Subskrybuj

W sierpniu zaczynają się wszystkie wojny

Myślałam, że Gruzja mi przejdzie, kiedy tylko z niej wyjadę. A teraz, wściekła, oglądam wiadomości. Nie pomaga wypad na wiec przed konsulatem rosyjskim, ani e-maile z Holandii od Nino, poznanej w Gruzji podczas ewakuacji. Czternaście lat temu wyemigrowała z powodu wojny, a teraz znów na nią trafiła… Teraz sama siedzi w domu i obserwuje, jak z mapy znika jej kraj.

– Nie będę o tym pisała – mówię do znajomej – nie mogę myśleć, jeść ani spać, a co dopiero pisać. Wybraź sobie, że się w kimś zakochałaś, a potem ukochanemu coś się zaczyna dziać…

Ale pisanie to dobra terapia. Wspominam więc Gruzję sprzed wojny: uśmiechniętą, zabawną, zabieganą, śpiewającą, obfitującą w wino, jedzenie i żarty, sentymentalną, emocjonalną, przyjazną, modlącą się i surową.

Żeby poznać Gruzję, trzeba trafić na swojego Gruzina. To łatwe, oni sami zagadują przechodniów na ulicach. Dalej wszystko potoczy się samo: Gruzin zaprosi was do siebie, a jego gościnności nie zapomnicie aż do śmierci. Gość to świętość. U nas zawsze, gdy ktoś przyjeżdżał, wiedzieli o tym wszyscy sąsiedzi. Gruzin nie pyta, czy jesteś głodny tylko zastawia stół. Być może musiał w tym celu pożyczyć pieniądze – nigdy się o tym nie dowiesz – ale stół powinien się uginać pod ciężarem dań. Może wziął urlop specjalnie dla was, ale o tym też wam nie powie”. Tak opowiadała mi Nino…

Na naszego Gruzina trafiliśmy już w pociągu. Arcził to politolog z Tbilisi. Opanowany, małomówny – cechy podobno rzadkie w tym kraju. Ugościł nas jednak typowo po gruzińsku. Spędzał z nami całe dnie, ciągle uśmiechnięty opowiadał o osobliwościach gruzińskiego charakteru. Nie przestawał żartować nawet wtedy, gdy zaczęła się wojna.

Tbilisi w słońcu, stragany z arbuzami, brzoskwiniami i bakłażanami, gruzińskie czapeczki i wyszywane torby, ulice pełne gwaru, dyskusje w autobusach. Arcził śmieje się do nas: „Inaczej jest nudno! Nie widzieliście w samolocie? Gruzinów nudzi siedzenie; przechadzają się, krzyczą do siebie z różnych końców samolotu, wznoszą toasty.”

Uliczny zgiełk potęgują samochody. Tłoczą się na ulicach bez ładu i składu, ciągle trąbią – a to na pieszych uprzedzając, że jadą, a to na innych kierowców, by ci jechali szybciej lub wolniej. Wygląda jednak na to, że trąbią głównie dla zabawy: o tak, żeby było wesoło. Przechodzimy przez ulicę na czerwonym świetle, jakoś omijamy pędzące samochody i krzyczymy do naszego towarzysza: to wbrew regułom! „Jakim regułom? My tu mamy swoje – odpowiada Arcził. – Gruzini lubią swoje samochody. Samochód jest jak koń albo pies”. W końcu gruzińskiego czasowika hkhaws używa się w odniesieniu do ludzi, zwierząt i… samochodów…

Restauracja tętni życiem. Gorąco, na dodatek obok grzeje gliniany piec, gdzie pieką gruziński chleb, który pojawia się potem na naszym stole wraz z chinkali(dużymi pierogami z mięsem), chaczapuri, kebabem i bakłażanami. No i wino – białe, czerwone lub czarne. Czarne barwi zęby i usta, ale ono właśnie smakuje najlepiej. – To wszystko dla nas, na koszt gospodarza – Arcził zdecydowanie ucina nasze protesty. Przy sąsiednim stoliku siedzą starsze Gruzinki, popijają wino i mocno gestykulują, prowadząc jakąś dysputę. Arcził tłumaczy: próbują odgadnąć kto i za ile załatwił Gruzji zwycięstwo na festiwalu w Jurmale. Wszystkie siedzące obok nas kobiety ubrane są na czarno, w ciemnych chustach. Gruzini lubią czerń i wyglądają w niej bardzo dostojnie. Starzeją się też pięknie – kurczą się, ich twarze kamienieją, ale oczy pozostają żywe. Po chwili rozmowa przy stoliku obok przechodzi w śpiew, który już wcześniej słyszeliśmy. Rozbrzmiewają stare, wielogłosowe pieśni. Pieśni często są smutne. O Gruzji umęczonej niesnaskami. Rozmawiamy o Saakaszwilim, o tym, czy Gruzini go lubią. „Zobaczycie” – odpowiada Arcził. Tbilisi wygląda trochę tak, jakby wychodziło z ciężkiej choroby. Wiele zabytkowych domów się rozsypuje, a bloki z wielkiej płyty popadają w ruinę. „Mam wyższe wykształcenie, a siedzę tu, na portierni – mówi kobieta sprzedająca nam mydło i prześcieradła w słynnej tbiliskiej łaźni siarkowej, gdzie kąpał się Puszkin, Tołstoj i Dumas. – Kiedyś mogłam pozwolić sobie na wyjazd do Petersburga, a teraz, za taką pensję, nie odpocznę nawet w kraju”. „Saakaszwili choć wiele obiecuje, to nic nie robi” – denerwuje się sprzedawca w sklepie muzycznym. I dodaje: „Czy wiecie, że on romansuje z Julią Tymoszenko?” Nasz Arcził jest zwolennikiem prezydenta. Gdy widzi coś odremontowanego lub dopiero co zbudowanego, mówi: „sami zgadnijcie, czyja to zasługa”. Więc wciąż słyszymy, że za Szewardnadzego „tej szosy nie było”, że „w tamtym miejscu ziała dziura”… W Sighnagi, odnowionym miasteczku w Kachetii, ojczyźnie winiarstwa (a dziś wielkim centrum turystycznym), do którego trafiamy któregoś dnia, „Miszę” lubią niemal wszyscy. W latach 90. nie było prądu, a po chleb stało się w kolejach całą noc. Dziś przyjeżdżają turyści, jest kilka banków i hoteli, powstały firmy i sklepy, a we wspaniałym muzeum można zobaczyć obrazy prymitywisty Pirosmaniego. Kiedy znów słuchamy słów krytyki wobec prezydenta, spostrzegamy, że tak naprawdę wiele z nich wypowiadanych jest z przymrużeniem oka. Pewnego dnia Arcził pokazuje nam zabytkowy dom z pomalowanymi na różne kolory balkonami. „O tym długo dyskutowano w parlamencie” – uśmiecha się. Dezaprobatę wzbudzają fontanny – ich Saakaszili wybudował naprawdę wiele – a może bardziej to, że poszło na to zbyt dużo państwowych pieniędzy i na pewno były przy tym jakieś krętactwa. Żartobliwie nazywają go Królem Fontann albo Fontanem I. „Ale czy nie jest przyjemnie posiedzieć przy takiej fontannie, kiedy jest lato, a ty nie wyjechałeś do Batumi?” – pyta Arcził siadając na wygodnej parkowej ławeczce. Potem pokazuje nam na wpół puste place budowlane, słaniających się w słońcu tych robotników, którzy zostali. W sierpniu w Gruzji panują upały, więc kto może, stara się wziąć urlop. „W sierpniu – dodaje – zaczynają się też wszystkie wojny…”. Jedziemy w góry, nie wiedząc jeszcze, że właśnie tam ta wojna nas zastanie. Przy przystanku marszrutek (busów) – targowisko. Tam przystaje na chwilę Arcził, oglądając stoisko ze skarpetami, czurczchełłą i… nożami. „Taki nóż, bynajmniej nie kuchenny, to nie broń, tu wszyscy mają noże”. Ruszamy w drogę. Boję się górskiej drogi, znajomi Polacy już nią jechali i byli przerażeni. Serpentyna wije się nad przepaścią, a kierowcy temperamentni… Na trasie cały czas coś się dzieje: kierowca trąbi do znajomych, których ma chyba wszędzie, ktoś wsiada, ktoś inny wysiada. Przez otwarte okna wpada wiatr. Ogarnia mnie miłość do tego wszystkiego, co mnie widzę i co mnie otacza. Małe miasteczko Kazbegi u stóp Kazbeku, jednej z najwyższych gór Gruzji. Na ulicy Stalina małe sklepiki i bardzo stara cerkiew. Na parkingu stoją stare radzieckie dżipy marki niwa, one wyjątkowo dobrze sobie…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jan Paweł II. Żywa pamięć czy makatka