę z własnych ograniczeń. Powinien informować swoich odbiorców o tych ograniczeniach, a także o konieczności weryfikacji doniesień, bo przecież w sytuacjach konfliktowych wszystkie strony starają się przekonać innych właśnie do swojej racji. Konieczne jest dbanie o wiarygodność relacji.

Oczywiście to nie dotyczy spraw ewidentnych, takich jak oglądanie na własne oczy egzekucji… Świętym obowiązkiem nie tylko dziennikarza (choć jego w szczególności), ale także każdego człowieka, jest próba zaalarmowania świata o dokonanej zbrodni. Dla nas zaś to kwestia misyjności tego zawodu.

Czy relacja korespondenta BBC nie musi być potwierdzona przez inne źródła?

Niekoniecznie, ale wysłannik ma obowiązek czerpać swoją wiedzę z co najmniej dwóch niezależnych źródeł, choć są oczywiście sytuacje, w których ten wymóg nie jest przestrzegany.O źródłach dziennikarz zazwyczaj informuje swoich przełożonych, którzy oceniają ich wiarygodność i podejmują, rzecz jasna, ostateczną decyzję o emisji materiału. W 1995 roku relacjonowałem z Polski obchody 50-lecia wyzwolenia obozu w Auschwitz. Odbywał się wielki zjazd głów państw i szefów rządów, padały bardzo ważne deklaracje. Na uroczystości przyjechał także rabin Weiss z Nowego Jorku, który chciał wykorzystać obecność mediów do nagłośnienia swych radykalnych poglądów. Każdy ma prawo do głoszenia własnych sądów, ale zagraniczne agencje niesłychanie podkreślały znaczenie jego wystąpień, robiły sensację z bardzo niewielkiej w gruncie rzeczy sprawy, która urastała do rangi ważnego wydarzenia. W ten sposób umykała istota obchodów, o co właśnie rabinowi Weissowi chodziło. Pamiętam, że wtedy w dyskusji z redakcją uparłem się, że to moja, a nie Reutera czy innych agencji, wersja wydarzeń jest prawdziwa, a rzecz była naprawdę drażliwa.

Czy BBC uwierzyło Panu?

Tak, uwierzyli mi.

A jeśli mamy dostęp tylko do informacji agencyjnych? Wspominałem…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Milczenie świata. Mass media wobec ludobójstwa