Subskrybuj

Jaka przyszłość dla Kosowa?

14 listopada, na kilka dni przed wyborami powszechnymi w Kosowie redakcja „Znaku” oraz Instytut Badań nad Cywilizacjami zorganizowały w Rzeszowie dyskusję nt. przyszłości tej prowincji i całych Bałkanów. Poniżej prezentujemy obszerne fragmenty rozmowy.

MARCIN ŻYŁA: Zacznijmy od przypomnienia kilku faktów. W świadomości wielu Serbów Kosowo jest historycznym ośrodkiem ich średniowiecznego królestwa, swoistą kolebką serbskiej państwowości. Tam lokowano średniowieczne klasztory prawosławne, tam też w 1389 roku rozegrała się bitwa na Kosowym Polu, która zadecydowała o kilkusetletnich rządach Turcji na Bałkanach. W następnych stuleciach stopniowo przybywało w Kosowie ludności muzułmańskiej – pod koniec XIX w. osiągnęła ona liczebną przewagę nad Serbami. Socjalistyczna Jugosławia w 1945 r. przyznała prowincji autonomię. Cofnął ją Slobodan Milošević, którego wojsko i policja pod hasłem obrony praw Serbów, prześladowały w latach 90. albańską większość. W reakcji na politykę Miloševicia, w 1999 roku NATO przeprowadziło trwające kilka miesięcy bombardowania Jugosławii. Rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 1244 wyłączyła Kosowo spod administracji Belgradu powierzając zarządzanie prowincją wspólnocie międzynarodowej. Choć nasza rozmowa dotyczyć ma obecnej sytuacji w Kosowie, nie sposób pominąć aspektu historycznego i mitów z nim związanych…

ADAM BALCER: W debacie na temat Kosowa obie strony od wielu lat manipulują historią, w rezultacie czego niektóre mity bywają rozpowszechniane przez światowe media. Uściślijmy: miejscem gdzie w XII wieku powstało państwo serbskie, był region Raszka w Sandżaku – krainie między Bośnią i Kosowem – i to tam znajdują się najstarsze serbskie klasztory. Kosowo stało się ważne w historii Serbii dużo później, w okresie jej największej świetności, czyli w XIV w. Serbia „przesunęła się” w tym czasie na południe, czego dowodem było przeniesienie siedziby patriarchatu do miejscowości Peć w Kosowie, jeszcze pod koniec XII wieku.

W serbskiej mitologii narodowej funkcjonuje mit bitwy na Kosowym Polu. Jednak poważni historycy, jak Olga Zirojević czy Miodrag Popović  pokazują, że większe znaczenie dla losów Serbii miały bitwy pod Maricą i  Nikopolis – natomiast Kosowo Pole stało się istotnym motywem w epice ludowej, który potem, w okresie postawania nowoczesnego nacjonalizmu serbskiego, został po prostu skodyfikowany.

Kolejna kwestia to rola Kosowa w mitologii albańskiej – stąd to dzisiejsze napięcie i problem ze znalezieniem kompromisu. Albańczycy uważają się za potomków Ilirów, indoeuropejskiego ludu mieszkającego na Bałkanach przed przybyciem Słowian. Mit ciągłości – wiara, że współczesny Albańczyk jest potomkiem starożytnego Ilira i przez cztery tysiące lat nie doszło w tym względzie do żadnych poważnych zmian – ma, oczywiście, ogromną wagę, bo oznacza, że to Albańczycy byli pierwsi: pojawili się w Europie przed Serbami. Trudno udowodnić, że przekonanie o etnogenezie iliryjskiej jest prawdziwe – nie zachowały się bowiem żadne teksty w języku illiryjskim.  Istnieją także naukowcy, którzy uważają, że język i etnos albański wywodzi się od Traków, ludu, który sąsiadował z Ilirami. Kosowo było regionem pogranicznym, iliryjsko-trackim.  Mit iliryjski jest niezwykle istotny dla Albańczyków z Kosowa, którzy coraz częściej określają się mianem Kosowarów. Stąd bierze źródło popularność nazw iliryjskich – na przykład nazwy królestwa Ilirów, Dardanii. W Kosowie istnieje na przykład partia o nazwie Liga Demokratyczna Dardanii, a były prezydent Ibrahim Rugova chciał, żeby po uzyskaniu niepodległości kosowskie państwo nazywało się właśnie Dardania.

W XVII stuleciu wiele postaci związanych z Kosowem miało wpływ na rozwój literatury albańskiej, m.in. katolicki arcybiskup Pjetër Bogdani, o którym pisał swój doktorat w Paryżu sam Ibrahim Rugova. W wieku XIX Kosowo stało się centrum rozwoju albańskiego ruchu narodowego. Tam powstała w 1878 roku Liga Prizreńska, tam znajdowało się polityczne centrum albańskiego odrodzenia narodowego.

MŻ: Tak zwany „plan Ahtisaariego”, który de facto zarekomendował niepodległość Kosowa, został odrzucony przez Serbię i popierającą ją Rosję. Ostatnią dyplomatyczną deską ratunku miały być negocjacje tzw. „troiki” – przedstawicieli Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych i Rosji – z władzami w Belgradzie i Prisztinie, które zakończą się 10 grudnia. Przez wielu analityków dzień ten uważany jest za niemal pewną datę ogłoszenia przez Kosowo niepodległości. Czy rzeczywiście nie ma już odwrotu od niepodległości Kosowa?

ADAM BALCER: Minister spraw zagranicznych Francji Bernard Kouchner szanse na kompromisowe rozwiązanie kwestii Kosowa określił na ok. 10 procent.  Moim zdaniem Kouchner jest dużym optymistą. Dziesiąty grudnia to tylko data końca negocjacji. Przedstawiciele „troiki” muszą przygotować raport, muszą go przedstawić sekretarzowi generalnemu ONZ, następnie będzie on przedmiotem debaty między Unią Europejską, Stanami Zjednoczonymi i Rosją.  Potem  „troika” musi się spotkać i podjąć decyzję co do przyszłości. Napisanie wspólnego raportu – szczególnie części dotyczącej rekomendacji, tego co robić dalej – nie będzie sprawą łatwą. Możliwy jest następujący scenariusz: w styczniu dojdzie do omówienia raportu negocjatorów, nie można też wykluczyć kolejnej rundy negocjacji. Bardzo dużo w tym względzie zależy od Unii Europejskiej.

Stanowiska są następujące: kosowscy Albańczycy uważają, że Kosowo powinno być niepodległe – ten pogląd popierają Stany Zjednoczone. Belgrad opowiada się za reintegracją Kosowa z Serbią i przyznaniem mu bardzo szerokiej autonomii. Wśród członków Unii Europejskiej istnieją pewne różnice. Grecja, Cypr, Słowacja, Rumunia i Hiszpania są sceptycznie nastawione wobec niepodległości Kosowa. Wielka Brytania, Niemcy, Włochy, Francja i Polska uważają, że „mniejszym złem” jest niepodległość Kosowa, natomiast, w odróżnieniu od Amerykanów, są nieco bardziej koncyliacyjnie nastawieni do stanowiska Rosji. Stanowisko Rosji, można określić (parafrazując Jurka Owsiaka)  słowami: „negocjacje powinny trwać do końca świata i jeden dzień dłużej” – do momentu, w którym zostanie osiągnięty jakiś kompromis. Zdaniem Moskwy tylko takie rozwiązanie, które będzie mogło uzyskać akceptację obydwu stron, powinno zyskać poparcie Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Uważam, że jest to założenie nierealne. Zachód słusznie uznał, że najmniejszym złem, a zarazem najbardziej realnym rozwiązaniem – choć nie idealnym – jest nadzorowana międzynarodowo niepodległość Kosowa. Byłaby to też najmniejsza zmiana status quo w porównaniu z obecną sytuacją. Od roku 1999 minęło już ponad osiem lat. Przez ten czas Zachód nie podjął żadnych działań na rzecz reintegracji Kosowa z Serbią. Kosowo stało się de facto państwem. Kiedy rozmawia się z serbskimi intelektualistami, wielu z nich przyznaje – off the record, rzecz jasna – że Kosowo jest poza kontrolą Serbii. W Serbii dominuje przekonanie, że optymalnym wobec tego rozwiązaniem byłby podział Kosowa.

Moim zdaniem niepodległość Kosowa jest najmniejszym złem z tego powodu, że ewentualna reintegracja Kosowa z Serbią mogłaby być przeprowadzona wyłącznie w jeden sposób: zbrojnie. Zrobiłyby to siły serbskie albo NATO. Po czystkach etnicznych w 1999 roku Albańczycy nigdy nie zaakceptują powrotu pod kontrolę Belgradu. Taka reintegracja, patrząc pod kątem bezpieczeństwa regionu, byłaby bardzo niebezpieczną operacją, dużo bardziej niebezpieczną niż skutki niepodległości Kosowa.

MŻ: A jak to wygląda z punktu widzenia Belgradu?

WOJCIECH STANISŁAWSKI: Zgadzam się z Adamem Balcerem co do tego, że faktyczna suwerenność Kosowa od Belgradu jest czymś, co „staje się” na naszych oczach. Zagrożenie zbrojną interwencją serbską ma charakter wyłącznie „medialny”. Tego ryzyka nie ma.

Adam odwołał się do przeszłości, do tego jak powstawały mity. Ja odwołałbym się do przyszłości, do tego czego rzeczywiście możemy się obawiać. Psychologia społeczna zna wielu przypadków, kiedy to, co „subiektywne”, pod wpływem odpowiednio wytrwałej perswazji staje się „obiektywnym”. Niezależnie od tego jak fikcyjne byłyby mity Dardanii czy kosowskiej ofiary księcia Lazara, kiedy już staną się elementem świadomości – zaczynają istnieć i działać.

Jak utrata Kosowa wygląda z perspektywy Belgradu? Zacząłbym o kwestii czysto politycznych. Za kilka tygodni również w Serbii odbędą się wybory prezydenckie. Partia nacjonalistyczna jest w pojedynkę za słaba, żeby osiągnąć przewagę, ale wciąż jeszcze niepokojąco silna, o wiele silniejsza niż innych krajach regionu – w znacznej mierze za sprawą siły mitu Kosowa i bardzo subiektywnego, serbskiego poczucia straty, które dotyczy również takich regionów jak Czarnogóra czy serbska część Bośni. Czy oderwanie się Kosowa – kolejna „prestiżowa” utrata terytorium – nie przechyli szali na stronę sił, które określa się dziennikarskim mianem „nacjonalistów”? To określenie nie zawsze jest właściwe. Z jednej strony mamy bowiem w Serbii rzeczywiście żywioły zwierzęco nacjonalistyczne: ich przedstawiciel, Vojislav Sešelj, jest od kilku dni sądzony w Hadze. Z drugiej strony mamy tam ludzi, których należałoby raczej określać mianem „tradycjonalistów” – tradycyjnych patriotów, którzy w tej chwili czują się trochę przyparci do muru i reagują alergicznie na to, co postrzegają jako ich wydziedziczanie.

Druga perspektywa ma charakter regionalny. Do kategorii medialnych „straszaków” zaliczyłbym bałkańską „teorię domina”. Kolejnych secesji raczej nie będzie. Ani w przypadku Wojwodiny, ani nawet Sandżaku, regionu o skomplikowanej tożsamości, niczego takiego nie musimy się obawiać. Natomiast problemy z serbską mniejszością w Czarnogórze oraz Bośni, która, w obawie przed marginalizacją, jest na najlepszej drodze do rozpoczęcia paraliżu skomplikowanych instytucji parlamentarnych tego kraju pokazują, że precedens kosowski może mieć swoje echa.

O zmianie w świadomości samych Serbów świadczy też decyzja współrządzącej teraz w Serbii partii DSS premiera Koštunicy o opowiedzeniu się za neutralnością kraju i serbskim désintéressement w sprawie członkostwa w NATO. Fala pronatowskiego entuzjazmu, która była obecna na Bałkanach jeszcze trzy-cztery lata temu, powoli opada. To jest też pytanie o dwojaką perspektywę integracji. Po pierwsze, czy te państwa „nadają się” do Unii, po drugie – w jakim stopniu będą tym w ogóle zainteresowane? Padło już kilkakrotnie w tym serbskim fechtunku retorycznym słowo „szantaż”: Unia bez Kosowa nie ma dla nas znaczenia – mówią Serbowie. – Jeśli nagrodą za utratę Kosowa miałoby być zaproszenie do Unii, to my dziękujemy. Oczywiście, to są pewne emocje, pewna retoryka polityczna; prawdopodobnie, gdyby zadać to samo pytanie młodym Serbom, którzy stoją w kolejkach do zachodnich konsulatów czekając na wizę, odpowiedź byłaby inna. Ale jest to perspektywa, której nie można lekceważyć.

Dziennikarze używają czasem terminu „Serbia weimarska”. Serbia nie będzie oczywiście Niemcami weimarskimi, natomiast pojawia się pytanie – nawet biorąc pod uwagę, że sama kwestia tożsamości Kosowa jest zmitologizowana, że Kosowo jest taką „kraina lat dziecinnych” – jakie miejsce to nieobecne Kosowo zajmie w serbskiej świadomości. Jak być Serbem bez Kosowa? Z drugiej strony, jakie my mamy prawo do tego, żeby „urządzać” innym tożsamość zbiorową mówiąc: teraz musicie się jakoś przyzwyczaić do funkcjonowania bez Kosowa. To nie jest łatwa propozycja i nie chciałbym być tym, który taką propozycję wysuwa.

W trochę dialektycznym lęku przed tym, żeby nie być „z nikąd”, ludzie bardzo chcą być „skądś”. Na zachodnich Bałkanach przybiera to czasem groteskowe formy: na przykład w Bośni od półtora roku praktycznie nie funkcjonują godła dwóch składowych części kraju – Republiki Serbskiej w Bośni i Federacji Bośni i Hercegowiny – ponieważ okazało się, że w niewystarczającym stopniu oddają one prawa i tradycje wszystkich trzech bośniackich narodów konstytucyjnych. Od półtora roku odbywają się ćwiczenia z czegoś, co nazwałbym patchworkiem heraldycznym. Proponuje się kolejne godła i eksperci uznają znowu: nie, to jeszcze w wystarczającym stopniu nie reprezentuje wszystkich. Jeśli takie kłopoty są w Bośni, to co z pytaniem o godło przyszłego Kosowa?

Na koniec podzielę się uwagami o nowej formule ładu międzynarodowego. Co bowiem tłumaczy szlachetne skądinąd zainteresowanie, które problemowi Kosowa poświęcają Chiny, Pakistan i wszystkie stare i nowe potęgi świata? Było tak, od 1648 roku, że kośćcem ładu międzynarodowego była suwerenność państw. Naruszano ją w bardzo nielicznych przypadkach. Kosowo było miejscem, gdzie oczywiście doszło do dramatycznych naruszeń praw człowieka – nie kwestionuję zasadności interwencji międzynarodowej w 1999 roku. Byłem tam parę miesięcy potem i widziałem blizny po serbskich czasach. Warto sobie natomiast zdawać sprawę, że decydując się na powiedzenie: „było w Kosowie źle, a 90 procent mieszkańców to Albańczycy, w związku z tym dajmy im szansę niepodległości”, zaczynamy zupełnie nowy rozdział, którego może się obawiać wielu mężów stanu. I nie jestem pewny czy wypływa to tylko z wrażliwości na prawa człowieka i na prawo do afirmacji swojej tożsamości, czy nie wynika to także z pewnego znieczulenia, czy utraty wrażliwości na taką kategorię jak suwerenność. Części polityków Unii Europejskiej może to przychodzić łatwo – ja tej łatwości bym się obawiał. 

MICHAŁ BARDEL: Ogłoszenie niepodległości Kosowa, jakąkolwiek formę by przybrało, dokonać się musi wbrew stanowisku Belgradu, wbrew stanowisku Moskwy i – powiedzmy to jasno – z pogwałceniem prawa międzynarodowego. I to wszystko za jawnym przyzwoleniem niemal całego zachodniego świata. Być może Serbia rzeczywiście nie jest dziś, po latach wojen, gotowa do otwartej konfrontacji militarnej, ale czy rzeczywiście perspektywa kolejnej wojny w tym regionie jest całkiem wykluczona? JAN PIEKŁO: Spędziłem parę lat relacjonując konflikt na Bałkanach – od wybuchu wojny aż do momentu, kiedy powstała administracja oenzetowska w Kosowie. Potem również odwiedzałem regularnie Bałkany. Spędziłem tam także ostatnie wakacje i muszę powiedzieć, że jestem nieco przerażony tym, co widziałem w Bośni. Nie jestem politykiem, strategiem ani dyplomatą – byłem wyłącznie dziennikarzem, a teraz jestem szefem organizacji, która się zajmuje przede wszystkim Ukrainą. Parę dni temu wróciłem z Południowej Osetii, gdzie widziałem tlący się konflikt do złudzenia przypominający, to co znam z Kosowa i Bośni. Otóż nie obawiałbym się reakcji Serbii, ponieważ Serbia ma rzeczywiście bardzo ograniczone możliwości. Może się po prostu nie zgadzać i protestować, nie jest natomiast w stanie w tej chwili zareagować i doprowadzić do próby zbrojnego podboju Kosowa. Była tutaj mowa o etosie, tożsamości i o legendzie bitwy na Kosowym Polu. Zwróćmy uwagę na to, że jest to etos przegranych. W Polsce mamy etos bitwy pod Wiedniem, która zakończyła się zwycięstwem polskiego oręża – tam etosem narodowym jest etos klęski. I praktycznie jest to etos samospełniający się: Slobodan Milošević i nacjonalistyczni przywódcy serbscy obiecywali „Wielką Serbię”. Zamiast niej, mamy Serbię coraz mniejszą, coraz bardziej okrajaną… Moje obawy są następujące: ten precedens, który właściwie podważa istniejące prawa międzynarodowe, jest jednak w stanie wywołać wspomniany tu efekt domina. Dzisiaj przeczytałem w „Financial Times” informację, że w Abchazji i Południowej Osetii następuje, zdaniem władz gruzińskich, jakieś dziwne przegrupowanie wojsk, odbywa się tam wzmacnianie kontyngentu rosyjskiego. Rosjanie to dementują. Ale czy przypadkiem nie będziemy tam mieli do czynienia z pewnym faktem dokonanym, który znamy z niedawnej historii Bałkanów? Przypomnijmy sobie bombardowanie Jugosławii przez NATO. Sojusz jest już o krok od wprowadzenia swoich wojska, ale oto lotnisko w Prisztinie zdobywają… rosyjscy komandosi. Świat praktycznie przez moment stanął na skraju nowego konfliktu mocarstw, ponieważ generał Wesley Clark wydał podlegającym mu żołnierzom rozkaz doprowadzenia do militarnej konfrontacji z Rosjanami. Generała błyskawicznie odsunięto, rozkaz anulowano, choć do tej pory nie wiadomo do końca, jak to się stało. Zarazem jednak okazało się, jak bardzo Rosjanie są zainteresowani – nie tyle Kosowem czy Bałkanami – ile swoją sferą wpływów i zaniepokojeni tym, że NATO dokonało po raz pierwszy czegoś, czego Rosjanie nawet się nie spodziewali: NATO interweniowało zbrojnie. To wzbudziło przerażenie i próbę odzyskania swojego statusu, co obserwujemy przez cały czas trwania putinowskiej Rosji. Spójrzmy, jak wygląda świat w tej chwili. Tureckie samoloty bombardują Kurdystan – Kurdowie również chcieliby być niepodległym państwem. W Mołdawii goreje konflikt w Naddniestrzu. Wreszcie Krym, gdzie pojawiają się dążenia, by odłączyć go od Ukrainy i przyłączyć do Rosji. Mamy Abchazję, Południową Osetię, ostatnie wydarzenia w Gruzji pokazały że pozycja prezydenta Saakaszwilego jest co najmniej „nadwerężona”. Dzieją się takie rzeczy, które mogłyby być bardzo wygodne dla Rosji, mogłyby jej pomóc w obniżaniu wpływu Zachodu na to, co się dzieje w tej części świata. Istnieje uzasadniona obawa, że precedens z przyznaniem Kosowarom niepodległości,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: J. M. Coetzee w świecie bez łaski