Subskrybuj

Jezus historyczny – w stronę chrzescijaństwa z ludzką twarzą

 W dyskusji, jaka toczy się wokół najnowszych badań nad historią początków chrześcijaństwa (Znak, kwiecień 2009) głos merytorycznej analizy spotyka się z tendencją apologetyczną. Niepokój polemistów jest jakoś zrozumiały: nie było jeszcze takiego wyzwania, jakie dziś stawiają tradycji chrześcijańskiej badania historyczne zwane „trzecim poszukiwaniem” (<i>third quest</i>).

Byłoby jednak błędem uchylać się przed stanięciem oko w oko z nową interpretacją początków chrześcijaństwa. Potrzeba otwartości, która unika sprowadzania wszystkiego do własnych kategorii – toleruje odmienność perspektywy. „Nie ma nic trudniejszego, ale też nic bardziej podstawowego i koniecznego niż myślenie wbrew sobie” – pisał Charles Pegues. Jeśli tego zabraknie, celem zabiegów polemicznych stanie się już tylko neutralizacja niepokojących kwestii.

Już wiem co wiem

Głębszej refleksji wymaga najpierw reguła badań historycznych, która zakazuje myślenia o przebiegu wydarzeń z perspektywy ich rezultatu końcowego: wyklucza przypisywanie postaci historycznej idei, które zrodziły się po jej śmierci. To sprawa zasadnicza. Trzeba zdecydować się czy to założenie ma sens i wtedy zaakceptować jego konsekwencje (przy całym ryzyku). Jeśli zaś nie ma sensu, należałoby to jakoś uzasadnić. W tej kwestii nie wszyscy autorzy kwietniowego numeru Znaku zajmują czytelne stanowisko.

Zawieszanie własnych przedzałożeń – chleb powszedni hermeneutycznego rzemiosła – to warunek konieczny rozumienia. Kiedy bowiem już wiemy jak jest, wtedy dalsze badanie staje się iluzją, utwierdzaniem się jedynie we wcześniej powziętym przekonaniu. Powiedzenie „Bóg pisał prosto po krzywych ścieżkach mego życia”, owa konstatacja ex post sensu wcześniejszych wydarzeń, bynajmniej nie jest prezentacją ich pierwotnego znaczenia. Jest nadaniem nowego sensu. Ex post bowiem dopowiada coś, czego wcześniej nie było; nadawanie nowych znaczeń jest oczywiście uprawnione, pod warunkiem jednak, iż wiemy, że interpretujemy.

Dla przykładu: socjologiczna i psychologiczna analiza procesu wtórnego ureligijnienia i ubóstwienia postaci Jezusa w pierwszych pokoleniach chrześcijan (dzieło Gerda Theissena, w Polsce popularyzowane przez Tomasza Polaka) wynika z założenia, że po Jego śmierci wpływ na to, co o Nim mówiono, miały także potrzeby środowiska uczniów: emocjonalne i społeczne, organizacyjne i dyscyplinarne. Stąd tego typu rekonstrukcja historyczna ucieka przed przyjmowaniem za prawdziwą i bezalternatywną interpretację zapisaną w dogmacie chrześcijańskim, który ukształtował się pod koniec pierwszego wieku jako rezultat (!) złożonych procesów religijno-społecznych.

Asystencja Ducha Świętego

Jezus nie tworzył świata, który powstał po Jego śmierci. Tworzyli go inni ludzie, żywi, z krwi i kości, a więc podlegli nie tylko Duchowi Świętemu (w co wierzą chrześcijanie), lecz także uwarunkowaniom kulturowym, socjologicznym i psychologicznym swej epoki. Były tam tarcia, możliwe były różne drogi interpretacji przesłania Jezusa. Prace Theissena dociekają potencjalnych scenariuszy.

Czy jednak takie rekonstrukcje nie naruszają „depozytu wiary”? Otóż niekoniecznie. Choć domagają się jakiejś reinterpretacji. Jedno jest pewne, ogólna przesłanka, że całość historii Kościoła była dziełem Ducha – jako założenie dogmatyczne – nie może być przesłanką dla badania historycznego. Tego typu założenie pojawia się w tekście ks. Witczyka, kiedy stwierdza on, że popaschalna ewolucja świadomości uczniów Jezusa była pogłębianiem rozumienia prawdy o Jezusie (już wcześniej obecnej), a nie nadawaniem nowego sensu (s. 57). Twierdzenie to jest w istocie wyznaniem wiary w bezpośrednie zaangażowanie Bóstwa w wydarzenie Jezusa. Nie sposób go skutecznie dowodzić, bo jest z innego porządku. To decyzja konfesyjna, stwierdzenie w rodzaju: „Pan Bóg pisał prosto po krzywych liniach mego życia”. Jednak z punktu widzenia logiki badania historycznego jest ona nadaniem nowego sensu, interpretacją przenoszącą późniejszy stan świadomości na wcześniejsze wydarzenia. A tego badanie historyczne zakazuje.

Obydwa podejścia wykluczają się w ramach jednej metodologii, mogą jednak współwystępować, na wzór modelu chalcedońskiego: czym innym jest badana naukowo historia ewolucji chrześcijańskich grup religijnych z I wieku, a czym innym przyjmowana na wiarę boska logika dziejów Ducha (w tym duchu Tomasz z Akwinu odróżniał teologię od filozofii, I Pars, q. 1, a. 2). Tego jednak ks. Witczyk nie akceptuje kiedy w lekceważącym tonie odmawia wartości pytaniu o możliwe przyczyny ludzkie (psychologiczne, socjologiczne, kulturowe), sterujące procesami wewnątrz grupy uczniów Jezusa po Jego śmierci. Zgodność ludzkiego z boskim prowadzi u niego do usunięcia z pola widzenia wszystkiego, co ludzkie, a odkrywania jedynie logiki działania boskiego, z założenia zresztą nieróżniącej się od tradycyjnej katolickiej dogmatyki. Temu też zostaje instrumentalnie podporządkowana gadamerowska Wirkungsgeschiechte. Staje się ona sposobem na „ucieczkę do przodu”, by patrzeć już tylko na wynik (rezultat oddziaływania tekstu jako całości), a nie na proces prowadzący do tego wyniku.

Ginące człowieczeństwo 

Gubienie wymiaru ludzkiego w iluzyjnym wyobrażeniu boskości, gdzie wielkie słowa, takie jak działanie Boga, inspiracja Ducha Świętego, natchnienie, zasłaniają ludzkie uwarunkowania, to trwała tendencja katolicyzmu. Rzecz dotyczy zarówno mówienia o wspólnotach chrześcijańskich pierwszych wieków, jak i stylu wypowiedzi o współczesnym Kościele, który niekiedy przedstawia siebie jako instytucję tak bardzo nadprzyrodzoną, że niepodlegającą właściwie prawom ludzkim: socjologicznym, ekonomicznym, psychologicznym.

Przy takim nastawieniu rekonstrukcja kontekstu kulturowego, socjologicznego i psychologicznego ewolucji grup uczniów Jezusa odbierana jest jako zagrożenie dla realności działania Ducha. Gdy jednak gubimy człowieczeństwo uczniów Jezusa, pozostaje nam już tylko logika dziejów Ducha Świętego. Filozofia Hegla – szczytowe osiągnięcie tego typu myślenia o obecności Boga w świecie – jest dobrą ilustracją. Wsparta słynną formułą: „tym gorzej dla faktów”, przemienia religię w ideologię, tj. doktrynę na użytek władzy. Tej osobliwej gnozie ulegają teologowie (i egzegeci), jeśli nie dość konsekwentnie odróżniają wiarę od wiedzy.

Tymczasem, zgodnie z katolicką tradycją, przyczyny naturalne nie znoszą nadprzyrodzonych. I vice versa. Podobne zasady obowiązują w katolickim rozumieniu natchnienia biblijnego (veri auctores). Tomasz z Akwinu twierdził, że wiara nie bierze się z widzenia (wierzyć to „przystać na to, co nie jawi się człowiekowi w żaden sposób” – assentire non apparentibus). Wszystkie te dyrektywy teologiczne są ekstrapolacją dogmatu chalcedońskiego. Stąd teza o procesie wtórnego wyniesienia i ubóstwienia postaci Jezusa, z uwagi na konieczność uwolnienia napięcia powstałego w grupie Jego uczniów na tle ich rozczarowania klęską Mistrza i wyrzutów sumienia z powodu popełnionej zdrady, nie jest z konieczności sprzeczna z dogmatem katolickim, bo nie jest tezą negującą boskość Jezusa. Stanowi jedynie odtworzenie kontekstu ludzkiego. Natura nie usuwa łaski – jedno drugiemu się nie sprzeciwia, jeśli tylko mamy łaskę wiary. Wiara jest jednak czymś innym, aniżeli motywowaną religijnie manierą nieprzyjmowania do wiadomości niewygodnych pytań.

Ochrona obrazu JezusaBadania historyczne dają wgląd w osobiste doświadczenie Jezusa, niezapośredniczone przez późniejszą teologię i kult. Do pewnego stopnia konieczne jest więc „odreligijnienie” tej postaci, bo wyniesiona zbyt wysoko traci ludzkie kontury, staje się Bogiem na miarę ludzkich wyobrażeń o Bogu, które – z konieczności skrzywione – dodatkowo jeszcze przesłaniają człowieczeństwo. Człowiek o nadludzkiej mocy, super-man, wielki mag, najwyższy pan kosmiczny – wszystkie te uwznioślające wyobrażenia…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Piękna dwudziestoletnia. 1989-2009