1. Zdawać by się mogło, że temat Gułagu można już dzisiaj włożyć między dobrze znane i przetrawione zagadnienia najnowszej historii. Jak by nie było, od ukazania się summy Gułagu Sołżenicyna minęło już trzydzieści lat, a od uwolnienia z łagrów wszystkich więźniów politycznych przez Gorbaczowa dwadzieścia dwa lata. Samo słowo weszło do języków świata już nie jako skrót Głównego Zarządu Obozów (Gławnoje Uprawlenije Łagieriej), ale nazwa własna w archipelagu największych zbrodni ludzkości. W Polsce, gdzie świadectwa z tamtego „innego świata” dwadzieścia lat temu przeszły z drugiego do pierwszego i jedynego już obiegu, temat ten zyskał swoje miejsce w powszechnej świadomości, ale też chyba uległ pewnej banalizacji, może dlatego że przykłady pogłębionej refleksji towarzyszącej tym i innym publikacjom świadectw z „nieludzkiej ziemi” były stosunkowo nieliczne. Gułag w oczach Zachodu Dariusza Tołczyka, książka ukazująca historię reakcji Zachodu na sowieckie zbrodnie od czasów bolszewickiej rewolucji, nie tylko przynosi bogatą dokumentację tych zbrodni i reakcji na nie, nie tylko pobudza do pogłębionej refleksji nad Gułagiem, ale sama jest też jej przykładem i dowodem na to, jak wciąż aktualny to temat, jak ciągle trudno sobie z nim poradzić. Tak trudno, że na samym początku autor stawia pytanie o sens podejmowania go. Czy nie lepiej w imię budowania lepszej przyszłości zamknąć raz na zawsze ten wstydliwy dla rodzaju ludzkiego rozdział historii? Gdyby jeszcze pamięć błędów i zbrodni pozwalała ich uniknąć w przyszłości… Ale przecież nie ma na to żadnej gwarancji, a znajomość historii nakazuje tu daleko idący sceptycyzm. Więc może raczej zapomnienie daje szansę przezwyciężenia historycznego zła? W wypadku totalitarnego zła XX wieku zapomnienie byłoby jednak zdradą, a opcję na rzecz pamięci uzasadnia wystarczająco imperatyw moralny poczucia solidarności z ofiarami:
Nie chodzi tu o ofiary po obu stronach, poniesione w walce, lecz o ludobójstwo, zniewolenie, poniżanie i prześladowanie niewinnych ludzi przez wszechwładne potęgi. W takim przypadku zapominanie o ofiarach można uważać za formę moralnego współdziałania z ich oprawcami (…) za niedopuszczalny akt zdrady (s. 10–11).
To właśnie imperatyw moralny solidarności z ofiarami prowadzi w książce Tołczyka do rejestru i analizy zbrodni ludobójstwa oraz reakcji na nie Zachodu. Celem jest przede wszystkim podtrzymanie pamięci, danie świadectwa wierności ofiarom, bezkompromisowe i jednoznaczne stanięcie po ich stronie przeciw okrucieństwu komunistycznej ideologii, jej zapamiętałym sługom, ich sympatykom, obojętności świata oraz postawom propagującym amnezję tego historycznego zła. Przypominając prehistorię i historię Gułagu, książka ta mówi więcej, niż zapowiada jej tytuł. I mówi nie tylko o tym, jak wyglądał Gułag w oczach Zachodu, ale też o tym, ile Zachodowi Gułag zawdzięczał. A zawdzięczał wiele, począwszy od ideologicznych źródeł aż do przyzwalających postaw jego politycznych i intelektualnych elit.
2. Wychodząc z założenia, że nie sposób zrozumieć stosunku zachodniego świata do sowieckich zbrodni bez wzięcia pod uwagę tego, że w 1917 roku w wyobraźni Zachodu nałożyły się na siebie mit rewolucji i mit Rosji, Dariusz Tołczyk rozpoczyna od przypomnienia, jak w oczach Zachodu kształtował się obraz Rosji przed rewolucją. Obraz ten kształtowali w dużym stopniu wybitni myśliciele, jak Leibniz, Wolter, Diderot, Herder, Johan Joseph de Maistre, Marks, Nietzsche. Dla jednych carski despotyzm Piotra I i jego następców był godnym naśladowania wzorcem w procesie przekształcania zacofanego kraju w nowoczesne państwo rozumu (nie bacząc na cenę terroru i niewolniczej pracy mas), a Rosja jawiła się raz jako intrygująca tajemnica, kraj niemieszczący się w kategoriach zachodniego myślenia, raz jako bastion tradycyjnych wartości „nieskażonych burżuazyjnym miazmatem liberalizmu”. Inni widzieli w niej barbarzyńską siłę zdolną zapanować nad Europą i Azją, przynosząc im odrodzenie i „przebudzenie się sztuki, wspaniałą młodość” (Nietzsche). Jeszcze inni, jak Marks i socjalistyczni spadkobiercy Oświecenia, wiązali wielkie nadzieje z rosyjskim ruchem rewolucyjnym w realizacji utopii, do jakiej Rewolucja Francuska nie potrafiła doprowadzić.
Nie brakowało wprawdzie świadectw pisarzy, którzy nie ulegli urokowi potiomkinowskiej wersji imperium, demaskując jak de Custine wewnętrzną logikę i mechanizmy carskiego despotyzmu czy też, jak Joseph Conrad w powieści W oczach Zachodu, sceptycznych wobec perspektywy rewolucji w Rosji „dogłębnie przeżartej tyranią i pogardą dla swobody i godności jednostek ludzkich”. Napotykali oni jednak na opór legionu tych, którzy woleli widzieć w Rosji ucieleśnienie marzeń Zachodu o bardziej rozumnym i sprawiedliwszym świecie.
3. Przedstawiając zarys historii bolszewickiej przemocy i terroru po przejęciu władzy w Rosji przez Lenina w listopadzie 1917 roku, autor ilustruje ją faktami, które nie pozostawiają wątpliwości co do zbrodniczego charakteru tej władzy stosującej gwałt i terror nie tylko w celu jej utrzymania, ale jako instrumenty zarządzania społeczeństwem, gospodarką i kulturą. Dlatego też jedną z głównych instytucji sowieckiego państwa, powstałych u jego zarania, stał się system obozów koncentracyjnych, od 1931 roku znany pod nazwą Gułagu. Obozy koncentracyjne nie były wymysłem Rosjan, wcześniej stworzyli je Hiszpanie na Kubie, Amerykanie na Filipinach, Anglicy w Afryce Południowej, Niemcy w Afryce Południowo-Zachodniej, ale jak podkreśla Tołczyk, bolszewicy jako pierwsi zastosowali te kolonialne metody wobec ludności własnego kraju, do izolacji „elementów podejrzanych”, kryminalistów i wrogów klasowych, a zarazem do mobilizacji niewolniczej siły roboczej na wielką skalę. Wprawdzie już w Rosji carskiej korzystanie z pracy przymusowej odgrywało ważną rolę w gospodarce państwa, bolszewicy jednak przewyższyli znacznie swoich poprzedników skalą ucisku oraz stopniem brutalności i okrucieństwa.
Zaraz po dojściu do władzy bolszewicy nie tylko nie ukrywali, że posługują się terrorem, ale też napawali się publicznie własnymi zbrodniami, a wtórowali im awangardowi poeci głoszący kult rewolucyjnej przemocy. Wkrótce jednak zaczęli ukrywać i maskować swe zbrodnie przed światem za pośrednictwem rozbudowanego systemu propagandy oraz współpracy poputczyków, czyli „towarzyszy podróży”, jak nazywał zachodnich sympatyków Rosji sowieckiej Trocki (Lenin w zaufanym gronie stosował określenie „pożyteczni idioci”). Było poputczyków wielu. Długą ich listę otwierają amerykański dziennikarz John Reed, francuski pisarz Henri Barbusse, a z czasem znajdą się na niej takie nazwiska jak Bertold Brecht, Louis Aragon, Romain Rolland, Bernard Shaw, André Malraux czy Jean-Paul Sartre. Niektórzy, jak André Gide, potrafili przejrzeć na oczy i dać temu świadectwo, ale było ich niewielu. Nie brak tytułów wielkich dzienników, jak „New York Times”, których przekupieni przez Moskwę korespondenci nie tylko milczeli o terrorze, głodzie, egzekucjach i masowych zsyłkach, ale dementowali tego rodzaju „wrogie pogłoski”. Londyński „Times”, który nie godził się na ingerencje sowieckiego aparatu propagandy, nie uzyskał akredytacji w Moskwie, ale dlatego też stał się źródłem najrzetelniejszych informacji o Rosji. Mieli swój interes w niedostrzeganiu i przemilczaniu prawdy o terrorze, więzieniach i łagrach ludzie zachodniej lewicy, ale też i świat wielkiego biznesu, patrzący na Rosję jako na cennego partnera w interesach. Istniały jednak na Zachodzie frakcje lewicy, które w latach 20. sprawiały niemały kłopot władzom na Kremlu, solidaryzując się z likwidowaną przez bolszewików konkurencją polityczną wśród lewicy i zmuszając ich do przyznania mieńszewikom, eserom i anarchistom statusu więźniów politycznych. Nasilające się akcje protestacyjne skłoniły jednak wkrótce bolszewików do zlikwidowania statusu więźnia politycznego i zrównania tych, którym ten status dawał pewne prawa, z pozostałymi więźniami.
4. Intensyfikacji terroru i zniewolenia w latach 30. towarzyszyło jeszcze większe bagatelizowanie i niedostrzeganie sowieckich zbrodni przez Zachód niż w poprzedniej dekadzie. Tołczyk pokazuje, jak z jednej strony osłabła zdolność obserwacji i oceny sowieckiej rzeczywistości, jak literatura apologetyczna celowała w samooszukiwaniu się, usprawiedliwianiu zbrodni i ukrywaniu prawdy, z drugiej zaś – jak zachodnim elitom opiniotwórczym służył o wiele skuteczniejszy niż wcześniej stalinowski aparat propagandowy. A nawet jeśli prawda stawała się ewidentna, to też można było uniknąć mówienia o niej w przekonaniu, że służyć to może komuś lub czemuś złemu, na przykład kapitalizmowi i faszyzmowi, których przeciwwagę widziano w ZSRS, a Stalin, nawet w najgorszych latach czystek, mógł odgrywać rolę anty-Hitlera.
Niewolnicza siła robocza stała się ważny narzędziem gwałtowanej modernizacji Kraju Rad w latach 30. Zarazem jednak modernizacja ta wymagała gospodarczej współpracy z Zachodem, a zatem również odwrócenia uwagi Zachodu od stalinowskiego niewolnictwa, czemu służyło skutecznie przymierze sowieckiej propagandy z międzynarodówką zachodnich poputczyków czy fellow travelers. Do tego wielki kryzys gospodarczy Zachodu widziany był często jako załamanie się burżuazyjnego porządku świata i komunizm jawił się jako skuteczna alternatywa. Ci, którzy chcieli ratować kapitalizm, widzieli w handlu ze stalinowską Rosją szansę wyjścia z kryzysu i nie mylili się. Ze wszystkich zachodnich firm najwięcej zarobiła w Rosji sowieckiej w latach 1929–1936 amerykańska Ford Motor Company. Lata 30. to okres, w którym władze ZSRS już nie ukrywają Gułagu, ale chwalą się nim jako skutecznym i humanitarnym systemem „pierekowki”, czyli „przekuwania”, reedukacji człowieka. Wrogów uznanych za najbardziej zatwardziałych eliminowano, natomiast dla pozostałych, uważanych za jednostki zagubione, łagier był szansą. Niewolnicza praca i indoktrynacja miały doprowadzić je tam do całkowitego podporządkowania się władzom. Według Warłama Szałamowa, który spędził 18 lat w łagrach, reedukacja ta pokazywała, jak łatwo człowiekowi zapomnieć, że jest człowiekiem. Gułag bowiem, co podkreśla Tołczyk, to „wielki teatr kłamstwa”, gdzie tak naprawdę chodzi o maksymalne wykorzystanie sił więźniów przy jak najmniejszych nakładach. Ten haniebny teatr wspierają najbardziej popularni pisarze, a tylko nieliczni, jak Michaił Bułhakow, mają odwagę odmówić swego w nim udziału. Na Zachodzie nie brakowało w latach 30. świadectw byłych więźniów o sowieckich więzieniach i łagrach, ich wpływ był jednak znikomy w porównaniu z wpływami sowieckiej propagandy i działaniami poputczyków. Wyreżyserowane wizyty zachodnich luminarzy kultury w ZSRS, w tym również w pokazowych więzieniach i łagrach, owocowały ich peanami na temat Kraju Rad, a sprzedajność czy łatwowierność wielu dziennikarzy służyły kształtowaniu obrazu dalekiego od rzeczywistości. Dla przykładu, Bernard Shaw po wizycie w pokazowym więzieniu dla kobiet napisał, że „żadna z tych kobiet nie byłaby w lepszej sytuacji, gdyby starała się zarobić na życie, pracując w…