I to w takim nadmiarze, że sięgając do źródeł z dużą pewnością możemy sobie wybrać informacje, które pozwolą nam skonstruować a to odpowiednią interpretację stosunków amerykańsko-chińskich, a to naświetlić problematykę globalizacji, a to opisać przyszłość Europy albo naszkicować mapę geografii głodu na początku XXI wieku. Niestety, problem w tym, że te same (albo przynajmniej podobne) informacje niekoniecznie prowadzą do identycznych wniosków. Co gorsza, wnioski mogą być całkowicie sprzeczne, chociaż – jak mniemamy – wyciągane były na podstawie tych samych przesłanek.
Sprzeczne wizje
Dowiadujemy się, na przykład, że Stany Zjednoczone tracą już swoją pozycję mocarstwową na rzecz Chin, które z kolei wykorzystują trudną sytuację Amerykanów w Iraku i w Afganistanie, żeby rozszerzyć swoje wpływy, najpierw w Azji, a następnie na innych kontynentach. Afryka dostaje się pod panowanie Pekinu – coraz częściej informują media – i przekształca się w jego surowcowe zagłębie. Poza tym Chiny posiadają, oprócz Japonii i Rosji, największe rezerwy walutowe na świecie, zaś Ameryka jest zadłużona jak nigdy wcześniej i boryka się z coraz większym kryzysem hipotecznym. Do tego jeszcze, jak słyszymy, dochodzi problem zmniejszającej się wiarygodności Stanów Zjednoczonych na świecie, który wynika między innymi z kiepskiej strategii polityczno-militarnej na Bliskim Wschodzie. Chiny zaś, krok po kroku, zdobywają kolejnych sojuszników, budując wytrwale swoją pozycję za pomocą zachęt inwestycyjnych i gróźb politycznych.
Ten dość jednostronny obraz zostaje zrównoważony innymi spostrzeżeniami. Ameryka, jak nam się często przypomina, ma nadal najbardziej innowacyjną gospodarkę na świecie, i to mimo zdarzających się cyklicznie kryzysów. Wyposażenie armii Stanów Zjednoczonych i jej możliwości działania nie dadzą się w żaden sposób porównać z poziomem armii chińskiej, która – mimo zwiększających się nakładów finansowych państwa – jeszcze długo nie będzie jej w stanie dorównać. Amerykańska soft power jest ciągle niepokonana, i nic nie zapowiada, by miało się to zmienić w jakimś przewidywalnym czasie.Chiny natomiast, jak czytamy w raportach, należą do najbardziej zanieczyszczonych rejonów świata. Do tego dochodzą jeszcze dane o gigantycznych nierównościach społecznych, które grożą wybuchem na ogromną skalę i mało wydolnym systemie bankowym, który sprzyja korupcji. Analitycy zwracają też uwagę, że Pekin nie posiada spójnej strategii globalnej, która mogłaby obecnie niepokoić Waszyngton.
Nic zatem dziwnego, że zapowiedzi przyszłej porażki Amerykanów w starciu z Chińczykami to – jak uważają niektórzy zachodni politolodzy – fałszywa pieśń przyszłości, która jest niczym innym jak tylko podretuszowanym plagiatem pieśni bojowych z okresu zimnej wojny, w której przeciwnikiem numer jeden był „niepokonany Związek Radziecki”. Albo też konsekwencją huntingtonowskiej koncepcji „nowego wroga”, jak sugerował onegdaj Ryszard Kapuściński, koniecznej do nieustannej mobilizacji świata Zachodu po upadku mocarstwa sowieckiego. Zresztą pierwsze nie wyklucza drugiego.[1]
Z podobnym zderzeniem możliwych interpretacji zjawisk mamy do czynienia w przypadku globalizacji. Intuicja, codzienne doświadczenie oraz media podpowiadają nam, że procesy globalizacyjne są nieuniknione. To – by odwołać się do klasyków pop-songu – „widać, słychać i czuć”. Widać na metkach towarów z całego świata, w procesach zarządzania potężnych firm międzynarodowych, w przepływie ogromnych sum pieniędzy po całym globie, w ciągłym przemieszczaniu się do kolejnego kraju specjalistów i niewykwalifikowanych robotników. Słychać w dźwiękach tych samych hitów muzycznych w Nowym Jorku, Nowym Sadzie i Nowym Sączu; w centrach europejskich miast, gdzie francuski lub holenderski (nie mówiąc już o angielskim) miesza się z arabskim, chińskim czy urdu. Czuć w dobrych restauracjach i zwykłych „garkuchniach” w Barcelonie, Hongkongu, Waszyngtonie, Krakowie, Kantonie, New Delhi czy Dżakarcie, w których sajgonki, wołowina w pięciu smakach i kurczak w sosie curry sąsiadują z big makiem, sznyclem po wiedeńsku i nieśmiertelną pizzą. Świat jest naprawdę płaski – taką tezę stawia Thomas L. Friedman – potężne siły, takie jak Internet, offshoring, outsourcing czy model sieciowej samoorganizacji doprowadzają do totalnego rozpłaszczania się naszego globu i powolnego, lecz nieuniknionego podnoszenia się poziomu powszechnej zamożności.[2]
Ależ globalizacja to mit! – konstatuje Alan Rugman[3]. Jeżeli uznamy, iż motorem procesu globalizacji są potężne megakoncerny, których produkty bądź usługi są obecne niemal wszędzie, to okaże się, po zbadaniu mapy ich zysków i działania, że obraz rzeczywistości wcale nie jest taki, na jaki pozornie wygląda. Skrzywione spojrzenie, pobożne życzenia i głośno wymawiane hasła to wyłącznie aspekty iluzji, w której żyjemy. Rugman wyodrębnił 380 spośród 500 największych przedsiębiorstw i zebrał liczby dotyczące ich sprzedaży, inwestycji, obrotów, zatrudnienia i sposobów zarządzania. Zwrócił uwagę, że niemal wszystkie działają w obrębie triady: USA, Unia Europejska i Japonia. Aż 320 to przedsiębiorstwa funkcjonujące głównie w swoim regionie macierzystym i mające poniżej 50% udziału w sprzedaży na dwóch pozostałych obszarach triady. Z kolei grupa 36 przedsiębiorstw jest wyraźnie obecna na różne sposoby w dwóch pozostałych regionach lub uzyskuje ponad połowę swoich dochodów poza rejonem macierzystym triady. Jedynie dziewięć firm, takich jak IBM, Coca-Cola, LVMH czy Nokia, może być uznawane za prawdziwie globalne: są równomiernie usadowione finansowo i logistycznie w Ameryce Północnej, Europie oraz w regionie Azji i Pacyfiku. Rzeczywiście, jak na głoszony wszem i wobec dogmat globalizacji to bardzo skromnie…
Naturalnie można skonstruować inne mierniki procesu globalizacji, które potwierdzą założoną z góry tezę. Albo przedstawić rozkład procesu w czasie, aby uzasadnić naukowo naszą intuicję, że globalizacja dociera wszędzie, chociaż może nie tak chyżo, jak wcześniej sobie wyobrażaliśmy. Zawsze można znaleźć odpowiednie przykłady, dane, wykresy czy analizy. Wszystkie prawdziwe i rzetelne. I dające wiele do myślenia…
Podobny dylemat pojawia się, gdy próbujemy zrozumieć zjawisko zmian klimatycznych. Czy rzeczywiście człowiek w ogromnym stopniu przyczynia się do gigantycznych perturbacji klimatu na naszym globie? A może są one konsekwencją naturalnych cykli występujących po sobie, na które tak naprawdę niewielki mamy wpływ? Opinie wspierające jedną i drugą teorię są tak samo liczne, chociaż trzeba przyznać, że te o charakterze pro-ekologicznym znajdują dużo lepszy posłuch w światowych mediach, a tym samym wśród wrażliwych obywateli, głównie Europy i Ameryki.
A sprawa surowców naturalnych i nieodnawialnych źródeł energii? Czy naprawdę staniemy w bardzo krótkim czasie w obliczu poważnego kryzysu? Czy potrafimy opracować realną alternatywę w stosunku do ropy naftowej, bez której dzisiaj żyć nie podobna? A zasoby wody pitnej? Czy wystarczy ich na najbliższe, powiedzmy, 20 lat? I czy grożą nam coraz poważniejsze konflikty o dostęp do wody? I znowu – raportów i analiz posiadamy bez liku, tyle że wyciągane wnioski nierzadko przeczą sobie nawzajem. Mamy przedstawicieli skrajnego pesymizmu, którzy przewidują czarny scenariusz wydarzeń, uchylając jedynie furtkę nadziei, że możemy uniknąć katastrofy, jeżeli tylko skupimy się na właściwych rozwiązaniach bądź ograniczymy rozpasaną konsumpcję. Albo optymistów, nazywających siebie realistami, wierzących w rozsądek i innowacyjność rodzaju ludzkiego oraz w nieustanny postęp, który umożliwi nam dokonanie fundamentalnych zmian technologicznych, jak na przykład masowe i tanie odsalanie wody morskiej, co obecnie dostępne jest tylko dla wybrańców z bogatych monarchii naftowych.
Najbardziej fantastyczne intelektualnie koncepcje dotyczą jednak zjawiska terroryzmu. Oczywiście pojawiły się niemal natychmiast po 11 września 2001 roku, uzasadniając na wszelkie możliwe sposoby późniejsze reakcje Stanów Zjednoczonych. Słyszeliśmy o sieciowej strukturze Al-Kaidy, o planowanych zamachach z użyciem „brudnej” bomby atomowej, o rozwoju czegoś, co nazwano „islamofaszyzmem”, o spełnieniu przepowiedni „zderzenia cywilizacji”. Głośnym echem odbiły się filipiki Oriany Fallaci, dostrzegającej związek zamachów w Nowym Jorku z działaniami organizacji muzułmańskich w Europie. Jak w zwierciadle odbijały lęki Europejczyków, gotowych uwierzyć w staro-nowe teorie spiskowe, rzeczywiście jakoś uzasadnione tragicznymi zamachami w Londynie i Madrycie. Toczona obecnie „wojna z terroryzmem” ma szansę stać prawdziwą never-ending story, jako że prawdopodobieństwo całkowitego wyeliminowania terroryzmu, tak z czysto zdroworozsądkowego punktu widzenia, wydaje się bliskie zeru.
Naturalnie wszelkie dywagacje o fenomenie terroryzmu muszą z konieczności mieć posmak opowieści science-fiction. Dostęp do źródeł jest z oczywistych powodów dość ograniczony, szanse przewidywania kolejnych zamachów wydają się niewielkie, zaś same teorie rozwoju zjawiska tworzone w Europie czy USA nie zawsze przystają do rzeczywistości, albowiem pojęcia „racjonalność i irracjonalność działania” nie w każdej kulturze mają identyczne czy nawet przybliżone znaczenie.
Co czynić zatem, czując bezsilność podczas kolejnej interpretacji zjawisk, które – jak się okazuje – posiadają dodatkowo swoje zniekształcone odbicie w teoriach i raportach przygotowywanych przez polityków, ekspertów rządowych czy niezależnych akademików? Kto ma zatem rację, a kto się myli? A może chodzi tylko odmienne rozłożenie akcentów, albo o podkreślenie jednych kwestii kosztem drugich, co w konsekwencji może skłaniać nas do przypuszczenia, że chodzi o dwie wykluczające się koncepcje, chociaż w rzeczywistości to ta sama koncepcja, tyle że widoczna z odmiennej perspektywy? Ale przecież zdajemy sobie też sprawę, że jeżeli wszyscy mają rację, to tak naprawdę nie ma jej nikt…
Globalny bilard i świat międzyepoki
Madeleine Albright porównała kiedyś proces zarządzania problemami globalnymi do gry w bilard. Polski ambasador przy Radzie Europy w Strasburgu, Piotr Antoni Świtalski zwraca jednakże uwagę, że obecnie sprawa się komplikuje, albowiem rzecz nie tylko w tym, że ilość bil w rozgrywce jest większa, ale trudno właściwie przewidzieć sam tor rykoszetów. Przywołuje też obserwacje Henry’ego Poincare: po dziewięciu odbiciach kuli bilardowej uwzględnić należy siły grawitacyjne wszystkich osób w pomieszczeniu, po 53 odbiciu – musi się brać pod uwagę każdą cząstkę elementarną wszechświata. Co prawda, stopień swobody państw (czyli „wariantowości” ich zachowania), zauważa Świtalski, jest mniejszy aniżeli kul bilardowych, problem jednakże tkwi w coraz bardziej nieprzewidywalnym podłożu (coraz bardziej pogiętym i zniekształconym), od którego zależy wynik ostatecznej rozgrywki.[4]
Skoro nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich możliwych wariantów zdarzeń i skoro musimy się obecnie pożegnać z całościową wizją rozwoju świata na miarę dzieł Kissingera bądź Brzezińskiego, pozostaje nam dużo skromniejsze zadanie, skrojone do naszych możliwości pilnego obserwowania uwarunkowań politycznych, gospodarczych czy społecznych. Oczywiście zadanie wykonywane ze świadomością, że ów „tor rykoszetu” poddany będzie działaniu cząstek, których mocy nie do końca będziemy mogli przewidzieć. I to niezależnie od tego, czy poddamy analizie relacje amerykańsko-chińskie, problem globalizacji czy fenomen terroryzmu.
Niewykluczone, że ma rację Adam Daniel Rotfeld, który stawia tezę o „czasie międzyepoki”. Żyjemy po epoce zimnej wojny, ale przed epoką, której kształtu i zasad nie potrafimy jeszcze dokładnie przewidzieć. Wiele spraw jest niedookreślonych, wizji nie do końca sprecyzowanych, rozwiązań bardzo tymczasowych. Coś już wiemy, lecz więcej jest chyba niewiadomych. Skończyła się klasyczna Realpolitik, w której reguły postępowania wydawały się przejrzyste. Czas przejściowy z dziesiątkiem pytań i z kilkoma tuzinami odpowiedzi musi niepokoić, ale i budzić pewne nadzieje. Poza tym, w uzupełnieniu i modyfikacji myśli Rotfelda, zaryzykujmy stwierdzenie, że owa „międzyepoka” z niejasnymi strukturami i zmiennymi trendami może być niezwykle rozciągnięta w czasie. Bo to, co wydaje się tymczasowe, bardzo często nabiera charakteru trwałości.[5] Słowem: gwałtowność zmian i konwulsyjne transformacje mapy współczesnego świata będą prawdopodobnie zjawiskiem trwałymw ciągu najbliższych kilkunastu lat.
Trzy filary
W praktyce nasze próby opisania owej mapy możemy oprzeć na kilku filarach, czyli na tym, co w sposób bardzo szkolny nazwiemy „lekcjami z historii najnowszej”. Filarów może być dowolna ilość, ale dla ułatwienia sobie zadania przyjmijmy, że jest ich trzy. Trzy niezwykle widoczne i wyjątkowo trwałe. Trzy, które są ilustracją prywatnej wizji politologa-orientalisty na początku XXI wieku.
Pierwszy z nich nazwijmy instytucjonalnym. Francis Fukuyama zwrócił uwagę, analizując konsekwencje operacji militarnej i politycznej w Iraku oraz w Afganistanie, że przyczyną dotychczasowych porażek w procesie budowania państwa była nieumiejętność zbudowania sieci instytucji, które gwarantowałyby stabilizację i spokojny rozwój społeczno-ekonomiczny. Państwo instytucją stoi, albo inaczej: im lepiej zorganizowane i akceptowane społecznie instytucje, tym sprawniejsze państwo, które z kolei może gwarantować właściwe funkcjonowanie wolnego rynku. Wolny rynek bez zabezpieczenia instytucjonalnego przywodzi na myśl, i tu pozwolę sobie na osobistą reminiscencję, Kambodżę krótko po zakończeniu wojny domowej, gdzie wszystko było na sprzedaż, nie wyłączając umundurowania i broni, sprzedawanych przez samych policjantów. Klęska procesu budowania dobrze działającego państwa na kontynencie afrykańskim, czy w niektórych rejonach Azji i Ameryki Łacińskiej była przede wszystkim klęską idei nowoczesnej instytucji, zastępowanej przez prawa plemienne, klanowe bądź specyficznie interpretowane reguły religijne. Konsekwencją takiego stanu rzeczy była endemiczna przemoc i „kontrolowana anarchia”. Z kolei niezwykle dramatycznym skutkiem ubocznym istnienia owych failed states (w całości lub części) był rozwój baz terrorystycznych, wykorzystujących nieobecność państwa i tworzących w próżni instytucjonalnej własne struktury.[6]
Rzecz jasna, siła instytucji czerpie z kapitału kulturowego społeczeństwa, które potrafi zawrzeć odpowiednie kompromisy, przede wszystkim po to, aby stopniowo kształtować państwo. Niestety, w wielu miejscach na świecie pojęcie „kompromisu”, a nierzadko i racjonalnego działania utożsamiane jest ze zdradą ideałów politycznych, klanowych, narodowych, religijnych etc, co naturalnie utrudnia albo wręcz uniemożliwia zespolenie poszczególnych fragmentów kraju w jeden organizm państwowy. Można zatem założyć, że w XXI wieku słabość instytucjonalna wielu państw, wynikająca z niechęci do kompromisu politycznego bądź religijnego czy społecznego, doprowadzi do wewnętrznego chaosu, a następnie do stanu trwałej anarchii, z rzadka poddawanej kontroli przez te lub inne siły polityczne. Upadłe państwa (failed states) w wielu rejonach świata będą posiadać albo już posiadają moc rozsiewania zarazków anarchii, stąd też konieczność tworzenia swoistych kordonów sanitarnych, które powstrzymywałyby zgubną reakcję łańcuchową. Z pełną świadomością ryzyka postawmy zatem tezę, że odwrotność wspomnianej triady: instytucja – kompromis(racjonalność) – państwo czyli próżnia instytucjonalna – bezkompromisowość(irracjonalność) – anarchia będzie charakteryzowała na początku naszego tysiąclecia coraz większą liczbę państw na wszystkich kontynentach. Oczywiście w niejednakowym stopniu i w różnych okresach czasu. I nie wyłączając Europy.
Drugi filar – nazwijmy go kulturowym – znajduje się dość blisko opisywanego filaru pierwszego. Ryszard Kapuściński podsumował swego czasu dyskusję o związku między kulturą a sukcesem ekonomicznym:
Skądinąd wymiana kulturalna jest jedną z istotniejszych cech współczesnego świata: oto po doświadczeniach drugiej połowy XX wieku zaczynamy się w końcu zastanawiać, dlaczego jedni się rozwijają, a inni nie. I dochodzimy do wniosku, że coś musi tkwić w kulturze; że czynnik kultury powinien być rozważany jako powodujący albo wzrost, albo zastój. Zawsze to było zrzucane na przyczyny ekonomiczne, ustrojowe, często ideologiczne. Lecz dziś wiemy, że kraje tego samego ustroju, tej samej ekonomiki, stosujące te same rozwiązania polityczne, mające w końcu niemal to samo położenie geograficzne, rozwijają się bardzo różnie. Zatem widocznie coś tkwi w kulturze. […] Dlaczego rozwija się Azja, a nie Afryka? I nie ma żadnego innego wyjaśnienia niż kulturowe. Przecież państwa, które miały tę samą przeszłość kolonialną, były tak samo eksploatowane i tak samo był konstruowany ich ustrój, rozwijają się zupełnie inaczej. Jeden dynamicznie, drugi – wcale. Wobec tego czynnik kultury nabiera znaczenia. Kultura jest jak gdyby zagadką: w jej wartościach, hierarchii, treściach leży prawdopodobnie odpowiedź na pytanie, dlaczego jesteśmy tacy a nie inni, dlaczego jesteśmy zacofani lub się rozwijamy?[7]Pytania postawione przez Kapuścińskiego możemy uzupełnić kolejnymi. Czy poszczególne kultury posiadają w sobie odpowiedni potencjał transformacji, który umożliwiałby rozwój ekonomiczny i społeczny kraju bądź regionu, zaliczanego powszechnie do tego lub innego kręgu cywilizacyjnego? Czy ów potencjał może zostać uruchomiony niejako sam z siebie, czy może potrzeba do tego jakiejś siły zewnętrznej? Kiedy spotkanie kultur przyczynia się do rozwoju, a kiedy jest przyczyną starć i konfliktów? I wreszcie: gdzie znajduje się granica absorbcji odmiennej kultury, która rozwija się w nowym kręgu cywilizacyjnym? Potencjał rozwojowy Chin lub, szerzej, obszaru nazwanego przez Huntingtona konfucjańskim, bywał już analizowany wielokrotnie. Gwałtowny rozwój ekonomiczny Korei Południowej, Japonii, Singapuru, a następnie Tajwanu i samych Chin jest, póki co, dowodem na ogromną siłę miejscowej kultury, która przeszła…