W artykule Zagadka chrztu Chrystusa („Znak” nr 4/2009) – pisząc o „grzesznym Jezusie”, który poddał się obrzędowi „chrztu nawrócenia” (por. Mk 1, 4.9) – opierałem się na analizie dynamiki zmian, jakim motyw ten został poddany przez kolejnych ewangelistów. Wskazywałem na proces coraz dalej idących modyfikacji wspomnienia o chrzcie, a jednocześnie w tych samych Ewangeliach (kanonicznych) ukazywałem ślady stopniowego wzrostu intensywności kultu Jezusa. Ostatecznie postawiłem hipotezę, że procesowi nasilania się tego kultu towarzyszył proces stopniowego zacierania obrazu Jezusa przed-chrześcijańskiego.
Moją argumentację skrytykował ks. prof. Henryk Witczyk:
Dariusz Kot zestawia obrazy chrztu Jezusa ze wszystkich czterech Ewangelii, tyle tylko, że są to rekonstrukcje wypracowane przez badaczy, którzy uprawiają interpretację Biblii w oderwaniu od uwzględniania jej (tj. Biblii) wymiaru literackiego i kontekstualnego, a wymiar historyczny traktują historycystyczno-racjonalistycznie. Nic więc dziwnego, że kilkakrotnie rozdziela on to, co stanowi organiczną, historyczno-literacko-kontekstualną całość (np. Ewangelie synoptyczne i Ewangelię Jana), przeciwstawiając sobie wcześniejsze (przedpaschalne) i późniejsze (popaschalne) fazy objawiania się Jezusa jako Mesjasza i Syna Bożego oraz Jego poznawania. Można tak czynić, ale tylko wtedy, gdy z góry neguje się realizm zmartwychwstania Jezusa i Jego bóstwo (ks. H. Witczyk, Historia i Tajemnica chrztu Jezusa,„Znak” nr 4/2009).
Zdaniem Witczyka, rozdzieliłem warstwy tradycji, utrwalone w poszczególnych Ewangeliach, gdyż już od początku założyłem, że Jezus nigdy nie zmartwychwstał i nie jest Bogiem. Ten sam zarzut petitio principii ks. Witczyk stawia całemu Third Quest (dalej: TQ):
Czerpiąc argumenty z jednego tylko nurtu, jakim jest Third Quest, nie wyjdzie się poza początkowe założenia, że Jezus był zwykłym Żydem, grzesznikiem, a sfrustrowani uczniowie wymyślili Jego zmartwychwstanie – co więcej: z biegiem czasu uznali, że był On Mesjaszem i Synem Bożym.
Zamiast moich „historycystyczno-racjonalistycznych”metod, ks. Witczyk proponuje uznanie późnych, wytworzonych już po śmierci Jezusa, śladów tradycji za zapisy „odkrywania potencjalności” i „odsłaniania sensu źródłowego”. Autor Historii i Tajemnicy chrztu Jezusa aż dziesięciokrotnie zapewnia czytelnika, że słowo w Biblii dopiero z biegiem czasu „stopniowo odsłania swe wewnętrzne potencjalności”; „jest odsłaniane przez kolejnych ewangelistów”; nowe opisy chrztu Jezusa są „wydobywaniem sensu, jaki w to wydarzenie był wpisany od początku przez Jezusa” itd.
Od razu wyjaśnię, że światopoglądowo zróżnicowany TQ nie zakłada z góry żadnej jednolitej wizji losów Jezusa z Nazaretu i jego uczniów. (Dlaczego katolicki ksiądz John Meier albo anglikański biskup Tom Wright – wybitni przedstawiciele TQ – mieliby wychodzić w swych badaniach od niehistoryczności zmartwychwstania?). Co ważniejsze, okazało się, że ani uznanie realności pewnych wizji powstałego z martwych Jezusa, ani nawet teoretyczne założenie, że Jezus z Nazaretu faktycznie zmartwychwstał, niczego nie przesądza, jeśli chodzi o pierwotne wyobrażenia o przyczynach, charakterze i skutkach tego wydarzenia (włącznie z kwestią przyznawania/odmawiania Jezusowi „boskości”). Właśnie z tego nowego ustawienia kąta widzenia postaci Jezusa (to znaczy niezależnie od kwestii historyczności zmartwychwstania) bierze się ogromna otwartość i zarazem siła perswazji TQ.
Jak wypracowano ten nowy kąt widzenia? Prawdziwym punktem wyjścia TQ był zamiar jak najdokładniejszego umieszczenia Jezusa w jego własnym środowisku kulturowo-religijnym, podejście „na serio historyczne”[1]. Poskutkowało to – jak trafnie zauważył ks. Witczyk – naciskiem na żydowskość Nauczyciela z Nazaretu, tyle że nie poprzez programowe uznawanie go za „zwykłego Żyda”, ale za proroka i reformatora religijnego, z którego nauczania wyrósł jeden z ówczesnych ruchów mesjanistycznych. Uczestnicy TQ są gotowi zgodzić się, że „roszczenia mesjanistyczne (…) wyrosły na bazie faktów z okresu nauczania Jezusa, niezależnie od tego, czy on sam kiedykolwiek je wysuwał czy nie”[2]. Ks. Witczyk mocno akcentuje „obecność w NT wielu świadectw wiary w Jezusa jako Mesjasza i Syna Bożego (i to w najwcześniejszych ujęciach już z drugiej połowy lat 30. i 40.)”. Z tej właśnie obserwacji (przy pomocy cytatu z dużo późniejszego 1 Listu Jana) wyciąga wniosek, że rozwój wiary chrystologicznej nie polegał na wymyślaniu coraz to wyższych (bardziej „boskich”) tytułów, ale na coraz głębszym i dokładniejszym opisywaniu (wyrażaniu) tego „cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce (…), abyście i wy mieli współuczestnictwo z nami” (1 J 1, 1.3).
Problem ze zmartwychwstaniem Jezusa wiąże się jednak właśnie z tymi, niewątpliwie bardzo wczesnymi, mesjańskimi wierzeniami. Paula Fredriksen zwraca uwagę, że w czasach Jezusa „judaizm nigdzie nie oczekiwał zabitego i zmartwychwstałego mesjasza”[3]. Choć współczesnym chrześcijanom trudno to zrozumieć, śmierć i zmartwychwstanie przywódcy nie mogły być spełnieniem nadziei starożytnych żydowskich uczniów Jezusa z Nazaretu, uważających go za żydowskiego mesjasza. Mesjasz miał triumfować politycznie, odrodzić królestwo Izraela, osądzić niesprawiedliwych, nawrócić pogańskie narody, działać na kolosalną skalę – a nie zginąć w poniżeniu, a potem zmartwychwstać, nadal jednak nie odmieniając ciężkiej doli Żydów. Jeśli ruch Jezusa przetrwał to podwójne rozczarowanie, musiało tam dojść – oprócz samego zmartwychwstania/wizji zmartwychwstaniowych – do gruntownego przekonstruowania kategorii „mesjasz” („interpretacja wsteczna”).
Stąd dopiero bierze się dystans badaczy TQ w stosunku do chrystologii ewangelistów, a zwłaszcza do ich odautorskich „kompozycji”, które – z czym się zgodzę – występują już w Ewangelii Marka. Ks. Witczyk wskazuje na epifanię w czasie chrztu (por. Mk 1, 10–11), sugerując, że choć nie jest to wydarzenie historyczne, dobrze oddaje idee „które objawiały się w całej publicznej i historycznie udokumentowanej działalności Jezusa”. Tymczasem po zestawieniu ze starszą tradycją (por. Iz 42, 1) widać, że mamy do czynienia ze śladem procesu przetwarzania kategorii „mesjasza”, tak aby pasowała do nowej sytuacji po śmierci Nauczyciela z Nazaretu. Ewangelista zmienił „wybranego Sługę” na „umiłowanego Syna”, a także usunął frazę „On przyniesie narodom Prawo” (bo stracony na krzyżu Jezus nie pasował do wizji zwycięzcy władającego narodami). Jak to ujął Helmut Koester, jakiekolwiek by były osobiste aspiracje i nadzieje Jezusa z Nazaretu, jego wieść o nadchodzącym Królestwie nie uczyniła z niego triumfatora, lecz ofiarę. Całość tradycji o Jezusie historycznym została wpisana w świadectwo jego uczniów, którzy zostali zmuszeni do wykreowania nowego porządku świata, gdzie ofiara mogła być wywyższona[4].
Pochodzenie idei Jezusa Chrystusa
Zmartwychwstanie (jego ortodoksyjna interpretacja) to już dzisiaj za mało, aby rozumieć logikę rozwoju ruchów pojezusowych na tle współczesnej wiedzy o starożytnym judaizmie. Benedykt XVI na przykład bezkrytycznie przyjmuje zapisaną w Ewangeliach interpretację mesjasza: „Prawdziwy Mesjasz to Syn Człowieczy, który zostanie skazany na śmierć i tylko w ten sposób trzeciego dnia po swej śmierci wejdzie do swej chwały jako zmartwychwstały” (Jezus z Nazaretu, s. 249).
Papież nie pyta, dlaczego uczniowie Jezusa łączyli ze sobą pojęcia mesjasza, syna człowieczego, śmierci i zmartwychwstania? Tymczasem istotne jest, że jeden z tych tytułów (syn człowieczy) był prawie na pewno używany przez samego Jezusa, co nie wydaje się prawdopodobne w przypadku drugiego z nich (mesjasz lub z greckiego: Chrystus)[5]. Co nie mniej ważne, obie postaci miały podobne zadania eschatologiczne, zwłaszcza w kontekście tradycji z Księgi Enocha (I w. p.n.e.). To podobieństwo mogło spowodować przypisanie Jezusowi roli, a następnie także tytułu mesjasza – osadzonego w starszej tradycji i bardziej prestiżowego. (Rozdział 13 Ewangelii Marka o „Jezusie Chrystusie” ewidentnie opiera się na rozdziale 7 Księgi Daniela o „Synu Człowieczym”). Nie przypadkiem też w opowieści Marka pojawiła się jako kontekst Księga Izajasza, zawierająca postać „cierpiącego Sługi Jahwe”. Posłużyła ona uczniom do uzupełnienia ich wizji postaci Założyciela o te cechy (poniżenie, cierpienie za innych), które nadały sens śmierci Jezusa.
Realizację obietnic, powiązanych ze standardowym pojęciem mesjasza, przesunięto w czasie aż do tzw. Drugiego Przyjścia (Paruzji). Dopiero pojawiając się po śmierci po raz drugi, Jezus w trakcie Paruzji zachowa się dokładnie tak, jak tradycyjny mesjasz zachować się powinien. Wywyższony, otoczony chwałą, wiodąc zastępy niebieskie przeciw siłom ciemności, Jezus przeprowadzi osąd niegodziwych i ustanowi Królestwo Boga (por. 1 Tes 4, 16; 1 Kor 15, 24n.; Mk 13, 24n. itd.)[6].
Powstał w ten sposób nowy obraz Pomazańca – „Jezus Chrystus” – który jednak nie przekonał większości Żydów. Zresztą pod koniec I wieku już nawet sami wyznawcy Jezusa, zniecierpliwieni odwlekaniem się Paruzji, upewniali się, słysząc o nowym przyjściu: „Panie, czy w tym czasie przywrócisz królestwo Izraela?” (Dz 1, 6).
Zrozumieć zmartwychwstanie
Oczywiście, mówiąc o podwójnym rozczarowaniu uczniów Jezusa – jego śmiercią i następnie brakiem politycznych efektów jego zmartwychwstania – tym bardziej potrzebujemy wyjaśnienia, dlaczego w ogóle uczniowie pozostali wierni pamięci swego Mistrza? Czyż na prawdopodobieństwie nie zyskuje w tej sytuacji „wydarzenie zmartwychwstania”?
Ani Piotr, ani Paweł – zapewnia ks. Witczyk – nie byli w stanie wymyślić spotkań z Jezusem (cieleśnie obecnym i doświadczanym jako zmartwychwstały), którego wcześniej jeden się zaparł, a drugi krwawo prześladował Jego uczniów.
O wyjaśnienie jest dziś o wiele łatwiej niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Jak zwrócił ostatnio uwagę Tomasz Polak, istnieją już naukowe opisy pewnych trwałych mechanizmów, działających w grupach religijnych, formułowane w różnych perspektywach badawczych: od psychologii behawioralnej i kognitywnej po psychoanalizę i psychologię głębi (…). Podjęto także poważne próby zastosowania wiedzy o tych mechanizmach do procesów, z których wyłania się wczesne chrześcijaństwo[7].
Ten właśnie zwrot od analiz głównie źródeł pisanych ku współczesnym naukom o człowieku (zwłaszcza socjologii), a także naukom pomocniczym historii (zwłaszcza archeologii), stanowi charakterystyczną cechę TQ. I tak – od strony psychologicznej – widzenie Piotra ma wszystkie cechy typowej wizji nawróceniowej, przełamującej kompleks winy:
Dla Piotra, po dramatycznych wydarzeniach Wielkiego Piątku i jego zdrady, świat się rozpadł. W Niedzielę Wielkanocną słowa Jezusa, tj. słowa przebaczenia, raz jeszcze dotarły do Piotra (…): „zobaczył” on Jezusa[8].
Od strony socjologicznej podstawą wyjaśnienia mogą być wyniki badań nad sektami adwentystycznymi, związane zneutralizacją dysonansu poznawczego powstałego na skutek niespełnienia się kluczowej przepowiedni. Jak się okazało, wbrew zdroworozsądkowym oczekiwaniom, sytuacja tego rodzaju bez porównania częściej wzmacnia, niż osłabia grupę. Dochodzi także do „interpretacji wstecznej” (najczęściej: metaforyzacji) przepowiedni[9].
Choć ks. Witczyk mocno podkreśla, że uczniowie opowiadali o Jezusie zmartwychwstałym „cieleśnie obecnym”,tacy badacze jak Gerd Lüdemann i Michael White wykazują dzisiaj, że na najwcześniejszym etapie mamy do czynienia tylko ze wspomnieniami wrażeń wzrokowych. Motywy „cielesności” i „pustego grobu” powstały dopiero w ramach późniejszych polemik z krytykami nauk o zmartwychwstaniu[10]. Może gdyby ks. Witczyk nieco poważniej potraktował koncepcje Lüdemanna – którego prezentuje satyrycznie jako zwolennika poglądu, że „ciało Jezusa, zanim je pochowano, mogło zostać… pożarte przez sępy i szakale” – przekonałby się, że zaskakująca dla współczesnych chrześcijan teoria niemieckiego badacza ma solidne oparcie w danych archeologicznych. Jak się okazało, godziwe pochowanie Żyda, ukrzyżowanego przez Rzymian w I wieku w Judei było praktycznie niemożliwe, gdyż standardową częścią kary ukrzyżowania było pozostawienie ciała skazańca na krzyżu, bez pogrzebu. Jak zauważa Richard Horsley, pomimo że setki rodzinnych grobów – i…