Wiadomą jest rzeczą, że chrześcijanie pierwszych pokoleń tym różnili się od swoich pobratymców żydowskich, iż uważali Jezusa z Nazaretu za Mesjasza Bożego, Syna Bożego, Pośrednika między nimi a Bogiem i Sprawcę zbawienia. Wierzyli, że wraz z Nim rozpoczęły się zapowiadane czasy mesjańskie i że dzięki Niemu mogą żyć w królestwie mesjańskim na ziemi, a po śmierci zmartwychwstaną do życia w królestwie Bożym. Kto w to nie wierzył, traktował Jezusa już to za wichrzyciela, już to za założyciela nowej sekty w łonie judaizmu, już to – w najlepszym razie – za dobrego rabbiego, który został skazany na śmierć i na tym się skończyło.
Chrześcijanie próbowali jakoś pojąć to, w co wierzyli, wytłumaczyć sobie i innym, jak to możliwe. Na gruncie tradycji judaistycznej, wychowani w niej ludzie, którzy zostawali chrześcijanami (zwano ich przez to judeochrześcijanami), wyobrażali sobie Jezusa jako największego z aniołów, który zstąpił z siódmego nieba, mieszkania Boga i objawił się jako człowiek. Najbardziej jednoznacznym dokumentem taką teorię potwierdzającym jest tak zwane Wniebowzięcie Izajasza (zob. Apokryfy Nowego Testamentu, t. III). Wierni zakorzenieni w radykalny monoteizm nie potrafili zdobyć się na więcej bez popadnięcia w bluźnierstwo wyznawania dwóch Bogów. W ten sposób jednak niejasne stawało się też człowieczeństwo Jezusa: czy ten Jezus był naprawdę człowiekiem, czy tylko tak się wydawało, gdyż w rzeczywistości był kimś znacznie większym, znaczniejszym od aniołów? Problem był widać poważny, skoro znalazł odbicie u świętego Pawła. W Liście do Filipian (por. 2, 6-11) napisał on o Jezusie – być może przytaczając cudzy hymn o Nim, za czym zdaje się przemawiać poetycka forma tekstu – że „ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stając się podobnym do ludzi. A w zewnętrznej postaci uznany za człowieka, uniżył samego siebie”. Czytelnik Pawła z powodzeniem mógł sobie wyobrażać, że w takim razie człowieczeństwo Jezusa było pozorne: że na niby się urodził, na niby odczuwał głód czy jadł, na niby też cierpiał i umarł, a w konsekwencji na niby też zmartwychwstał, bo tylko „w zewnętrznej postaci uznany był za człowieka”. Oczywiście, wymagało to lektury wysoce selektywnej, gdyż Paweł wielokrotnie i na różne sposoby stara się wykazać prawdziwość – przede wszystkim – śmierci i zmartwychwstania Jezusa, ale przecież selektywność w przyjmowaniu czegokolwiek do wiadomości jest cechą ludzką, nader często występującą.
Również wśród bezpośrednich adresatów Ewangelii kanonicznych zapewne byli tacy, którzy mieli trudności z zaakceptowaniem prawdziwości pełnego człowieczeństwa Chrystusa, skoro ich autorzy kładą na to tak wielki nacisk. Mówią, że Jezus bywał głodny, zmęczony, że czasem się denerwował, że miał przyjaciół, których faworyzował, że się bał i doświadczał pokus.
Mimo wszystko jednak judeochrześcijanom łatwiej było zaakceptować prawdziwe człowieczeństwo Jezusa niż pełnię Jego bóstwa. Nie tak było z chrześcijanami wychowanymi w kulturze greckiej. Byli oni bowiem przyzwyczajeni do pojmowania rzeczywistości duchowej jako dobrej, a materii jako gorszej; w ich mitach świat nie powstał na skutek wolnej decyzji stwórczej najwyższego Boga, ale wskutek różnych kataklizmów. Najmodniejsza filozofia w późnym antyku, czyli platonizm, postulowała koncepcję człowieka jako duszy w ciele: duszy nieśmiertelnej i wiecznej, która znalazła się w takim, a nie innym ciele za karę. O niczym innym też nie powinna marzyć, jak o wyzwoleniu się z tego ciała w jakikolwiek dostępny sposób. Przyjęcie do wiadomości, że Jezus jako Syn Boży mógł przyjąć prawdziwą ludzką cielesność, było dla tych chrześcijan trudne. Z własnej mitologii znali przypadki bogów, którzy przybierali ludzką postać, ale tylko postać: nie stawali się prawdziwymi ludźmi, tylko tak wyglądali.
Wygląda na to, że jedną z pierwszych opinii o Jezusie, jakie krążyły wśród pobożnych ludzi, którzy za wszelką cenę starali się podkreślać wielkość Jezusa, wspaniałość i heroizm, a z drugiej strony nie mieściło im się w głowie, że mógł On odczuwać jakiekolwiek ludzkie pragnienia czy słabości, był właśnie taki pogląd, który redukował Jego człowieczeństwo do zjawiska i pozoru. I to nie tylko po zmartwychwstaniu, ale przez całe ziemskie życie. Około roku 110 Ignacy, biskup Antiochii, pisał o Jezusie w Liście do Kościoła w Smyrnie: „Naprawdę cierpiał, jak i naprawdę zmartwychwstał, a nie jak mówią niektórzy niewierni, że wydawało się tylko, że cierpiał. To raczej oni nie istnieją, tylko tak im się wydaje, i tak jak myślą, tak im się też stanie: pozostaną bezcieleśni i podobni do demonów”. „Wydawać się” to po grecku dokein i stąd pogląd taki nazywa się doketyzmem. Ignacy zdaje się kpić ze zwolenników takiego myślenia: skoro według nich Chrystus nie istniał jako prawdziwy człowiek, tylko tak się wydawało, to może i oni nie istnieją naprawdę, tylko tak się wydaje.
Największymi doketami, jeśli tak można powiedzieć, byli gnostycy, wyznawcy skrajnego dualizmu. Według nich materia, a więc i ludzkie ciało, jest dziełem Demiurga, czyli Stwórcy, który nie jest najwyższym Bogiem, ale kimś niższym, niedoskonałym, może i sprawiedliwym, ale nie dobrym ani kochającym. Zbawienie miałoby polegać na oderwaniu się od tej materii, nie o zbawienie człowieka bowiem chodzi, ale tylko o wydobycie z więzienia materii cząstek Bożej substancji, jaka znajduje się w tych, którzy są przeznaczeni do zbawienia. Wyobrażali więc sobie, że Jezus Chrystus nie miał prawdziwego ciała ani prawdziwie nie cierpiał, ani nie umarł, a przekaz o Jego powstaniu z martwych jest figurą retoryczną mającą oznaczać wyjście z materii.
Wydaje się, że poglądy dokeckie uległy wzmocnieniu w kontekście czwartowiecznych dyskusji związanych z herezją ariańską. Bez wchodzenia w skomplikowane szczegóły, powiedzmy tylko, że w gruncie rzeczy arianizm propagował opinię, iż Syn Boży nie jest prawdziwym Bogiem, ale najważniejszym z Bożych stworzeń, pierwszym i najwspanialszym. Obrońcy ortodoksji, czyli wiary w Chrystusa, Syna Bożego i Boga, z ogromnym samozaparciem i nie szczędząc pergaminu, bronili swej wiary, dowodzili prawdziwości bóstwa Jezusa z takim naciskiem, że umknął im w polemice fakt Jego prawdziwego człowieczeństwa. Podkreślano, co prawda, realność ciała Chrystusa, ale już co do Jego ludzkiej duszy – element antropologiczny absolutnie podstawowy dla wszystkich Greków i Rzymian – opinie…