Jest Ksiądz duszpasterzem i katechetą przygotowującym dzieci do Pierwszej Komunii świętej. Co w tym przygotowaniu stanowi największą trudność?
Najtrudniej zachęcić do współpracy, do współdziałania. I stworzyć wspólnotę złożoną z bardzo różnych dzieci i ich rodziców czy bliskich, wspólnotę świadomie przygotowujących się i wspólnie oczekujących na przyjęcie tego sakramentu. Rodziców bardzo absorbują sprawy techniczne… „Co będzie? Ile to kosztuje? Fotograf, kamery… A dlaczego nie może być takich zdjęć?” Oczywiście, księża próbują robić dla nich katechezy, ale wygląda to trochę tak: „słuchamy, bo musimy”…
Rodzice interesują się głównie sprawami technicznymi, bo się na nich znają. A jeśli chodzi o duchowość, z reguły mają niewielkie w niej doświadczenie, boją się jej… Czasami jest to dla nich sprawa zbyt intymna, czasami zaś – świat niezrozumiały, niepojęty. Zostawiają go księdzu i… dzieciom.
A gdyby jedną z form przygotowania były spotkania, podczas których ksiądz nie wygłasza konferencji, tylko rozmawia z rodzicami i wszyscy dzielą się swoimi oczekiwaniami, mówią, czym dla nich jest komunia?
To byłoby dobre. Można by też odprawiać częste msze święte z rodzicami i dziećmi. Widzę, że księża już to robią… Przy parafii mistrzejowickiej, gdzie mieszkam, raz w miesiącu organizowane są dni skupienia z dziećmi. I konferencje, i wspólna msza, ale nie w dużych, lecz w małych grupach. Jest trochę rodziców, którzy przeszli przez różne ruchy religijne. Oni znają mszę wspólnotową. Nie monumentalność, tylko bycie prawdziwie i blisko ze sobą.
Gdzie są jakieś więzi…
I gesty. Na przykład znak pokoju – i podanie ręki temu, kto stoi obok. A nie obcość wśród obcych twarzy. Jest taki ładny wiersz Wojciecha Bąka o Kościele: „łza, która się z obcych oczu sączy, jest łzą w moim adamowym oku, jest moją łzą…”. W małej grupie rodziców i dzieci można stworzyć wspólnotę i bliskość. Nie: osobno uczyć dzieci i rodziców, ale pracować wspólnie. Jest teologiczna konferencja dla rodziców i katechetyczna praca z dziećmi, potem trzeba to połączyć… Gdyby przygotowanie było wspólne, więcej mszy wspólnotowych, jakiś wyjazd, ognisko – wtedy naprawdę można by stworzyć wspólnotę rodzin dzieci przygotowujących się do komunii świętej, choćby nawet ta wspólnota miała istnieć tylko przez rok.
Oczywiście, zdarzają się ciekawe rzeczy. Kiedyś w czasie rocznicy Pierwszej Komunii ochrzciliśmy brata dziewczynki, która tę rocznicę obchodziła. Wszystkie dzieci były zgromadzone wokół jej maleńkiego braciszka. „Wy teraz macie pokazać temu małemu człowiekowi, jak wierzyć. On ma przy was wzrastać w wierze”. Nie ma lepszej katechezy. Dzieci widziały chrzest, dotknęły chrztu i niosą to dziecko w modlitwie. „Teraz my mamy mu zanieść Pana Jezusa”. Zupełnie inaczej niż w śpiewanej często podczas komunii piosence: „Panie Jezu, zabierzemy Cię do domu, nie oddamy Cię nikomu”. To jest, niestety, hymn egoistów. Komu Cię nie oddamy?! Przecież właśnie o to chodzi, żeby się dzielić. Dać świadectwo tego, co Pan nam uczynił.
Pyta Pani o mądre przygotowanie. W każdej klasie są konflikty. Dziewczyna mówi: „Idę na drogę krzyżową”… A za chwilę do kolegi: „Ty, taki, owaki”… Pytam: „Co ty mówisz?”. „A bo mnie wnerwił!”. To jest antyświadectwo, które słyszy cała klasa. Ciągle powtarzam rodzicom: zwracajcie na to uwagę. Odwołujcie się do Ewangelii, do Jezusa – a nie do poczucia lęku („Bóg cię skarze…”) czy też do jakichś wyimaginowanych wyobrażeń, jak powinno się zachowywać dziecko przygotowujące się do przyjęcia tego sakramentu („Ministrantem jesteś…”, „Do komunii idziesz…” itp.).
Sprawa uwrażliwienia sumienia, umiejętność rozeznawania w materii grzechu jest zwykle przez dzieci rozpatrywana w kontekście wyliczenia wszystkich grzechów i rozważania: „A co się stanie, jeśli zapomnę albo zjem herbatnika?”.
Tymczasem chodzi o to, że jeśli przygotowujemy się na spotkanie z Jezusem, jeśli idziemy do kościoła, to przyjmujemy pewne zobowiązanie. Zobowiązujemy się do pewnej postawy.
Kiedyś podjęliśmy w grupie pierwszokomunijnej zobowiązanie do wzajemnej modlitwy. Co tydzień losujemy tego, za kogo będziemy się modlić, i codziennie odmawiamy za niego dziesiątek różańca. Proszę zobaczyć: wyciągam los i natrafiam na tych, których nie lubię. Modlę się za nieprzyjaciół, za tych, z którymi sympatyzuję i nie sympatyzuję. Mogę na karteczce dostać imię kogoś, kogo akurat nie toleruję. Ale jest zobowiązanie, żeby się zań modlić. Oczywiście, nie jestem w stanie sprawdzić, czy dzieci rzeczywiście się za tę osobę modlą, ale chyba tak, bo mi o tym mówią. Czasami ktoś oddaje kartkę: „Ja nie chcę”… „Ale Bóg dał ci taką intencję – mówię. – On tego chce, żebyś się za tę osobę modlił, a ktoś inny modli się teraz za ciebie”.
Wracając do przygotowania do komunii: na pewno trzeba poświęcić sporo czasu na omówienie Dekalogu. Wyjaśnić, co się kryje za przykazaniami, tłumaczyć to na poziomie dostosowanym do dzieci. Wiadomo, że o pewnych rzeczach nie będziemy mówić, bo dzieci ich nie zrozumieją. Nie mają teraz problemów małżeńskich itp. Trzeba mówić, co jest przekroczeniem Bożego przykazania właśnie na ich poziomie. Weźmy dla przykładu kradzież: mówię im o zabraniu komuś jego rzeczy i o ich niszczeniu. Chodzi także i o to, by zrozumieć, że niszczenie własnych rzeczy też jest rodzajem kradzieży – kradzieży wobec innych, wobec biednych. To jest rozumienie pogłębione. Patrzę na ich świetne ubranka, „markowe ciuchy”, kupowane nietanio przez rodziców, i widzę, jak leżą byle gdzie, sponiewierane, traktowane jak szmaty. Oni nie szanują tych rzeczy. A tak szybko z nich wyrastają i można byłoby je przekazać komuś biedniejszemu. Kiedy mówię: „Jesteś złodziejem”, to ich dziwi: „Ja, jestem złodziejem? Jak to?”.
Ktoś mógł z tych ubrań skorzystać… Dlatego właśnie organizujemy akcje odkładania własnych, nieużywanych już ubrań. Dzieci zaczynają mieć poczucie wartości tych rzeczy i przekazują je kuzynowi, sąsiadowi, koledze. Albo inny przykład: „Nie cudzołóż”. Unikamy rozmawiania na ten temat, prawda? A przecież da się opowiedzieć dzieciom o szacunku dla ludzkiego ciała. Że jak byliśmy maluchami, to biegaliśmy golutcy po plaży, i to było normalne, naturalne. Kiedy rośniemy, nasze ciało się zmienia, zaczynamy odczuwać wstyd, nie rozbieramy się publicznie. Czujemy, że ciało, nasze ciało, jest tajemnicą. „Mama i tata nie mają przed sobą tajemnic, bo są mężem i żoną. Z ich miłości wy jesteście” – mówię im wtedy. Trzeba mieć szacunek dla siebie, dla tajemnicy swojego ciała. Nie trzeba tu szukać sensacji czy napięć. Nigdy nie widzę, żeby dzieci odczuwały w tym kontekście jakieś niepokoje czy dwuznaczności. W ten sposób trzeba „przejść” przez każde z przykazań. W teologii mówi się tak: jeśli umiesz przełożyć dogmaty teologii na język dziecięcy, to znaczy że coś z tego zrozumiałeś. Ale nie chodzi, broń Boże, o język infantylny… Znałem kiedyś dziecko, które przez pół roku przed komunią świętą nie było na żadnej mszy. Jak dopuścić do komunii dziecko, które nie ma absolutnie żadnego doświadczenia religijnego? Ojciec tej dziewczynki nie wiedział, o co mi chodzi: „Ona ma w domu bozię… Aniu, pokaż księdzu bozię, którą masz… no, pokaż księdzu… Przecież ksiądz widzi – Ania ma bozię, a jak jeździmy do babci, to tam jest kapliczka i Ania tam chodzi. A na mszy ona się nudzi,…